Dziennik Gazeta Prawana logo

Złudzenia rewolucjonistów

5 listopada 2007, 12:12
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Fred Halliday zastanawia się nad sensem obecnych irańskich działań w polityce zagranicznej. Wynikają one po części z mocarstwowych wyobrażeń na własny temat, ale przede wszystkim z nadziei i pragnień charakterystycznych dla wszystkich państw, które powstały na drodze rewolucji. Irańczycy tak jak rewolucjoniści francuscy nazywają siebie "obrońcami uciśnionych" i tak jak bolszewicy w 1917 roku pragną "eksportować rewolucję". Zdaniem Hallidaya mogą minąć lata, zanim ten rewolucyjny impuls ulegnie wyczerpaniu.

p

Kilka lat temu, kiedy odwiedziłem Teheran, by poprowadzić wykłady w instytucie badawczym ministerstwa spraw zagranicznych, pewien wyższy rangą dyplomata irański zaprosił mnie na lunch do niegdyś bardzo eleganckiej włoskiej restauracji w dość dobrej dzielnicy na północnych przedmieściach Tajrish. Jako naukowiec wykształcony w Ameryce przed rewolucją 1979 roku był ważną postacią porewolucyjnego reżimu. Wcześniej kilkakrotnie spotykaliśmy się na konferencjach poświęconych stosunkom europejsko-irańskim, co nas trochę zbliżyło. Tym razem po obowiązkowej półoficjalnej pogawędce na tematy ogólne zaczęliśmy rozmawiać o początkach irańskiej rewolucji oraz o polityce zagranicznej kraju. "Popełniliśmy trzy duże błędy - powiedział. - Po pierwsze, przez półtora roku trzymaliśmy amerykańskich dyplomatów jako zakładników, narażając się poważnie Stanom Zjednoczonym. Po drugie, odrzuciliśmy bardzo korzystne warunki pokoju, które Saddam Husajn proponował latem 1982 roku, kiedy Iran miał akurat przewagę w trwającej już dwa lata wojnie. Po trzecie zaś (i to mnie najbardziej zdumiało w jego wypowiedzi) nie udzieliliśmy poparcia komunistom, gdy doszli do władzy w Afganistanie w roku 1978, by zamiast tego wspierać proamerykańskich buntowników, którzy później przejęli rządy". Refleksje tego dyplomaty okazują się całkiem trafne w kontekście obecnej sytuacji Iranu. Naciski ze strony USA rzeczywiście są zdecydowanie niewspółmierne do okoliczności i często po prostu bezprawne. Śmiesznie brzmią też protesty Waszyngtonu w sprawie irańskiego "wtargnięcia" do Iraku, podczas gdy to Stany Zjednoczone najechały ten kraj 4 lata wcześniej, irańscy sprzymierzeńcy zaś - by nie nazywać ich klientami - obsadzili większą część rządu i uzbroili siły irackie. Podobnie jest z obarczaniem Iranu winą za szerzenie się sunnickiego terroryzmu - łącznie z działalnością Al-Kaidy - w tym rejonie. Stabilna sytuacja w Iraku leży przede wszystkim w interesie Iranu, czego USA dość lekkomyślnie nie chciały zauważyć przez ostatnie 4 lata.

Konfrontacja irańsko-amerykańska ma jednak jeszcze drugi wymiar, który może spowodować niebezpieczne konsekwencje nie tylko dla Waszyngtonu, lecz także dla Republiki Islamskiej, a który wiąże się z decyzjami samych przywódców irańskich. Prezydent Iranu Ahmadineżad zdobył popularność w znacznej części świata arabskiego, zwłaszcza wśród muzułmanów, dzięki jawnej krytyce Stanów Zjednoczonych. Podbił ich serca, wzywając także do zniszczenia Izraela. A jednak lekkomyślnie nie zadbał o właściwą ocenę postawy i siły wroga. Ajatollah Chomeini zganił kiedyś ministra spraw zagranicznych Velayatiego za to, że ten sekundował mu w agresywnej krytyce Arabii Saudyjskiej, i przypomniał ministrowi, że jego zadaniem jest dbać o stosunki z innymi narodami. Ahmadineżad dopuścił do pogorszenia sytuacji ekonomicznej w kraju, pozwolił, by dla zwiększenia konsumpcji trwoniono dochód z ropy naftowej, oraz zgodził się na kampanie edukacyjne i kulturalne przeciwko sekularyzmowi, nie spełniając jednocześnie obietnic złożonych najuboższym, które podczas kampanii wyborczej w 2005 roku zapewniły mu nieoczekiwane zwycięstwo. Fakt, że niedawno jego kandydaci nie zdołali uzyskać przewagi w wyborach do Rady Najwyższej - prawdziwego strażnika konstytucji - a krytyka jego polityki stale rośnie (nawet wśród konserwatystów i duchownych), źle wróży jego przyszłości.

W tym kontekście warto bliżej się przyjrzeć polityce zagranicznej Iranu i zbadać źródła jego ryzykownych poczynań. Duże znaczenie ma fakt, że Iran jest dawnym imperium, jednym z czterech państw na świecie - obok Chin, Egiptu i Jemenu - które mogą się poszczycić ponad 3 tysiącami lat istnienia. Aspiracje Iranu, by posiadać broń nuklearną, wynikają tyleż ze względów strategicznych, co z potrzeby zachowania statusu mocarstwa. Po części właśnie to wyobrażenie na swój temat tłumaczy jedną z najbardziej znamiennych cech polityki zagranicznej Iranu w XX wieku, na którą mój dyplomatyczny współbiesiadnik zwracał uwagę podczas lunchu w Teheranie: chodzi o notoryczną skłonność irańskich przywódców, by nietrafnie oceniać własne siły i grać zbyt wysoko.

Właściwy klucz do polityki zagranicznej Iranu, na który bardzo niewielu obserwatorów zwraca uwagę, tkwi jednak gdzie indziej. Należy wziąć pod uwagę fakt, że Islamska Republika Iranu jest krajem wyłonionym z rewolucji, która to rewolucja bynajmniej nie wytraciła jeszcze siły rozpędu - zarówno w kraju, jak i za granicą. Irańska rewolucja 1978-79 stanowi, podobnie jak rewolucja francuska, rosyjska, chińska i kubańska, jeden z największych przewrotów społecznych i politycznych w historii nowożytnej. Podobnie jak w przypadku jej poprzedniczek, rewolucja irańska miała nie tylko zmienić system wewnętrzny kraju - płacąc za to oczywiście wysoką cenę represji, marnotrawstwa i złudzeń - lecz także eksportować rewolucję za granicę. I to właśnie Iran robił: eksportował rewolucję do Afganistanu, Iraku i Libanu w latach 80. Teraz eksportuje ją do Palestyny i znowu do Iraku. Można się upierać, że główną oś konfliktu na Bliskim Wschodzie w ciągu ostatniego ćwierćwiecza stanowiła konfrontacja rewolucyjnego Iranu z USA i jego lokalnymi sprzymierzeńcami. Z takiej perspektywy wojna Ameryki z sunnickimi bojówkami w rodzaju Al-Kaidy to sprawa drugorzędna.

Iran jednak wciąż powtarzał błędy i złudzenia wszystkich rewolucjonistów. Podobnie jak rewolucjoniści francuscy Irańczycy ogłaszają się przyjaciółmi uciśnionych, a zarazem "wielkim narodem" - wyrażenia tego użył Chomeini, powtarzając je (świadomie czy nie) za jakobinami z 1793 roku. Podobnie jak bolszewicy islamscy rewolucjoniści rozpoczęli rewolucję w przekonaniu, że dyplomacja jest formą ucisku i należy się jej pozbyć - stąd przetrzymywanie amerykańskich dyplomatów w charakterze zakładników. Tak samo jak Kubańczycy i Chińczycy, nieoficjalną pomoc militarną, szkoleniową i finansową dla rewolucyjnych sprzymierzeńców łączyli zawsze z planowaną interwencją własnych sił zbrojnych.

Wszystko to jednak ma swoją cenę. Stopniowe uspokojenie Iranu w latach 90., za prezydenta Chatamiego, odzwierciedla poczucie wyczerpania ośmioletnią wojną z Irakiem i pragnienie normalniejszych stosunków ze światem, podobnie jak to było za rządów żyrondystów we Francji pod koniec lat 90. XVIII wieku czy Liu Szao-ci w Chinach na początku lat 60. XX wieku. Niemniej, tak jak w pozostałych przypadkach oraz w stalinowskiej Rosji lat 30., w Iranie zdarzały się osoby, które, chcąc całkowicie odwrócić kierunek zmian, proponowały zaostrzenie represji i ponownie sięgały po agresywną retorykę. Porównując Iran z Rosją lat 30., można powiedzieć, że przechodzi on teraz "trzeci okres" Mahmuda Ahmadineżada albo - jeśli posłużyć się przykładem chińskim - łagodniejszą wersję rewolucji kulturalnej.

Trudno powiedzieć, jak długo to jeszcze może potrwać. Z pewnością jednak miną lata - może nawet wiele lat - zanim rewolucja islamska dobiegnie końca. Nawet Kuba, w porównaniu z Iranem słaba i bezbronna, utrzymuje niezmienną postawę i model polityczny już od ponad 40 lat. Ryzyko i koszty, jakie ten proces niesie ze sobą - nawet bez wojny z USA - są wysokie i wielu ludzi w Iranie aż za dobrze zdaje sobie z tego sprawę.

p

, ur. 1946, politolog brytyjski, specjalista w dziedzinie spraw bliskowschodnich, profesor na wydziale stosunków międzynarodowych London School of Economics. Jako komentator polityczny współpracuje m.in. z BBC. Opublikował m.in.: "Iran, Dictatorship and Development" (1979), "Nation and Religion in the Middle East" (2000) oraz "The Middle East in International Relations" (2005). Po polsku ukazał się jego "Islam i mit konfrontacji" (2002). W "Europie" nr 126 z 2 września ub.r. zamieściliśmy tekst Hallidaya "Nadchodzi Wielka Wojna na Wschodzie".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj