Salomé Zourabichvili surowo ocenia dorobek gruzińskiej rewolucji róż. Jej przywódcy niewiele robią, by społeczeństwo zaakceptowało nowy porządek, a Gruzja wciąż boryka się z dziedzictwem komunizmu i "neokomunizmu" spod znaku Szewardnadzego. Zourabichvili skłonna jest jednak bagatelizować rosyjskie możliwości wpływania na sytuację w Gruzji: "Najprostszą metodą budowania wpływów jest zacieśnianie więzi gospodarczych. Zrywając te więzi, Moskwa podcina gałąź, na której siedzi. Powinniśmy zapomnieć o Rosji".
Reżim Szewardnadzego doprowadził kraj do ekonomicznego i politycznego bankructwa. Gruzińska gospodarka opierała się na spekulacji i nielegalnym handlu, a korupcja była tak wielka, że praktycznie zdławiła produkcję. Głównym bezpośrednim zadaniem, jakie postawił sobie nowy rząd, było zatem zwalczenie korupcji, choć ogólnym celem było stworzenie rynkowych ram dla rozwoju gospodarczego. Liczono - uważam, że słusznie - iż dzięki nim Gruzja stanie się liberalną demokracją w stylu zachodnim, choć nie można jeszcze powiedzieć, że cel ten został osiągnięty.
Zaryzykuję stwierdzenie, że społeczeństwo było lepiej przygotowane na reformy niż jego dzisiejsi liderzy. Wbrew temu, co później starano się dowieść, rewolucja róż była autentycznym zrywem społecznym, nie zorganizowali jej Amerykanie. Oznaczała ona początek końca okresu post- lub neokomunistycznego, którego centralną figurą był Szewardnadze. Mówię "początek końca", bo ludzie poprzedniego systemu ciągle odgrywają ważną rolę w gospodarce i w administracji państwowej. Pozbycie się ich jest poważnym wyzwaniem, bo nawet zmiana pokoleniowa nie rozwiąże problemu. Ze smutkiem stwierdzam, że rządzący nie byli w ostatnich trzech latach wystarczająco otwarci na potrzeby i dążenia społeczne. Ludzie ciągle nie czują, że to do nich należy władza i że to od nich zależy, jak będzie zmieniać się ich kraj. Ta przepaść między władzą a obywatelami bardzo utrudnia transformację.
Trudno jest mi znaleźć odpowiedź na to pytanie. Po pierwsze, przez dziesięciolecia komunizmu nie było zwyczaju dzielenia się władzą. Po drugie - to zabrzmi jak banał - władza psuje charakter. Zwłaszcza jeśli ludzie, którzy ją zdobywają, są tak młodzi jak dzisiejsi gruzińscy przywódcy. Oni są zbyt rewolucyjnie nastawieni. Wierzą, że rewolucja, której przewodzą, jest słuszna i że nie muszą nikogo do niej przekonywać. I nie przekonują.
Zanim odpowiem, chciałabym zastrzec, że mój udział w tych wyborach nie jest pewny. Konstytucja wymaga, by kandydaci mieszkali w Gruzji przynajmniej przez 15 lat przed wyborami, a ja nie spełniam tego wymogu. Dlatego pierwszą częścią mojej kampanii będzie zbieranie podpisów pod projektem zmiany konstytucji. Jeśli zaś chodzi o program, to w podstawowych kwestiach zgadzam się z poglądami Saakaszwilego. Chcę demokracji, gospodarki rynkowej, integracji z UE i NATO oraz normalizacji stosunków z Rosją. Różni nas to, że obecny rząd nie realizuje tego programu. Brakuje przejrzystości, swobody działalności gospodarczej, korupcja nie została całkowicie zwalczona, wymiar sprawiedliwości nie jest niezależny, trudno także mówić o pełnej wolności słowa. Demokratyzacja to bardzo delikatny proces - jeśli nie postępuje, to zaczyna się cofać. Chciałabym przywrócić mu dynamikę.
Sytuacja geopolityczna jest dziś bardzo dla Gruzji korzystna. Uwaga światowych potęg skoncentrowana jest na regionie nam bliskim. Doświadczenia wielowiekowych kontaktów z Persją sprawiają, że możemy odegrać rolę mediatora, jeśli Iran i USA zdecydują się jednak rozmawiać. Z drugiej strony staramy się wzmocnić więzi z Azją Środkową oraz z naszymi europejskimi sąsiadami, Rumunią i Bułgarią. Jednak to nie geopolityka, lecz wewnętrzna siła Gruzji, jej w pełni demokratyczny charakter ma kluczowe znaczenie dla niepodległości.
Szczerze mówiąc, podobieństwa zaskoczyły mnie bardziej niż różnice. Najbardziej dojmujący jest brak poczucia racji stanu i przedkładanie interesów prywatnych i partyjnych nad interes publiczny, państwowy.
To samo jednak stało się w Gruzji w czasie pierwszej niepodległości, w latach 20. Do władzy - w wolnych i bardzo demokratycznych wyborach - doszli socjaldemokraci, którzy interesowali się bardziej realizacją socjaldemokratycznego programu niż umacnianiem państwa. Hierarchia priorytetów uległa rozmyciu, co przyczyniło się do utraty niepodległości. Być może Gruzini zostali po prostu tak stworzeni?
Rosja podsyca separatyzmy, wierząc, że w ten sposób utrzyma kontrolę nad regionem, ale wszystko wskazuje na to, iż te działania nie przynoszą oczekiwanych skutków. Wszystko, co udało się Rosji osiągnąć, to osłabienie i podziurawienie własnych granic. Najwyższy czas przyznać, że nikt nie wygrał, i usiąść do stołu rokowań. Nie będzie to łatwe, bo relacje rosyjsko-gruzińskie mają bardzo emocjonalny charakter. Głównym problem polega na tym, że rosyjska polityka jest reaktywna i pozbawiona jakiejkolwiek strategii. Moskwa waha się między akceptacją status quo a próbami odbudowy imperium. W konsekwencji jest nieprzewidywalna i coraz słabsza na arenie międzynarodowej. Prowadząc chaotyczną i nerwową politykę, traci wpływy nawet w takich krajach jak Białoruś i Armenia, które są jej tradycyjnymi i lojalnymi sojusznikami. Jak na kraj dysponujący potężnymi politycznymi, militarnymi i ekonomicznymi narzędziami nacisku Rosja nie osiąga wiele. To się nie zmieni, bo ktokolwiek zastąpi Putina - jeśli w ogóle dojdzie do zmiany na stanowisku prezydenta - nie zdoła wprowadzić większej dozy realizmu do rosyjskiej polityki. Zachód powinien wyzbyć się wreszcie złudzeń, że w Rosji pojawi się przywódca, którego działania będą zrozumiałe i przewidywalne.
Trzeba stanowczo, ale bardzo spokojnie bronić własnych interesów. Emocje i agresja mogą tylko zaszkodzić. Podobnie jak ciągła obsesja na punkcie Rosji, na którą wszystkie kraje dawnego bloku sowieckiego są bardzo podatne. Powinniśmy zapomnieć o Rosji.
To tylko pokazuje absurdalność rosyjskiej polityki. Najprostszą metodą budowania wpływów jest zacieśnianie więzi gospodarczych. Zrywając te więzi, Moskwa podcina gałąź, na której siedzi.
Współpraca Filip Memches
p
, ur. 1952, polityk gruzińska. Urodziła się w Paryżu w rodzinie gruzińskich emigrantów i do 2003 roku pracowała we francuskiej dyplomacji - m.in. na placówkach we Włoszech i w USA. W 2003 roku została mianowana ambasadorem Francji w Gruzji. Rok później prezydent Saakaszwili powołał ją na stanowisko ministra spraw zagranicznych Gruzji, które pełniła do października 2005 roku.