p
André Glucksmann*
Dlaczego Zachód nie popiera rosyjskich dysydentów
Kiedy czołgi bloku wschodniego zmiażdżyły Praską Wiosnę, na placu Czerwonym było ich dziewięcioro - dziewięcioro dysydentów, dziewięcioro odważnych ludzi, którzy stawili czoła sowieckiej dyktaturze. Poruszonych było zaledwie paru europejskich intelektualistów - i udało im się uratować tych samotnych bohaterów od psychuszek, w których zamknęła ich tajna policja. A jednak 21 lat później zachodnie rządy i sztaby wojskowe odkryły zdumione, że ci zawodnicy wagi piórkowej - Sołżenicyn, Sacharow, Bukowski i dziewiątka z sierpnia 1968 roku - pokonali komunistyczne imperium.
Wszyscy wielcy tego świata padli ofiarą syndromu Stalina: "Ile dywizji ma papież?". Niestety despoci szybciej naprawiają własne błędy, tajne służby, w których Putin pobierał nauki (żeby w końcu stanąć na czele KGB, nazwanego później FSB) usiłowały uśmiercić Jana Pawła II na długo przed tym, nim demokratyczne rządy odkryły antytotalitarną namiętność, której symbolem stał się Wojtyła.
Dziś w obliczu manifestujących w Moskwie nowych dysydentów autorytety moralne i polityczne nie reagują. Paryż, Rzym, Londyn, Berlin odwracają wzrok i obliczają: Putin, jego ropa, gaz, broń masowego zniszczenia i broń, którą sprzedaje na całej ziemi mają większą wagę niż tych parę tysięcy manifestantów, których zaatakowały, rozproszyły i zatrzymały dziesięciokrotnie liczniejsze siły bezpieczeństwa. Schröder nadal otrzymuje dywidendy od Gazpromu. Chirac odchodzi na emeryturę bez wyrzutów sumienia ani żalu za Wielki Krzyż Legii Honorowej, który przypiął na piersi rosyjskiego przywódcy. A Prodi wspomina lektury swojej młodości - i, jak się zdaje, myli Putina z Puszkinem.
Annę Politkowską zamordowano i już została zapomniana - wraz z dziesiątkami innych dziennikarzy, ofiarami morderczych "kontraktów". Chodorkowski i Triepaszkin zostali zapuszkowani gdzieś na Syberii. Zginął co czwarty lub piąty mieszkaniec Czeczenii. Dziś zatrzymano Garriego Kasparowa, z różą w ręce i rosyjską konstytucją pod pachą; jutro zostanie być może postawiony przed sądem. Ilu trzeba uciętych głów, ilu złamanych losów, aby zareagowali Europejczycy, obrońcy praw człowieka?
"Dla Europejczyków pięć tysięcy manifestantów na ulicach nie znaczy zbyt wiele. Jednak w kraju, gdzie uczestnictwo może mieć poważne konsekwencje, nawet tysiąc manifestantów to wielki wyczyn", oznajmił 14 kwietnia w Moskwie na łamach "Journal du Dimanche" Garri Kasparow. Trzeba dobrze zrozumieć ten eufemizm. "Kulka w łeb to najprostszy, najbardziej naturalny sposób rozwiązania każdego konfliktu" (jak powiedziała, przeczuwając swój los, Anna Politkowska w 2003 roku). Uwaga! Nie sądźcie, że chodzi wyłącznie o idealizm, moralność, wartości. Nie przeciwstawiajcie marzycielstwa realizmowi, etyki płynącej z przekonań - etyce płynącej z odpowiedzialności. Odkąd to "realistyczne" i "odpowiedzialne" jest zezwolenie na to, by na jednej szóstej powierzchni lądów, u bram Unii Europejskiej, powstało autokratyczne, przez nikogo (poza panem na Kremlu, jego służbami specjalnymi, jego armią i policją) niekontrolowane mocarstwo? Czy zapomniano już, że Rosja dysponuje drugim co do wielkości arsenałem nuklearnym i wielką siłą szantażu (gaz, ropa)? Jeśli wszelka krytyka zostanie zduszona za sprawą cenzury, korupcji, razów, gróźb i zabójstw, jeśli wszelka opozycja zostanie sparaliżowana, to w rosyjskim społeczeństwie nie znajdzie się nikt, kto będzie walczył o sprawę demokracji, realizmu, rozwagi i szacunku dla człowieka. Czyście się niczego nie nauczyli, wielcy Europy? Uważacie, że to rozsądne, by pozwolić na unicestwienie wszelkich wewnętrznych sił mogących utemperować tę władzę, która - świadomie lub przez pomyłkę - mogłaby wysadzić całą planetę w powietrze?
Czy należy przypominać, że w swojej mowie wygłoszonej w Zgromadzeniu Federalnym Putin zdradził, jaki jest według niego bilans historii? "Trzeba uznać, że największą katastrofą geopolityczną wieku jest upadek ZSRR" - mówił. Dla naszego bohatera to nie Hiroszima, Auschwitz, obie wojny światowe i dziesiątki milionów ofiar Gułagu ubiegają się o tytuł "największej katastrofy XX wieku". Nie, największą katastrofą jest to, co w 1991 roku wszyscy demokraci na całej planecie fetowali jako wyzwolenie: koniec sowieckiego imperium! Czy trzeba dodawać, że zburzenie Groznego, setki tysięcy cywilnych ofiar w Czeczenii i unicestwienie wątłej swobody słowa w samej Rosji świadczą o obsesji Kremla, panicznym strachu przed wszelkim sprzeciwem?
Czas najwyższy, by Unia Europejska ogłosiła, że zamiłowanie do wolności jest najważniejszym składnikiem europejskiego ducha od czasów antycznej Grecji i że przyświecało tworzeniu samej Unii. Że ta wolnościowa pasja doprowadziła do antytotalitarnych buntów w Berlinie (1953), przebudzenia Polski (1956), powstania budapeszteńskiego (1956) i do dalszego ciągu w Pradze, Warszawie, aż po upadek muru berlińskiego. I do kontynuacji w postaci powstania studenckiego w Belgradzie przeciw Milos.eviciowi, rewolucji róż w Tbilisi i pomarańczowego grudnia w Kijowie. Czas najwyższy, by jasno i głośno oznajmić, że Inna Rosja i Garri Kasparow to więcej niż kilka dywizji - to dusza Europy.
André Glucksmann
przeł. Wojciech Nowicki
p
*André Glucksmann, ur. 1937, jeden z najważniejszych współczesnych filozofów europejskich. Uczeń Sartre'a i Arona. Początkowo bliski radykalnej lewicy, od której stopniowo zaczął się dystansować. W roku 1975 opublikował "La cuisinie`re et le mangeur d'hommes", książkę, która odegrała ogromną rolę w zerwaniu francuskich intelektualistów z marksizmem. Oprócz tego wydał m.in. "Les maetres penseurs" (1977), "Cynisme et passion" (1981) oraz "La troisie`me mort de Dieu" (2000). W ostatnich latach głośne stały się jego książki analizujące stan ducha ludzi Zachodu w XXI wieku: "Dostojewski na Manhattanie" (wyd. polskie 2003) oraz "Ouest contre Ouest" (2003). W zeszłym roku ukazała się autobiografia intelektualna Glucksmanna: "Une rage d'enfant". W "Europie" nr 150 z 17 lutego br. zamieściliśmy jego tekst "Głosuję na Sarkozy'ego".