Mykoła Riabczuk w rozmowie z "Europą" sporo miejsca poświęca ukraińskiemu nacjonalizmowi, który ma jego zdaniem liberalny charakter. Witalij Ponomariow sięga z kolei do źródeł zjawiska i opisuje proces kształtowania się "narodowej tożsamości" w Europie Środkowo-Wschodniej. Tożsamość ta jest zawsze konstruowana, choć nigdy nie powstaje z niczego - do jej budowy używa się "cegiełek", których dostarcza lokalna kultura. Fundamenty tożsamości konstruują etnografowie zbierający zabytki przeszłości i historycy piszący o tejże przeszłości. Ostatecznej legitymacji takiemu konstruktowi dostarczają jednak poeci - wokół ich słów bowiem "w niepojęty sposób narastają kręgi mitu narodowego". Tożsamość zbiorowa jest wedle Ponomariowa tworzona i podtrzymywana przez jednostki, a zatem "stare spory liberałów z narodowcami na temat pierwotności i wtórności narodów czy jednostek wydają się dziś scholastyczną dysputą o kurze i jajku".
Jak powstaje kulturowa wspólnota
Świadomość istnienia wewnątrz pewnej tradycji kulturowej nie należy oczywiście do sfery codziennych zmartwień przeciętnego człowieka. W normalnych warunkach tożsamość narodowa może dziś przypominać człowiekowi o sobie nie częściej niż żółw z domu bohatera powieści Marqueza "Miłość w czasach zarazy". Żółw ten przypominał skamieniały amulet i pojawiał się przed oczami innych mieszkańców na tyle nieregularnie, że po kilka dni z rzędu nikt o nim nawet nie wspominał. To go zresztą właśnie uratowało, gdy doktor Juvenal Urbino rozkazał zabić wszystkie zwierzęta w swoim domu, podejrzewając je o roznoszenie wścieklizny.
Człowiek sam wybiera sobie tożsamość, samodzielnie rozbudowując swoje kulturowe "ja" czy też kulturową "prawdziwość" niczym własny dom. Zazwyczaj jednak nie produkuje przy tym niezbędnych materiałów, nie wytwarza własnoręcznie potrzebnych "cegiełek", lecz wykorzystuje gotowe: "pożycza" je od wspólnoty, którą uważa za swoją. Wszystkie pozyskane w ten sposób zapożyczenia postrzegane są przez daną osobę jako uświęcony tysiącletnią tradycją spadek po przodkach; jako dar od bogów - w rodzaju złotego pługa, jarzma, pucharu i siekiery, które spadły Scytom Naddnieprzańskim z nieba; jak coś danego, niczym materia dla marksisty; jak ta czeczeńska sakla, która w poemacie Szewczenki "Kaukaz" nie bez powodu "w oczy kole" przybyłych z północy koczowników - bo nie od nich pochodzi. Pod względem statusu epistemologicznego każda taka "cegiełka" przypomina przedmiot poznania u neokantystów - tak samo jest nie "dana", lecz "zadana", stworzona i "narzucona" przez tych, którzy produkują idee i wartości, by tak rzec, lepią i wypalają "cegły" - czyli przez intelektualistów, których Mykoła Riabczuk określił mianem "braci-niechleborobów". Póki zapisują oni pieśni ludowe (zazwyczaj śpiewane nie w ich ojczystym języku), szkicują wiejskie stroje i chaty, opisują egzotyczne obrzędy i obyczaje, i wszystko to razem publikują, można mówić co najwyżej o amatorskim zbieraniu "kamyków" i odłamków "ceramiki", z których - być może - kiedyś powstanie mozaika tożsamości.
Samo zaś jej konstruowanie zaczyna się od całkowicie niewinnej procedury archeograficznej - publikowania odnalezionych w dziwnie właściwym momencie starych kronik, słów i latopisów. Wprowadzone dzięki temu do obiegu społecznego, natychmiast stają się niewyczerpanym źródłem bólu głowy dla imperialnych stolic usiłujących kontrolować swoje kolonie w Europie Środkowo-Wschodniej, potem dla poważnych i solidnych, niemal nieśmiertelnych mieszkańców ogrodów Akademosa, a jeszcze później - również dla naukowców postmodernistów, zajętych dekonstrukcją falsyfikatów.
Ale romantyczne upodobanie inteligencji do zabytków przeszłości, folkloru i niezepsutego autentyzmu można by jeszcze unieszkodliwić - skierować w inne, bardziej poprawne politycznie, bezpieczniejsze dla wszystkich koryto, gdyby nie historyk, którego mózg, mimo ostrzeżeń Marka Błoka, jest nieuleczalnie zainfekowany wirusem współczesności. Niczym obudzony pewnego pięknego poranka pocałunkiem Mnemosyne, historyk wpasowuje tę Kronikę, Słowo, Latopis w powszechnie znany bieg wydarzeń przeszłości, wpisuje je w pamięć zbiorową i włącza do jednej z istniejących tradycji (w ten sposób metropolita kijowski Hiob Borecki w 1621 roku w swojej "Protestacji" powoływał się na boskie prawa i zwyczaje oraz na 600-letnią tradycję kijowskiego prawosławia). A w przypadku braku potrzebnej tradycji "brat-niechleborob" odnajduje czy nawet wynajduje ją, o czym opowiadał Eric Hobsbawm, ale tylko z tego, co ma "pod ręką" lub nawet co rozsypało się "pod nogami". Próby pominięcia tego warunku i wykopania korzeni tożsamości ex nihilo czy osadzenia tradycji na surowym korzeniu wyglądają nader nieprzekonująco - tak było np. z próbami przypisania Rusinom Zakarpacia i okolic Preszowa roli czwartego narodu wschodniosłowiańskiego albo stworzenia "narodu" Jaćwięgów na białoruskim Polesiu w początkach lat 90. XX wieku (jak stwierdza współczesny białoruski pisarz Andrej Dyńko, już po kilku latach owi "Jaćwięgowie" znikli jak sen złoty).
Wreszcie, historyk opisuje odrębną, szczególną, niepowtarzalną i - aż strach powiedzieć - narodową historię jako długotrwałe zamieszkiwanie przez pewną wspólnotę pewnego kawałka ziemi, jako jej ciągłość w czasie. To właśnie te uporządkowane przez historyka wyobrażenia narodu politycznego o swoim nieprzerwanym trwaniu na pewnym terytorium - o własnym czasie, przestrzeni, idei i działaniu - stanowić będą fundament jego samoświadomości nawet wtedy, gdy wygasną obrzędy, zamilknie język, a obyczaje pójdą w niepamięć.
By jednak doświadczenie osiadłości wspólnoty odłożyło się w zasobach, z których wyrasta jej tożsamość, nie wystarczy sama tylko cierpliwość etnografa, desperacja archeografa i twórcza swawola historyka. Kształtowanie tożsamości zbiorowej domyka, według Oksany Zabużko i George'a Grabowicza, poeta-mitotwórca. Lekceważąc liczne żądania potencjalnych miłośników jego twórczości, by opiewał - jak mówi Szewczenko - "Nataszę, radość naszą", w miejscowym narzeczu wypowiada on kilka, z punktu widzenia osoby postronnej, mało istotnych słów, na przykład "hraje synie more", a wokół nich w niepojęty sposób narastają kręgi mitu narodowego. Poeta pisze tak, jakby opowiadał obrazy ujrzane dopiero co w mętnym, obramowanym płomieniami zwierciadle Nostradamusa, i może, jako dziewięcioletnie dziecko, na wzór Kasandry widzieć niedaleką przyszłość. Poeta pozostawia kod, według którego przebiega proces hodowania tożsamości kulturowej - tak ujął to na przykład białoruski poeta Maksym Bohdanowicz w Jałcie dziewięć dekad temu: "Nie jestem sam - jest ze mną książka".
Jako pierwsi przejmują tę świeżo ukształtowaną tożsamość zbiorową sami jej twórcy, postulując jako jej nosiciela pewną wspólnotę, świadomą swej ciągłości historycznej, wartości i unikalności kultury oraz politycznej samowystarczalności. Tak więc naród wychodzi z głów intelektualistów niczym Atena z głowy Zeusa - w pełnym rynsztunku własnej tożsamości (współczesny filozof białoruski Walancin Akudowicz uważa ją co prawda za Galateę stworzoną samodzielnie przez białoruskich myślicieli - włożyli w nią własną duszę i na całe życie zakochali się w swym dziele). Każdy inaczej postrzega lub wyobraża sobie pewne, rzec by można, rysy jej "twarzy", szczegóły "stroju" czy cechy "charakteru", jednak "bracia-niechleborobi" nieoczekiwanie szybko osiągają powszechną zgodę co do tego, że chodzi właśnie o Atenę lub Galateę, a nie o Matrioszę czy Nataszę.
Istnienie takiej konwencji świadczy już o procesie, nazwanym przez filozofa Walera Bułhakowa "wszczepianiem masom stworzonej przez elity tożsamości narodowej". I rzeczywiście: by setki tysięcy ludzi zaśpiewały wieczorem na placu Niepodległości w Kijowie hymn Ukrainy, samo oburzenie z powodu fałszerstw wyborczych nie wystarczy. Konieczne było też, by 142 lata wcześniej kijowski nauczyciel Pawło Czubynski przedstawił w wierszu przyszłość wspólnoty zamieszkującej tereny "od Sanu do Donu". Musiał także - w rok zaledwie później - greckokatolicki duchowny, ojciec Mychajło Werbycki, napisać do tego wiersza odpowiednią muzykę. Niezbędne było, by w ciągu następnych dziesięcioleci intelektualiści przyjęli ten projekt w swoich działaniach - od dyskusji pod bramą Stoi do polemiki na łamach czasopism. Konieczne wreszcie było, by kilka pokoleń "braci-niechleborobów" śpiewało w roli hymnu narodowego ten właśnie wiersz do tej właśnie melodii, a nie pieśń Szewczenki "Testament", nie hymn "Boże wielki, Jedyny, ty Ukrainę chroń" i nie marsz Iwana Franki "Nie pora...". Dopiero po tym wszystkim - i właśnie dzięki temu - ten tekst stanie się jednym ze składników tożsamości każdego politycznego Ukraińca. I dopiero wtedy zaśpiewa go Majdan.
Później wyzwania czasu będą wymagały okresowej modernizacji uzbrojenia Ateny-Galatei, konieczne będzie, można powiedzieć, "przeformatowanie" tożsamości zbiorowej, a zabieg ten wydaje się - jak chętnie mawiali członkowie KPZR - sprawą osobistą w jeszcze większym stopniu, niż samo jej konstruowanie. W taki właśnie sposób w ubiegłym wieku Seraj Szapszał "odnalazł" tureckie korzenie Karaimów: przekonał o tym zarówno ich samych, jak i cały świat i dzięki temu uratował swój lud od wymordowania przez nazistów. I oto dziś - dzięki wysiłkom jednego tylko Hadzi Seraj Chan Szapszała! - tożsamość kulturowa Karaimów uważana jest za stworzoną z "cegiełek" pogaństwa, islamu, chrześcijaństwa, judaizmu, a nawet innego niż przez wcześniejsze stulecia języka (łacinizowanego karaimskiego zamiast hebrajskiego). Z kolei historycy Wacław Lipiński i Natalia Jakowenko podjęli próbę modernizowania tożsamości Ukraińców poprzez krytyczną analizę jej kulturowego jądra - mitu kozackiego. Ukazali oni niemal całą starszyznę kozacką jako urodzoną szlachtę, a kozaczenie na Dzikich Polach - jako dobrą sprawę "z bożej łaski książąt". W rezultacie główny bohater mitu kozackiego - polujący na Tatarów Kozak Hołota - w świadomości społecznej znacząco ustąpił miejsca zupełnie innym bohaterom kulturowym: Kozakowi Mamajowi z jego autentycznie tatarskim wyglądem, bronią, instrumentem muzycznym, grą i śpiewem; Kozakowi księciu (jak Dymitr Bajda-Wiśniowiecki); Kozakowi szlachcicowi, wychowankowi Cambridge, Oksfordu, Sorbony, Akademii Zamojskiej czy Kijowsko-Mohylańskiej (jak Jerzy Niemirycz), wreszcie Kozakowi gospodarzowi - statecznemu i zamożnemu właścicielowi prorynkowo nastawionych chutorów ze stadami liczącymi po tysiąc owiec oraz setki krów i koni.
Te modernistyczne i postmodernistyczne przekształcenia tożsamości świadczą również o tym, że dzisiejszy człowiek nie może już uznać za swoją grupę odniesienia jednorodnego pod względem społecznym, etnicznym i wyznaniowym "siermiężnej gromady" (Szewczenko) według wzoru z połowy XIX wieku, jest natomiast w zupełności zdolny do utożsamienia się z tą pod każdym względem pstrokatą wspólnotą polityczną, w imieniu której występował podczas Sejmu Lubelskiego w 1596 roku młodszy brat Kozaka Bajdy, książę Konstanty Wiśniowiecki: "Jesteśmy narodem tak dobrym, że żadnemu na świecie narodowi nie ustępujemy i z pewnością każdemu narodowi równiśmy szlachetnością". Tak więc każdy cykl konstruowania przez intelektualistów tożsamości zbiorowej zamyka symboliczna zamiana treści: wybierając jedną z dostępnych tożsamości kulturowych, pożyczając z niej niezbędne dla siebie elementy, człowiek wyobraża sobie, że należy do pewnej wspólnoty i przez sam ten fakt potwierdza jej prawo do istnienia. I dlatego wszystkie stare spory liberałów z narodowcami na temat pierwotności i wtórności narodów czy jednostek wydają się dziś scholastyczną dysputą o kurze i jajku. Bowiem choć wspólnota kulturowa lub polityczna jako zbiorowy wybór "braci-niechleborobów" jest nieporównanie bardziej trwała niż (nie)suwerenna jednostka, to naprawdę "nie zginęła" ona, "szcze ne wmerła" i "żywie" tak długo jedynie, jak my żyjemy.
p
, ur. 1955, ukraiński filozof i publicysta, redaktor kijowskiego miesięcznika "Krytyka". W "Europie" nr 85 z 16 listopada 2005 roku opublikowaliśmy jego tekst "Dobra nowina o >>złych<< nacjonalizmach".