Włochy są w szoku po śmierci pięcioletniej Karolinki, zastrzelonej przez żądnego zemsty Włocha. Wszystkie włoskie media piszą o tragicznej historii spokojnej polskiej rodziny, mieszkającej niedaleko Neapolu. Przywołują słowa załamanych rodziców dziewczynki. 26-letni Jan już zapowiedział, że teraz myśli tylko o tym, by zabrać ciało córki z Włoch i pochować je w ojczystej ziemi, niedaleko Sanoka.

Zrozpaczony mężczyzna tłumaczy, że nie miał nic wspólnego z bójką przed jednym z barów w San Paolo Belsito pod Neapolem. Podobną wersję przedstawia włoska agencja Ansa, która próbowała zrekonstruować przebieg tragedii. Według niej dwaj Polacy poprosili ojca Karolinki, by pozwolił im umyć się po pracy u siebie w domu. Bo tam, gdzie oni mieszkają, nie ma wody. Wcześniej jednak zaszli do baru. Tam chcieli kupić piwo.

I właśnie tam zadarli z Włochami. Zaczęło sie od klepnięcia w plecy. Potem kłótnia zamieniła się w bójkę. 32-letni włoski robotnik wyszedł z niej z podbitym okiem i poranioną twarzą. Kiedy zobaczył, dokąd poszli Polacy, pojechał zabrać z domu broń i postanowił się zemścić.

Gdy przyjechał, zaczął strzelać w kierunku oszklonych drzwi. A za nimi stał 26-latek z córką na ręku. Obie kule trafiły właśnie w nią - jedna w głowę, druga w rękę. Potem morderca odjechał. Mała Karolinka umierała na rękach ojca. Nikt z sąsiadów, mimo krzyków i błagań mężczyzny, nie chciał pomóc. Kiedy przyjechali lekarze, było już za późno.

Zabójca uciekł. Pierwsze, co zrobił, to próbował pozbyć się nielegalnej broni, z której wcześniej zastrzelił dziecko. Jednak kilka godzin później zgłosił się na policję. Przyszedł od razu ze swoim adwokatem. Twierdzi, że zabił przypadkiem. Ale śledczy mu nie wierzą.

Włoska prasa: To spokojna, kulturalna rodzina

Nikt się na nich nie skarżył, nikomu nie wadzili, świetnie zintegrowali się z otoczeniem - tak włoska prasa pisze o rodzinie pięcioletniej Karolinki. Wszystkie gazety podkreślają, że jej ojciec nie brał udziału w bójce, którą chciał pomścić pijany Włoch. "Corriere della Sera" zauważa, że 32-latek strzelał na oślep. "Dla niego kule były próbą siły, sposobem na powiedzenie ostatniego zdania po kłótni" - dodaje największy włoski dziennik. I podkreśla, że wszystko zaczęło się od błahostki - sporu o miejsce przy barze. "Nie chcemy tu zostać" - przytacza też słowa imigrantów.

"Ta rodzina dobrze zintegrowała się z tutejszą społecznością, nigdy nie stwarzała żadnych problemów" - powiedział "La Repubblice" Manolo Cafarelli, przedstawiciel lokalnych władz, który pomagał Polakom pozbierać sie po tragedii. Zauważył, że dotychczas nie było tam żadnych problemów między Włochami a licznymi w tych stronach imigrantami z Europy Wschodniej. "Z takim wyjątkiem - dodał - że niektórzy pod koniec tygodnia zaglądają do kieliszka. Ale to nie dotyczy Jana, który zawsze zachowywał się nienagannie".

Gazeta zwraca uwagę na coś innego - policja nie chce uwierzyć Włochowi, który tłumaczy, że nie chciał nikogo zabić. Prokuratorzy nie mają wątpliwości - to było zabójstwo z premedytacją. Rzymska gazeta cytuje słowa ojca dziewczynki Jana Z., który opowiada o pierwszych chwilach po strzelaninie: "Wyszedłem na ulicę z córką na rękach. Krzyczałem, rozpaczliwie wzywałem pomocy, ale nikt mnie nie słyszał".

"Czemu trafili w nią, a nie we mnie?" - pyta, cytowana przez dziennik, zrozpaczona matka Karoliny. Zarówno ona, jak i jej mąż chcą jak najszybciej wracać do Polski. Mimo że mieszkańcy miasteczka starają się im pomóc. Miejscowy proboszcz rozpoczął nawet zbiórkę pieniędzy dla rodziny.

"Il Giornale" pisze z kolei o kulisach zatrzymania Włocha. Szef posterunku karabinierów próbował namówić ukrywającego się początkowo zaraz po zabójstwie Alessandro R., by poddał się. Komendant miejscowych karabinierów obdzwonił wszystkich jego krewnych, aby przekonali go, by nie ukrywał się. Przekonywał, że jego ucieczka nie ma sensu.