Po tej tragedii drzwi od ich domu cały czas są otwarte. Przychodzą i Polacy, i Włosi. Podnoszą na duchu, pocieszają. Tam też ludzie są wstrząśnięci tym, co się stało - mówi DZIENNIKOWI Teresa Zdziarska, babcia Karoliny.
Katarzyna Świerczyńska: Jak dowiedzieliście się o śmierci Karolinki?
Teresa Zdziarska: Syn zadzwonił w sobotę rano. Powiedział: "Mamo, tylko nie płacz, ale stało się coś strasznego. Karolina została zastrzelona". Więcej nie był w stanie mówić. Potem zadzwoniła jeszcze córka, jego siostra, która też jest we Włoszech i wszystko opowiedziała.
To prawda, że po tym, co się stało, cała rodzina wraca do Polski?
Wracają i już nigdy tam nie pojadą. A tacy byli szczęśliwi. Pojechali do Włoch dwa lata temu za pracą. Janka wszyscy polubili i szanowali. Pracodawca tylko dobre rzeczy o nim mówił. Jak Janek w styczniu chciał się zwolnić, szef osobiście go prosił, żeby został. Dał mu podwyżkę. Teraz, po tej tragedii, drzwi od ich domu cały czas są otwarte. Przychodzą i Polacy, i Włosi. Podnoszą na duchu, pocieszają. Tam też ludzie są wstrząśnięci tym, co się stało. Teraz trzeba załatwić wszystkie formalności, żeby można było przywieźć ciało Karoliny. Będą w Polsce w środę.
Kiedy pani ostatni raz widziała wnuczkę?
W styczniu byłam we Włoszech. To było takie wspaniałe dziecko. Takie dobre i mądre. Tak bardzo kochała swoje rodzeństwo - czteroletnią siostrzyczkę i półtorarocznego braciszka. Nie odstępowała ich na krok, bawili się razem. Jej siostra jeszcze nie rozumie, co się stało. Myśli, że Karolina jest w szpitalu i ciągle pyta, kiedy wróci. Jak byłam u nich w styczniu, powiedziałam do Karolinki: "Wracaj z babcią do Polski". A ona, pięcioletnie dziecko, tak mi odpowiedziała: "Babciu, sama nie mogę. Albo jedziemy wszyscy, albo nikt". W lipcu miała przyjechać do mnie z mamą i rodzeństwem. We wrześniu poszłaby do polskiej szkoły, do zerówki. Tak bardzo nie mogła się doczekać...
Teresa Zdziarska: Syn zadzwonił w sobotę rano. Powiedział: "Mamo, tylko nie płacz, ale stało się coś strasznego. Karolina została zastrzelona". Więcej nie był w stanie mówić. Potem zadzwoniła jeszcze córka, jego siostra, która też jest we Włoszech i wszystko opowiedziała.
To prawda, że po tym, co się stało, cała rodzina wraca do Polski?
Wracają i już nigdy tam nie pojadą. A tacy byli szczęśliwi. Pojechali do Włoch dwa lata temu za pracą. Janka wszyscy polubili i szanowali. Pracodawca tylko dobre rzeczy o nim mówił. Jak Janek w styczniu chciał się zwolnić, szef osobiście go prosił, żeby został. Dał mu podwyżkę. Teraz, po tej tragedii, drzwi od ich domu cały czas są otwarte. Przychodzą i Polacy, i Włosi. Podnoszą na duchu, pocieszają. Tam też ludzie są wstrząśnięci tym, co się stało. Teraz trzeba załatwić wszystkie formalności, żeby można było przywieźć ciało Karoliny. Będą w Polsce w środę.
Kiedy pani ostatni raz widziała wnuczkę?
W styczniu byłam we Włoszech. To było takie wspaniałe dziecko. Takie dobre i mądre. Tak bardzo kochała swoje rodzeństwo - czteroletnią siostrzyczkę i półtorarocznego braciszka. Nie odstępowała ich na krok, bawili się razem. Jej siostra jeszcze nie rozumie, co się stało. Myśli, że Karolina jest w szpitalu i ciągle pyta, kiedy wróci. Jak byłam u nich w styczniu, powiedziałam do Karolinki: "Wracaj z babcią do Polski". A ona, pięcioletnie dziecko, tak mi odpowiedziała: "Babciu, sama nie mogę. Albo jedziemy wszyscy, albo nikt". W lipcu miała przyjechać do mnie z mamą i rodzeństwem. We wrześniu poszłaby do polskiej szkoły, do zerówki. Tak bardzo nie mogła się doczekać...
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|