Tygodnik podaje nowe szczegóły śledztwa. Z zeznań rodzin pacjentów wynika, że ludzie dawali mu pieniądze, bo - jak mówił jeden ze świadków - "w Polsce jest przyjęte, że lekarzom trzeba coś dać" - pisze "Wprost". Bracia M. opowiadali o swoim ojcu, któremu dr G. wszczepił sztuczną zastawkę. Gdy okazało się, że w jego ciele został gazik, zaprzeczał, aby to się mogło stać i nie zgadzał się na ponowną operację. Mężczyźni przyznali, że dali lekarzowi w sumie 1500 zł. Pieniądze wzięli z emerytury ojca.

Jeden z braci M. mówił, że podczas jednej z wizyt zostawił na biurku doktora 1000 zł w banknotach po 100 zł. W tym czasie stan jego ojca stawał się coraz gorszy. Lekarz jednak nie wspomniał nawet o gaziku, pozostawionym w sercu chorego. "Ja i brat wierzyliśmy, że jak zapłacimy dr. G. to on będzie lepiej opiekował się naszym ojcem (…) w styczniu nie byliśmy u ojca dlatego, że nie mieliśmy już pieniędzy, aby dać doktorowi G." - wyjaśniał Szymon M. w rozmowie z "Wprost".

Po śmierci ojca bracia M. zadzwonili do Mirosława G. z informacją, że "ktoś doniósł do prokuratury na temat niewłaściwego leczenia ojca". "Doktor G. powiedział, że gdybyśmy coś więcej wiedzieli na ten temat, to żeby dać mu znać. Na zakończenie powiedział: <pamiętajcie, my jesteśmy po jednej stronie, a prokuratura po drugiej>" - takie zeznania Szymona M. cytuje "Wprost".

Śledczy są przekonani, że lekarz wziął od braci pieniądze, choć cały czas wiedział, jakie spustoszenie czyni w jego organizmie pozostawiony tam gazik.