Dziennik Gazeta Prawana logo

Czytają na złość Giertychowi

13 października 2007, 15:29
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
O tym, że zakazany owoc smakuje najbardziej, przekonują się właśnie księgarze w całej Polsce. Twórczość autorów, których minister edukacji Roman Giertych chce usunąć ze szkolnego kanonu, sprzedaje się jak świeże bułeczki - pisze DZIENNIK.

Jako jedni z pierwszych sprzyjającą koniunkturę wyczuli pracownicy wysyłkowej księgarni Merlin.pl. "To była spontaniczna decyzja. Przygotowaliśmy specjalną ofertę na blisko sto tytułów, które pojawiły się na liście Giertycha. Zaproponowaliśmy na nie 20 proc. upustu. Zawsze staramy się dać klientom to, co akurat cieszy się największą popularnością i może być dla nich interesujące" - wyjaśnia Agnieszka Pawłowska z Merlina. Promocja trwała od ubiegłego czwartku do wtorku i już wiadomo, że odniosła ogromny sukces. "W zeszły piątek sprzedaliśmy tyle samo egzemplarzy powieści Herlinga-Grudzińskiego, ile najnowszej płyty Justyny Steczkowskiej" - dodaje.

Podobnie szybko na ministerialny pomysł zareagowała położona tuż przy wrocławskim Rynku księgarnia "Kwantum". "Kiedy wybuchło zamieszanie z tzw. listą lektur zakazanych, na znak protestu zmieniliśmy wystawę. Na witrynę powędrowały wszystkie tytuły, które Giertych zamierza wykreślić z kanonu lektur, m.in. <Transatlantyk> i <Ferdydurke> Gombrowicza, <Zbrodnia i kara> Dostojewskiego, <Proces> Kafki, <Szewcy> Witkiewicza czy <Jądro ciemności> Conrada" - wylicza Dominika Śniechowska z "Kwantum".

Na efekty nie trzeba było długo czekać: "Ludzie od razu zaczęli kupować te książki. Najchętniej wybierają <Ferdydurke> oraz <Zbrodnię i karę>. Na pniu zeszły nam wszystkie egzemplarze <Transatlantyka>. Wcześniej długo leżały na półce i nikt się nimi nie interesował" - dodaje. W księgarni narodziła się nawet spontaniczna inicjatywa przeciwko "książkowej polityce" Giertycha: "Klienci podpisują się pod listami protestacyjnymi w sprawie zmian wśród lektur szkolnych" - mówi Śniechowska.

Podobnym zainteresowaniem "Indeks lektur zakazanych" - jak księgarze mówią o książkach, które minister edukacji chce skreślić ze szkolnych list - cieszy się w innych miastach. Leokadia Gutowska, właścicielka poznańskiej księgarni im. Zdzisława Gutowskiego: "Najbardziej popularni są teraz Gombrowicz i Goethe. Ludzie chcą czytać te książki w ramach protestu" - mówi. W oknie wystawowym od razu wyłożyła książki tych autorów.

"Coraz więcej moich znajomych sięga po te dzieła. Nawet ci, którzy w szkole nie mieli zamiaru ich czytać, a maturę zdali, korzystając z bryków" - śmieje się Paula Pańczak z poznańskiej księgarni "Galeria z bajki". "Sama jestem polonistką i uważam, że kanon lektur jest skostniały, ale wykreślanie wartościowych pozycji raczej tego nie zmieni". W jednym z katowickich antykwariatów już nie ma Gombrowicza, Kafki czy Tołstoja. "Ludzie kupują autorów z <indeksu>, obawiając się, że kiedy znikną z listy lektur, przestaną być drukowani albo nakłady będą znikome, bo nie będzie zamówień" - mówi Krystyna Ryba, właścicielka.

Wojtek Pieńczewski, uczeń pierwszej klasy XVIII Liceum Ogólnokształcącego we Wrocławiu, jest świeżo upieczonym właścicielem gombrowiczowskiej "Ferdydurke". "Normalnie to bym ją wypożyczył w bibliotece. I to dopiero, gdy będziemy przerabiać ją na polskim. Ale jak usłyszałem słowa ministra Giertycha, że to nie jest dobra książka dla młodych ludzi, uznałem, że muszę się sam przekonać, co w niej takiego jest" - przyznaje z rozbrajającą szczerością chłopak.

Boom na lektury z "indeksu ksiąg zakazanych" nie dziwi socjologów. Dr Krzysztof Łęcki z Zakładu Badań Kultury Współczesnej Instytutu Socjologii Uniwersytetu Śląskiego twierdzi, że to normalny mechanizm: "Minister, w sposób kompletnie niezamierzony, może wywołać modę na książki. To działa jak przewrotna reklama: za pomocą swoich sloganów paradoksalnie wzbudza się zainteresowanie produktem" - tłumaczy.

Fenomen zakazanego owocu wyjaśnia na przykładzie: "Kiedyś w Rosji pewien dygnitarz chcąc, by jego syn przeczytał <Wojnę i pokój>, kazał powieść Tołstoja przepisać na maszynie, żeby wyglądała jak zakazana pozycja z drugiego obiegu. Przed wojną podobnym wybiegiem posłużył się Boy-Żeleński, tytułując swoją książkę <Tylko dla dorosłych>" - wyjaśnia dr Łęcki.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj