Konflikt wokół lustracji w Polsce pozostaje nierozstrzygnięty od kilkunastu lat. Kolejne jego nawroty niszczą polskie życie polityczne. Odpowiedzią na opór części elit politycznych i inteligenckich wobec praktycznie każdej propozycji ujawnienia zawartości archiwów dawnej SB są powracające podejrzenia o stronniczość przeciwników lustracji, która miałaby wynikać z historycznych uwikłań elit III RP.
Spór o lustrację jest tylko jednym z frontów wciąż niezakończonego sporu o przeszłość. Istnieje ryzyko, że Polska trafi do grona krajów, nad których życiem politycznym i społecznym będą bardzo długo ciążyły historyczne podziały. Byliśmy pierwszym krajem bloku sowieckiego, w którym rozpoczął się demontaż systemu. Jednak ceną za to był udział czołowych przedstawicieli komunistycznego aparatu w nowej elicie władzy. Długo utrudniało to przeprowadzenie lustracji czy otwarcie archiwów SB, ponieważ zgromadzona tam wiedza o systemie komunistycznym byłaby niszcząca dla wizerunku Wojciecha Jaruzelskiego, Czesława Kiszczaka, Mieczysława Rakowskiego, Leszka Millera, Aleksandra Kwaśniewskiego i innych ludzi, którzy brali udział w procesie przekazania władzy i negocjowali pozycję ludzi dawnego aparatu władzy w nowym państwie.
O to, czy "Czwarta RP" potrafi zbudować społeczny konsens zarówno wokół lustracji, jak też wokół oceny PRL pytamy jednego z najwybitniejszych historyków średniego pokolenia Pawła Machcewicza. Był on pierwszym dyrektorem Biura Edukacji Publicznej IPN, a jako badacz wyjątkowo kategorycznie opowiada się przeciwko wykorzystywaniu historii w bieżących sporach politycznych.
p
Dlatego, że z jednej strony przeciwnicy lustracji byli silniejsi, a z drugiej strony jej zwolennicy popełniali błędy. Ogromną rolę w blokowaniu lustracji odegrało środowisko "Gazety Wyborczej" i Adam Michnik, który był przeciwnikiem ujawniania teczek, moim zdaniem w dużej mierze z przyczyn moralnych. Uważał prawdopodobnie, że ich ujawnienie uderzy przede wszystkim w ludzi dawnej opozycji, podważając ich wiarygodność, niwelując ich realne zasługi. Myślę, że te obawy były większe, kiedy jeszcze nie znano zawartości teczek. Nie znali ich także uczestnicy sporów o lustrację, bo nawet Adam Michnik, sądząc z tego, co mi mówiono podczas prac sławetnej komisji historyków, nie miał dostępu do najważniejszych materiałów operacyjnych. Kiedy dzisiaj te dokumenty w coraz szerszym zakresie trafiają do rąk historyków, okazuje się, że obawy były przesadzone. Z teczek wcale nie wynika, by środowiska KOR-u czy ROPCiO były totalnie zmanipulowane, spenetrowane przez agentów.
To było widoczne choćby w przebiegu kryzysu lustracyjnego poprzedzającego upadek rządu Jana Olszewskiego. Wcale nie uważam, że rząd Olszewskiego upadł z powodu ujawnienia zasobów archiwalnych MSW, bo czysto polityczny kontekst tamtych wydarzeń odgrywał o wiele większą rolę niż sprawa lustracji. Ale właśnie wtedy zetknęliśmy się z używaniem informacji o zasobach archiwów MSW w taki sposób, że stawało się to argumentem w bieżącej walce o władzę. Przebieg tamtej próby lustracji sprawił, że kwestia badania i ujawniania zasobów archiwalnych SB została jeszcze bardziej zmitologizowana, stała się przedmiotem jeszcze głębszego konfliktu, przez co pierwsza ustawa lustracyjna została uchwalona dopiero w 1997 roku. Zresztą jeszcze w okresie rządów SLD-PSL, choć głównie głosami opozycji.
Nie nazwałbym Wojciecha Jaruzelskiego czy Czesława Kiszczaka ojcami założycielami III RP, ale istotnie uczestniczyli oni aktywnie w procesie przekazywania władzy, co zapewniało im i ich środowisku bardzo silną pozycję, jakiej elity komunistyczne z całą pewnością nie miały w Niemczech czy Czechach. Przy czym, o ile w okresie okrągłego stołu czy pierwszych miesięcy rządu Tadeusza Mazowieckiego ta ich pozycja była uzasadniona międzynarodowym otoczeniem Polski, to już kilka miesięcy później, kiedy wokół nas przestał istnieć blok radziecki, a PZPR sama się rozwiązała, nie dawało się jej uzasadnić.
Faktem jest, że materiały zgromadzone przez SB, udostępniane teraz przez IPN, pokazują PRL jako system wcale nie szary czy dający się obronić, ale jako system zbrodniczy także w jego końcowej fazie. Są trudne do pogodzenia z nostalgią za PRL. Przede wszystkim jednak obciążają ludzi z aparatu władzy. Co innego przecież wiedzieć ogólnie, że popełniane były zbrodnie, a co innego czytać dokładne opisy przestępczych działań Służby Bezpieczeństwa, o których Kiszczak i Jaruzelski musieli nie tylko wiedzieć, ale które musieli także inspirować - np. osławione działania "dezintegracyjne" przeciwko duchownym czy ludziom opozycji.
Konieczna jest do tego po prostu uczciwość warsztatowa - zarówno historyków, jak i dziennikarzy. Nie można czytać czyjejś teczki w oderwaniu od innych teczek i materiałów. Nie
wolno wyciągać jakichś zdań z kontekstu, nawet jeśli można z nich stworzyć mocną tezę albo błyskotliwy tytuł. Dla mnie jednym z największych nadużyć, jeśli chodzi o przedstawianie
materiałów archiwalnych zebranych przez SB, był opublikowany przez "Wprost" artykuł o Zbigniewie Herbercie. Jego autor prawdopodobnie nie rozumiał części sformułowań
zawartych w dokumentach, w ogóle nie wiedział, jak postępować z tekstem źródłowym, no i nie wiedział, że wcześniej tę samą teczkę analizowało dwoje pracowników IPN-u, którzy
opublikowali na ten temat duży, rzetelny szkic... Trzeba też uważać na sytuacje, kiedy materiały archiwalne mogą być użyte w aktualnym konflikcie politycznym. A tak było z prof. Andrzejem
Ceynową, rektorem Uniwersytetu Gdańskiego, który był w awangardzie walki przeciw ustawie lustracyjnej. Materiały o nim zostały opublikowane wkrótce po jego nagłośnionych przez media
wypowiedziach. Można się obawiać, że ten artykuł nie powstał w wyniku prowadzonego od wielu miesięcy śledztwa dziennikarskiego, lecz że dziennikarz otrzymał dokumenty, które miały
służyć do uderzenia w przeciwników lustracji. Nie chcę oceniać wiarygodności tych dokumentów, wskazuję natomiast na niepokojący fakt publikowania pewnych materiałów w rytmie czysto
politycznym.
Zgoda, tyle że ja wiem, iż na dokumenty w IPN-ie czeka się wiele tygodni albo wiele miesięcy, natomiast tutaj te materiały pojawiły się dokładnie w momencie zaistnienia konfliktu. W dniu,
kiedy miał być ogłoszony werdykt Trybunału Konstytucyjnego w jednej z gazet ukazał się artykuł o sędzim Czeszejko-Sochackim, nieżyjącym już członku Trybunału, który wcześniej był
kontaktem operacyjnym SB. Ja nie zamierzam bronić Czeszejki-Sochackiego, myślę, że ten artykuł był rzetelnie napisany, ale faktem jest, że w samym apogeum bardzo ostrego konfliktu między
rządem a Trybunałem ukazuje się artykuł podważający wiarygodność tej drugiej instytucji, pokazujący jak bardzo była "przeżarta przez agenturę". To wszystko raz na zawsze
włącza lustrację - i szerzej, badanie przez historyków archiwów SB czy PRL-owskiej przeszłości - w logikę bieżącego sporu politycznego. I tym samym podważa wiarygodność tych badań. Jest
pewna grupa historyków - powiedziałbym, że niezbyt liczna, ale bardzo widoczna - która ma dobry dostęp do archiwów IPN-u i nieustannie publikuje teksty dotyczące konkretnych ludzi, teksty,
które są zwykle oparte na jednej teczce, bez próby rozmawiania bądź z ludźmi, których te artykuły dotyczą, bądź z tymi, którzy w tych teczkach występują w innych rolach. To, po
pierwsze, wymagałoby ogromnej pracy, a po drugie osłabiłoby efekt. Często teksty te mają uderzać w członków elit, mają służyć - używając tego rewolucyjnego języka - obalaniu
autorytetów. Oczywiście niekiedy te autorytety są rzeczywiście fałszywe, ale często jest to po prostu takie dopychanie kolanem, żeby różne fragmenty dokumentów, które można interpretować
tak lub inaczej, interpretować zawsze na niekorzyść osoby, o której mowa. Takie teksty niewątpliwie potwierdzają czarny obraz lustracji, który mają jej przeciwnicy. Obie strony nawzajem się
napędzają i powstaje sprzężenie, z którego trudno wyjść.
Każda sytuacja jest inna. Stosunkowo niewielki odsetek tych agenturalnych przypadków stanowią takie czyste kanalie, które dla pieniędzy bądź satysfakcji same wręcz zaczynały szukać okazji,
by szkodzić innym ludziom... Stwórzmy zatem typologię tych przypadków, ich hierarchię, począwszy od najbardziej oczywistych. Znam przypadki osób, które dla pieniędzy bądź jakichś
ułatwień donosiły na swoich znajomych bez elementu jakiegokolwiek szantażu czy nacisku. Byli to ochotnicy działający albo za pieniądze czy inne korzyści, albo też wyłącznie po to, by
kogoś zniszczyć. Były też przypadki ludzi, którzy tak wczuwali się w swoją rolę, że satysfakcję sprawiało im manipulowanie życiem innych ludzi, ich realnych ofiar. W mojej książce o
Radiu Wolna Europa opisuję przypadek Jolanty Gontarczyk, która była działaczką SLD i Demokratycznej Unii Kobiet, a także - za rządów lewicy - dyrektorem departamentu w MSW, a która od lat
70. donosiła za pieniądze. Jako agentka SB stanęła w Łodzi na czele komisji zakładowej "Solidarności" w swoim miejscu pracy. Jej mąż też był agentem SB i odgrywał
dokładnie taką samą rolę. Robili to za stosunkowo niewielkie pieniądze, a potem wyjechali z misją rozpracowywania polskiej emigracji, m.in. Radia Wolna Europa. Gontarczykowa należała potem
jako działaczka postkomunistycznej lewicy do elit politycznych III RP, ale oczywiście nie była żadnym autorytetem moralnym czy intelektualnym. Jednak tylko jakaś część ludzi figurujących w
tych archiwach to przypadki tak proste. Spora część to ludzie jakoś uwikłani, szamoczący się, wyrządzający zło innym ludziom (bo to też trzeba nazwać po imieniu), ale próbujący zarazem
się z tego wyrwać - czasem skutecznie. A nawet jak im się nie udaje, to te nieudane próby też trzeba opisać, zajmując się konkretnym przypadkiem. No i warto, opisując każdy przypadek,
zachować umiar w formułowaniu ocen i wniosków. Weźmy sprawę księdza Michała Czajkowskiego, szokujący oczywiście przykład wieloletniej współpracy, która się zaczęła od jakiegoś
szantażu, nacisku - to nie zostało nigdy wprost opisane, ale nie ulega wątpliwości, że w aktach jest taki ślad. Mój sprzeciw budziło mieszanie opisu tej sprawy z sądami wyrażającymi
satysfakcję, że oto został zdruzgotany człowiek, który uchodził za autorytet i który miał wielkie zasługi w dialogu polsko--żydowskim. W tym momencie to się od razu przekłada na zupełnie
inny język, zupełnie inny spór. Z ochotą o tej sprawie mówią ludzie, którzy Czajkowskiego po prostu nie znosili, bynajmniej nie domyślając się, że był kiedyś agentem. Nie znosili go za
to, co mówił odnośnie dialogu polsko-żydowskiego.
Jeśli chodzi o ks. Czajkowskiego, to oczywiście uważam, że mając taki nawet nie epizod - bo dwadzieścia kilka lat współpracy z SB to jest pół życia - ks. Czajkowski nie powinien
występować w roli autorytetu. Natomiast powtarzam, że raziły mnie te wyrazy nieskrywanej albo ledwo skrywanej satysfakcji, że oto zwolennik dialogu polsko-żydowskiego został zdemaskowany, co
ma pokazywać, jacy ludzie się w to angażują.
Wcześniej ja sam miałem wrażenie, że Czajkowski jest rewanżem za o. Hejmo związanego z Radiem Maryja, bo to się tak układało w czasie. Chcę jeszcze powiedzieć o jednym bardzo złym
obyczaju lustracyjnym: bardzo często nie chce się widzieć całych życiorysów, ewolucji postaw różnych ludzi. Wyciąga się kompromitujące fakty dotyczące jakiegoś epizodu, kawałka ich
życia...
Wałęsa jest przykładem młodego robotnika, który zaangażował się w protest robotniczy w grudniu 1970 roku i został osaczony przez Służbę Bezpieczeństwa. Sam przyznawał potem, że jakąś
formę kontaktu z bezpieką utrzymywał. Na podstawie tych dokumentów, które znamy, można zaryzykować tezę, że bardzo krótko rzeczywiście współpracował z bezpieką. Ja część tych
dokumentów czytałem, uważam, że to jest prawdopodobne... A potem zerwał kontakty z SB i z tej samej dokumentacji wynika, że był szykanowany. Był odważnym człowiekiem, który, mając coraz
liczniejszą rodzinę, angażował się w działalność opozycyjną, był wyrzucany z kolejnych miejsc pracy. Co więcej, chociażby z dzienników Rakowskiego wynika, że w 1982 roku, kiedy Wałęsa
był internowany, generał Kiszczak i generał Jaruzelski usiłowali go złamać, wykorzystując te jego kontakty z SB na początku lat 70. Jest to też zresztą oskarżenie elity komunistycznej, bo
Rakowski uznaje takie metody za w pełni uprawnione. A Wałęsa nie daje się wtedy złamać. I to też jest prawda o Wałęsie - trzeba budować pełny obraz, a nie patrzeć na tego człowieka przez
pryzmat tych prawdopodobnie kilku tygodni czy kilku miesięcy z przełomu 1970 i 1971 roku. A pamiętajmy też, że to były czasy, kiedy nie było opozycji, nie było wsparcia dla gnojonych przez SB
robotników.
Historyk ma wręcz obowiązek podjąć próbę abstrahowania od politycznego kontekstu, bycia niezależnym od tych podziałów. A jeżeli daje się używać jako narzędzie jednemu z obozów albo do
niego ochoczo przystępuje, to po prostu sprzeniewierza się swojemu powołaniu i kiedyś za to zapłaci utratą swojej wiarygodności zawodowej. Dziś widzi swoje nazwisko na nagłówkach gazet, ale
ludzie z jego środowiska zawodowego wiedzą doskonale, że pewnymi tekstami, pewnymi stwierdzeniami podważa swoją wiarygodność jako historyka.
Trzeba tu jeszcze dorzucić kilka kategorii, zwłaszcza z pierwszego okresu Polski Ludowej, z lat 40. i 50. To są żołnierze podziemia niepodległościowego, antykomunistycznego, którzy po
aresztowaniu zostali złamani. Są to sytuacje dużo dramatyczniejsze niż po 1956 roku, bo wtedy to była kwestia życia lub śmierci i tortur. Zatem szlachetni ludzie, z kartą akowską, a
później z bohaterską kartą w podziemiu antykomunistycznym podejmowali współpracę z UB, wydawali swoich towarzyszy (którzy w wielu przypadkach byli skazywani na śmierć), ale często sami
też ratowali się przed śmiercią czy długoletnim więzieniem.
Po 1956 roku bardzo często spotykamy natomiast kategorię takiego konformisty, który dla jakichś zupełnie niedużych korzyści - jak paszport, możliwość wyjazdu za granicę, awans w pracy -
podejmuje współpracę z SB. Często stara się ograniczać szkody, które innym ludziom wyrządza, ale swoją karierę buduje albo niszcząc innych ludzi, albo jeżeli nie niszcząc, to w każdym
razie pomagając SB w rozpracowywaniu jakiegoś środowiska. Często spotykana kategoria to są też ludzie przypadkowo uwikłani, którzy tak naprawdę spotkali się kilka razy z esbekami i albo od
początku tę współpracę pozorowali, albo po kilku spotkaniach się z tej współpracy wywikływali. Bardzo interesująca i zaskakująca dla mnie była następująca lekcja: jeżeli w latach 60.,
70. ktoś bardzo nie chciał współpracować albo bardzo chciał tę współpracę przerwać, to SB po prostu machała ręką na takiego agenta. Więc - żeby zachować zdrowy rozsądek i właściwe
proporcje - nie można też zakładać, że większość ludzi to były zupełnie niewinne ofiary, złamane, zaszantażowane. Trzeba jednak poczynić jedno ważne zastrzeżenie. W późnym PRL-u, w
latach 80., znów zwiększa się odsetek tych agentów, którzy zostali zmuszeni do współpracy w naprawdę dramatycznych sytuacjach. Bardzo liczne po wprowadzeniu stanu wojennego były werbunki
złamanych działaczy "Solidarności", którzy unikali więzienia za zgodę na współpracę.
Ja sam stosuję zasadę, że kiedy nie mogę z całą pewnością stwierdzić, że ktoś był agentem, zaangażował się we współpracę, kiedy nie mam jego teczki (a najlepiej jeszcze dokumentów
z innych teczek potwierdzających fakt współpracy) i w dodatku nie mam pewności, czy ten człowiek nie został złamany w jakichś dramatycznych okolicznościach, to nie mam prawa ujawnić jego
nazwiska. Wiele zależy od języka, którego się używa. Jeśli gdzieś się kończy wątek, brakuje dokumentów, historyk powinien uczciwie czytelnikowi powiedzieć, że mogło być tak, mogło
być inaczej - nie wiemy, możemy się zastanawiać, jakie były motywacje. I tego mi brakuje w wielu tekstach, zwłaszcza publikowanych w gazetach, ponieważ tam wszystko to jest czarno-białe i
często napisane bardzo ostrym ideologicznym, upolitycznionym językiem.
Różnie z tym bywało, bo w końcu zachowała się teczka Małgorzaty Niezabitowskiej. Ma kilkadziesiąt stron i zgodnie z tą logiką powinna być zniszczona jak najszybciej, bo przecież
Niezabitowska została rzeczniczką rządu Mazowieckiego. A tymczasem teczka jest.
Myślę, że częściowo była to jednak kwestia przypadku i chaosu, a częściowo wynik działania jedynej reguły, jaką udało mi się wychwycić. W wielu przypadkach zachowały się mianowicie w
dobrym stanie materiały wywiadu, czyli Departamentu I MSW. Teczka ojca Hejmy, wręcz unikalna, jeśli chodzi o szczegółowość, zachowała się dlatego, że wywiad, Departament I, w momencie, gdy
przejmował kontakt z Hejmą od Departamentu IV rozpracowującego Kościół, przejął także teczkę z czasów, gdy Hejmo był księdzem w Polsce. A w ogromnej większości przypadków teczki
księży rozpracowywanych przez Departament IV w 1989 roku zniszczono. Sądzę, że funkcjonariusze Departamentu I w najczarniejszych swoich wizjach nie zakładali, że agentura wywiadu będzie
ujawniana, a opinia publiczna uzyska dostęp do tych materiałów. Znaczna ich część jest zresztą prawdopodobnie przechowywana w tzw. zbiorze zastrzeżonym IPN, niedostępnym dla historyków i
dziennikarzy.
Absolutnie nie przyjmuję takich argumentów, że wywiad był czymś lepszym i że Departament I działał w imię interesów Polski, jakakolwiek by ona była. Ludzie z Departamentu I nie wyczyścili
archiwów, wychodząc raczej z założenia, że przemiany w Polsce, jawność w III RP nigdy nie sięgną tak daleko, by ktoś niepowołany mógł do tych materiałów dotrzeć. I to założenie
przez wiele lat było słuszne, bo nawet ludzie z obozu solidarnościowego wchodzący do tych archiwów po pewnym czasie stawali się obrońcami tajności dokumentów. Minister Milczanowski jest
jednym z przykładów, ale ja znam wiele innych osób, które nawet jeszcze niedawno, w momencie powstawania IPN-u, broniły tych dokumentów, przyjmując takie, pozornie państwowe myślenie, że
pewnych rzeczy nie można ujawnić. I nie byli to tylko i wyłącznie ludzie z "układu", używając modnego dzisiaj słowa, ale także ludzie z pnia solidarnościowego.
Myślę, że przetrwa, bo likwidacja instytucji tak dużej, tak ważnej, która istnieje od siedmiu lat, byłaby posunięciem drastycznym. Na razie tylko SLD opowiada się za takim rozwiązaniem, a
główna partia opozycyjna, Platforma, nie zgłasza takiego postulatu. Oczywiście nie wiemy, co się tak naprawdę wydarzy, bo problemy z lustracją dopiero się zaczynają. Sądzę, że jakaś
forma lustracji zacznie działać i będzie na pewno szersza niż ta, która miała miejsce od 1997 roku, więc skala ujawnianych materiałów i nazwisk będzie większa. Może dojść do wielu
pomyłek, a różne działania mogą zostać upolitycznione. Myślę jednak, że IPN to wszystko przetrwa. Pytanie tylko, czy przetrwa jako instytucja wiarygodna i uznawana za apolityczną, bo w moim
przekonaniu, przy wszystkich błędach, jakie popełniliśmy - a utożsamiam się z pierwszym kierownictwem IPN-u - za czasów Leona Kieresa była to instytucja apolityczna, apartyjna. Natomiast
teraz sytuację utrudnia sama choćby likwidacja urzędu Rzecznika Interesu Publicznego. Jako osoba powoływana przez władzę sądowniczą był on niezależny od władzy wykonawczej. Teraz został
zastąpiony przez Biuro Lustracyjne IPN, organ de facto zależny od władzy wykonawczej, którego dyrektor jest powoływany przez premiera, co oznacza upolitycznienie lustracji.
Sądzę, że błędem historyków czy instytucji, które powinny zajmować się lustracją, badaniem archiwów SB, poznawaniem przeszłości i prawdy o PRL, jest zbyt daleko idąca współpraca z
partią rządzącą, uwikłanie w konflikt partyjny, który ze sporem o historię się nie pokrywa i pokrywać się nie powinien. Lustracja może w ten sposób przestać być wiarygodna nawet dla
ludzi, którzy do tej pory ją akceptowali. I naprawdę nie mam tu na myśli radykalnych przeciwników lustracji, bo ich stanowiska nic nie zmieni. Mówiłem już o uzależnieniu Biura Lustracyjnego
od władzy wykonawczej, ale jest też kwestia Kolegium IPN. Niezręcznie jest mi się w tej kwestii wypowiadać, bo byłem kandydatem do Kolegium zgłoszonym przez Platformę i zostałem
wyeliminowany w sejmowym glosowaniu. Ale sprawa jest ważna, więc trzeba o tym mówić. W tej chwili koalicja, głównie PiS, przejmuje całkowitą kontrolę nad IPN-em przez przejęcie Kolegium,
które jest instytucją w pewnym sensie zwierzchnią wobec prezesa i decydującą także o wyborze następnego prezesa. Na dziewięciu do tej pory wybranych członków Kolegium ośmiu jest z koalicji
- jedynie Andrzej Paczkowski jest spoza tego układu politycznego. Przypomnę tylko, że pierwsze Kolegium wybrane w 1999 roku było kolegium pluralistycznym. Liczba członków poszczególnych partii
w Kolegium mniej więcej odpowiadała parytetowi, czyli liczbie miejsc w Sejmie. Było nawet miejsce dla SLD, które sprzeciwiało się powołaniu IPN, ale uważam, że tak powinno być w demokracji.
Swoich kandydatów do Kolegium nie wskazał jeszcze prezydent.
Dla mnie bulwersujące jest skrajnie partyjne podejście do wyboru członków Kolegium. Benedykt Czuma, człowiek o nie mniej pięknej karcie niż Andrzej Gwiazda, zaangażowany w Ruch jeszcze w
latach 60., potem w ROPCiO, nawet ideowo do zaakceptowania dla rządzącej prawicy, został odrzucony w głosowaniu dlatego, że zgłosiła go Platforma. To są niedobre sygnały, Instytut przestaje
być pluralistyczną instytucją, ponieważ jego Kolegium przyjmuje taką a nie inną postać. Co więcej, myślę, że to jest także błąd z punktu widzenia PiS-u, bo PiS bierze w tym momencie
wyłączną odpowiedzialność za lustrację. A będzie bardzo wiele błędów, problemów i naprawdę dużo korzystniej byłoby podzielić się odpowiedzialnością za to wszystko z główną
partią opozycyjną, która przecież też jest prolustracyjna, chce otwierać archiwa. Dla idei uczciwego, rzetelnego rozliczenia z przeszłością jest to bardzo niekorzystne, ponieważ działania
IPN-u będą teraz postrzegane w kategoriach politycznych. A dla mnie lustracja i w ogóle rozliczenie z przeszłością mają sens tylko wtedy, gdy są apartyjne, kiedy się ich dokonuje w warunkach
najszerszego możliwego konsensu społecznego. Inaczej zawsze będzie to wszystko można zakwestionować. Wystarczy tylko zmiana sytuacji politycznej.
p
ur. 1966, historyk. Profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, wykłada również w Instytucie Studiów Politycznych PAN. W latach 2000 - 2005 był dyrektorem pionu badawczo-edukacyjnego IPN. Autor ważnych książek poświęconych polskiej historii najnowszej, m.in. monografii Polskiego Października 1956 roku. Był redaktorem i współautorem wydanych przez Instytut Pamięci Narodowej studiów "Wokół Jedwabnego". Napisał również wspólnie z Tadeuszem Miłkowskim "Historię Hiszpanii".