"Nie można było wyjść, bo autokar leżał na prawej stronie, a wszystkie drzwi są po prawej stronie" - tłumaczył rozmówca RMF. Jak dodał, wszyscy pasażerowie wydostali się z pojazdu o własnych siłach. Nawet ci najbardziej poszkodowani - pięć czy sześć osób.
Mężczyzna opowiadał, że autokar przydusił kilka osób. "Nikt się nimi nie zajmował. Pokazaliśmy je straży pożarnej i załodze karetki. Obojętne im to było, że oni tam leżą. Zaczęli zbierać innych, jakieś namioty rozkładać, foliami przykrywać" - relacjonował poszkodowany w wypadku.
Inny uczestnik tej tragedii, Stanisław Chmielnicki, powiedział swojemu ojcu przez telefon, że kierowca autokaru "wyglądał na zmęczonego". "Dwie godziny po wypadku na miejscu trwała jeszcze akcja ratunkowa, rozstawione było namiotowe miasteczko" - poinformował TVN24 mężczyzna, który przejeżdżał feralną trasą.
Telewizja rozmawiała też z żoną jednego z pasażerów. Mąż powiedział kobiecie, że tuż przed wypadkiem kierowcy się zmienili. Ten, który kończył zmianę, ostrzegał następcę, że za chwilę będzie zjazd z autostrady. Pogoda była wtedy fatalna - gęsta mgła i zacinający deszcz.
TVN24 dotarł do świadka, który jest przekonany, że przyczyną wypadku była za duża prędkość autokaru, bo sama trasa jest szeroka i prosta. W tragedii pod Dunkierką zginęły trzy Polki, a 27 osób zostało rannych.