Dziennik Gazeta Prawana logo

Szanse polskiego liberalizmu

5 listopada 2007, 12:17
Ten tekst przeczytasz w 33 minuty

Społeczny klimat w Polsce wyraźnie dziś liberałom nie sprzyja. Liberalizm jest atakowany z lewa i prawa. W kampanii wyborczej 2005 roku jawnie używano go jako straszaka. Podobny użytek rządząca prawica czyni zeń do dziś. Na paradoks zakrawa to, że w kraju, gdzie po 1989 roku mieliśmy do czynienia z prawdziwym wybuchem przedsiębiorczości, prawdziwie liberalny, wyważony sposób myślenia ma w sferze publicznej tak niewielu jawnych zwolenników. Liberałowie wydają się zagubieni, a ich polityczna reprezentacja słaba i mało wyrazista. Czy w takich warunkach liberalna inteligencja zdoła przetrwać? Czy jej dzisiejsi przedstawiciele znajdą następców w młodszych pokoleniach?

Te pytania zadawaliśmy ostatnio dwóm znanym przedstawicielom polskiego środowiska liberalnego Marcinowi Królowi i Pawłowi Śpiewakowi. Dziś naszym rozmówcą jest inny liberał Ireneusz Krzemiński. Jego zdaniem niesprzyjający dla liberalizmu klimat powstał jeszcze w latach 90. To wtedy - po okresie euforii związanej z ustrojowym przełomem - pojawiły się oznaki odpływu liberalnych nastrojów i "reakcji tradycjonalistycznej". Ówczesny polski tradycjonalizm charakteryzował się przede wszystkim niechęcią wobec obcych, zwłaszcza zagranicznego kapitału. Później nurt ten wzbogacił się o ideologię sprzeciwu wobec Unii Europejskiej. Rozpoczęła się też świadoma restauracja mentalności endeckiej - coraz mniej skrywanego antysemityzmu, niechęci wobec wszelkich mniejszości. Dziś ta mentalność jest zdaniem Krzemińskiego wykorzystywana przez rządzących dla zbijania politycznego kapitału. Ostatnią nadzieją liberałów pozostaje młode pokolenie, które wydaje się bardziej otwarte na liberalny styl myślenia.

p

Wbrew pozorom wcale nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Z całą pewnością duża część mieszkańców wsi (wcale niekoniecznie rolników), a także mieszkańców mniejszych miast (w dodatku wcale nie najgorzej wykształconych) oraz przysłowiowi "renciści i emeryci" to kategorie, które można zaliczyć do przegranych w transformacji. Nie wspominam o ludziach z byłych PGR-ów, bo to sprawa tak oczywista, jak oczywiste było w latach niedawnego kryzysu położenie robotników (zwłaszcza niewykwalifikowanych) nie tylko w mniejszych ośrodkach, ale nawet i w postsocjalistycznych centrach przemysłowych. Jednak to wszystko wymaga pewnej korekty: we wszystkich tych kategoriach można było znaleźć nie tylko jednostki, ale całe grupy, skupiska czy środowiska, które inaczej niż reszta podobnych osób zachowywały się aktywnie i znacznie lepiej wiązały koniec z końcem. Chociaż czynniki systemowe odgrywają priorytetową rolę, to wynik, czyli położenie rodzin, zależał w tym szczególnym okresie w bardzo znaczącym stopniu od samych zainteresowanych. Nie umniejsza to słusznej chyba krytyki III RP głoszącej, że w jakiś sposób nie stworzyła ona drożnej, budzącej nadzieję i motywującej do wysiłku strukturalnej drogi - codziennej drogi awansu. Poczucie zablokowania możliwości zrodziło frustrację, którą rozładował dopiero exodus do Europy. Mówię tu coś, co brzmi trochę jak wyznanie liberalne, chociaż, szczerze mówiąc, czuję się liberałem tylko po części. Zresztą niezadowolenie upatrujące przyczyn własnych problemów w "liberalizmie" to ważna zbitka mentalna - jeśli można tak powiedzieć - we współczesnej Polsce. Ale ten antyliberalizm jest dość szczególny, od początku zrośnięty z gospodarką.

W roku 1990 przez blisko 12 miesięcy mamy prawie 80-procentowe poparcie społeczeństwa dla jak najszybszej prywatyzacji, ale zaraz potem niezwykle gwałtowny - w ciągu 3 czy 4 miesięcy - spadek tego poparcia. Później jednak zawsze utrzymywała się przewaga zwolenników prywatnej własności nad jej przeciwnikami. To potwierdza słynne powiedzenie Jerzego Szackiego o gorączce liberalnej, która opanowała Polaków po roku 1989. Wolność oznaczała dla nas swobodę działania, wypowiedzi, ale także swobodę podejmowania aktywności gospodarczej. Trwająca przez 50 lat komunizmu choroba niedoboru towarów zniknęła w ciągu zaledwie roku. Co więcej, półtora roku po przełomie okazało się, że mamy nadprodukcję żywności - wystarczyło tylko zdjąć pęta ograniczeń administracyjnych z produkcyjnej aktywności ludzi... Później, po roku rządów Jana Krzysztofa Bieleckiego, z tych ponad 80 proc. zwolenników prywatyzacji zostaje ponad 30. Na pewno był to efekt "szokowej reformy" Balcerowicza. Generalnie uważam dziś, że ten szokowy sposób reformowania przyniósł Polsce sukces, choć ta reforma była wyjątkowo społecznie niewrażliwa i nawet zachowując jej niezwykle ostry przebieg, można było znacząco zmniejszyć społeczne koszty. Charakterystycznym przypadkiem są tu oczywiście PGR-y, o których ta reforma w ogóle zapomniała. Gdyby o nich nie zapomniała, mielibyśmy mniej społecznych napięć.

Reforma Balcerowicza miała tak daleko idące konsekwencje, bo narzędzia tej makroreformy ekonomicznej utożsamiono z hasłem liberalizmu. A były one tak skonstruowane, żeby większość przedsiębiorstw państwowych upadła, dając możliwość szybkiej prywatyzacji. Narzucił to model wyznawanego przez część politycznych i intelektualnych elit liberalizmu ekonomicznego. Wynikało z niego, że jak najszybciej musi się wyłonić konkretny właściciel. Walka przeciwko temu modelowi toczyła się od samego początku na dole, właśnie w przedsiębiorstwach, gdzie przywrócenie "Solidarności" spowodowało, że w 70 proc. (niektórzy nawet mówią, że w 80 proc.) przedsiębiorstw w ciągu pół roku usunięto starych, nomenklaturowych dyrektorów i wybrano nowych, którzy byli bardziej rzutcy, może pochodzili też z nomenklatury, ale z dalszych, mniej upolitycznionych rzędów, albo w ogóle byli specjalistami wybranymi przez załogi. Oni byli nastawieni na restrukturyzację przedsiębiorstw, ale centralny makroplan reformy narzucał im swoją wolę niejako dogmatycznie. Przedsiębiorstwa miały upadać i być szybko sprzedane. Tu jednak pojawia się walka o ścieżkę prywatyzacji, którą później nazwano leasingiem, czyli spółkami pracowniczymi. Załoga wraz z dyrekcją była zbiorowym właścicielem. Balcerowicz przeciwstawiał się bardzo stanowczo spółkom pracowniczym, których idea wyrastała jakoś z myślenia i doświadczenia samorządowego pracowników. Związki zawodowe, a przede wszystkim "Solidarność", uznały to jednak za swój cel polityczny. Trzeba powiedzieć, że Balcerowicz okazał się elastyczny, bo kiedy po 1,5 roku czy 2 latach wojny ze związkami spółki powstające mimo jego oporu wykazały się niezwykłą efektywnością gospodarczą, zgodził się otworzyć ścieżkę prywatyzacji leasingowej na większą skalę. Dogmatyk Balcerowicz ugiął się pod wpływem racjonalnych argumentów. Gdyby jednak tę ścieżkę uruchomiono na samym początku, hasło "liberalizm" lepiej by się ludziom (zwłaszcza robotnikom) kojarzyło. To doświadczenie spółek pracowniczych spowodowało, że podczas późniejszej prywatyzacji, zwłaszcza z udziałem kapitału zagranicznego, związki zawodowe wymusiły znowu takie rozwiązanie, że część akcji prywatyzowanych przedsiębiorstw była z góry przeznaczona dla załóg.

Jedno nie daje się do końca oddzielić od drugiego. Właśnie wtedy, gdy robotnicy uczestniczą już w prywatyzacji w znacznie większym stopniu niż w roku 90, 91 czy 92, kiedy mogą już korzystać z tego "ekonomicznego liberalizmu" - właśnie wtedy mamy silną reakcję antyliberalną, która w mniejszym stopniu dotyczy gospodarki, a staje się przede wszystkim reakcją tradycjonalistyczną. Niektórzy chcieliby to nazywać konserwatyzmem, ale ja konsekwentnie nazywam to tradycjonalizmem - politycznym, społeczno-kulturowym i religijnym. Otóż jedną z ważnych dróg prywatyzacji był napływ obcego kapitału, ponieważ Balcerowicz był doskonale świadomy, że kapitał polski jest bardzo słaby i że ci tzw. prywaciarze, którzy oczywiście z punktu widzenia zwykłych śmiertelników opływali w bogactwa, tak naprawdę wcale wielkim kapitałem nie dysponowali. Zresztą dopiero w połowie lat 90. mamy stopniowy dopływ kapitału zagranicznego z prawdziwego zdarzenia. Przedtem mamy kapitał dwojakiego typu - albo słaby, spekulacyjny, który jest naganny społecznie, bo kupuje się zakłady po to, by one upadły i można je było albo odsprzedać, albo np. uzyskać tereny pod budowę domów...

Oczywiście, bo ma lepsze lokalne rozpoznanie. Lecz argument, że tutaj przyszli obcy, którym na pewno za tanio sprzedano polskie zakłady, a oni natychmiast ludzi wywalają, pozwolił społeczne koszty transformacji, które rzeczywiście się pojawiały, przełożyć na wymiar kulturowo-religijny i polityczny, umieścić to wszystko w polskiej tradycji antyliberalnej, wyrazić w języku polskiego narodowego katolicyzmu. Może się nam nawet źle powodzić, ale jak my, naród bez obcych, będziemy sami pilnowali swojej własności, to jakoś sobie poradzimy, jakoś wyjdziemy na swoje. W tym sporze już pod koniec lat 90. pojawia się silny nurt antyeuropejski, a słowo "liberalizm" nabiera bardzo wyraźnego odcienia kulturowego i obyczajowego. Ta wstrętna Europa, antyreligijna, antypolska, przychodzi tutaj, żeby wyssać z nas żywotne soki poprzez prywatyzację naszych przedsiębiorstw. Pojęcie liberalizmu zaczyna mieć zupełnie inny, bardziej negatywny sens, niż miało za czasów "Solidarności". Zapewne wychodzę w oczach wielu na kompletnego wariata, ciągle twierdząc, że ruch "Solidarności" był w jakimś podstawowym sensie ruchem liberalnym, bo zakładał możliwość zajmowania i wyrażania dowolnego, własnego stanowiska przez wszystkich uczestników tego ruchu. Tyle tylko że to odrębne stanowisko musiało być rozważone z innymi, przedyskutowane i to, co wynikało z tej dyskusji, było później dla wszystkich wiążące. Jeśli się w tym kontekście odwołać do waszej niedawnej dyskusji o liberalizmie w "Europie", to bardzo mi się podobało przeciwstawienie dwóch tradycji liberalnych - benthamowskiej i millowskiej - którego dokonała Agata Bielik-Robson. Tradycja millowska jest doświadczeniu pierwszej "Solidarności" najbliższa. Mill zresztą zakładał coś, co się w "Solidarności" rzeczywiście wydarzyło, czyli bezwzględną ważność społecznej debaty i szacunek dla przeciwników. To oczywiście później się zaostrzało...

Ale polski tradycjonalizm umacniał się także za sprawą zmian, które zachodziły w samym Watykanie i zmieniały sens tej szerokiej solidarnościowej religijności. Jaka to była religijność? Otóż absolutnie fundamentalnym punktem wyjścia całego pontyfikatu Jana Pawła II było podkreślanie wartości osoby ludzkiej, osoby jako podmiotu, człowieka jako drogi Kościoła. Można tu przypomnieć przyswojenie przez Kościół praw człowieka i obywatela, co wzmocniło przekonanie o konieczności okazywania szacunku innym, także tym, którzy mają inne zdanie. Ale co się dalej zdarzyło? Otóż klęska "Solidarności" była naprawdę wielką klęską i gdy mówię o zbrodni reżimu Jaruzelskiego, to nie mam na myśli zabitych, ale wielką klęskę duchową i społeczną. W jej wyniku większość społeczeństwa nauczyła się czegoś, co nie jest ani liberalne, ani nieliberalne, co jest w ogóle apolityczne, nawet aspołeczne. Ta ludność się mianowicie przekonała, że tak na dobrą sprawę w polityce, a zatem i w strategiach życiowych, liczy się tylko siła - jak człowiek ma siłę, to wyjdzie na swoje.

Tu już przechodzimy do tradycji. Przemiany religijności z otwartej w coraz bardziej zamkniętą, z wiary w miłującego Boga w wiarę w moralny kodeks uruchomiły pokłady mentalne, które teraz eksploatuje w dużym stopniu rządząca koalicja. Tradycjonalistyczne przekonania w Polsce przybierają ideologiczną postać endecką. Ludzie wcześniej siedzący w ukryciu i milczący teraz biorą odwet na tych, którym się udało. Nareszcie władza dobrała się do skóry tym, którzy najbardziej gardłowali, którym się wydawało, że im się zawsze będzie powodzić, bo im Europa pomoże i ci wszyscy Żydzi, i inni obcy. Ale tutaj kamyczek do waszego ogródka. Dwuznaczność "Dziennika" polega na tym, że wyście stworzyli w pewnym momencie ideową legitymizację rządów PiS i rządów Jarosława Kaczyńskiego. Owszem, krytykujecie ich, ale właśnie wasze pokolenie wykreowało rozmaitych karierowiczów dziennikarskich, którzy ciągle powtarzają to samo i tworzą coś w rodzaju takiego oficjalnego języka propagandy ukrywającego, relatywizującego błędy Kaczyńskich.

Ja wtedy miałem wrażenie, że ona mówi jak taki postnowoczesny komunista. To było używanie języka, który mi się źle kojarzył, o ile pamiętam (acz nie bardzo...). Uderzyły mnie jednoznaczne kwalifikacje, rodzaj politycznego piętnowania, co mi przypomniało przeszłość; może zresztą nie do końca słusznie, więc przepraszam.

Rozumiem, że Paweł Śpiewak wybrnął z tego trochę lepiej, ale ja mam tutaj bardzo poważne trudności. Z całą pewnością wcale wtedy nie byłem świadomy tego głębokiego wsadu liberalnego w waszym myśleniu. Ja bym powiedział tak...

Spróbuję wrócić do swojego doświadczenia obcowania z przedstawicielami waszego pokolenia, bo miałem wielu studentów w waszym wieku i z wielką częścią z nich coś się w pewnym momencie złego zaczęło dziać. Po pierwsze, kwestia Kościoła. Co mnie bardzo uderzyło - bo ja sam się w tym momencie znalazłem w Kościele, który wcześniej przez długi czas nie był dla mnie środowiskiem szczególnie pożądanym, ale to już nie za sprawą ludzką się wydarzyło i nie będę już o tym teraz mówił... Wchodząc do Kościoła, napotkałem na najwspanialszą fazę rozwoju polskiego katolicyzmu: Kościoła otwartego, zróżnicowanego, który trwał w tym zróżnicowaniu jako w czymś pozytywnym, a nie negatywnym, traktowanym jako kryzys do przezwyciężenia, jak to się dzieje w tej chwili. Jednak dla mnie, z całym doświadczeniem życiowym i przemyśleniami, było sprawą jasną, że nawet z tym Kościołem jako instytucją ludzką, która nigdy nie przestała być instytucją ludzką, nie mogę się jako jednostka identyfikować całkowicie. Muszę sobie zostawić tę swobodę myślenia, swobodę przeżywania, zwłaszcza że sam Bóg nie jest prawodawcą, który stoi z batem. U nas w katolicyzmie ten Bóg jest też kimś innym - Tym, który zwycięża swoją pokorą, bo przecież pokora wisi na krzyżu. To człowiek jest ciągle butny, ciągle się buntuje i nie umie przyjąć tak pokornej postawy wobec rzeczywistości. Ale po kilku latach z zadziwieniem zauważyłem, że całe to pokolenie ludzi młodszych ode mnie, zaangażowanych jeszcze w ów otwarty Kościół wyniosło z niego coś innego - coś, co ja nazwałbym konserwatyzmem, konserwatywnym myśleniem, które polega na tym, że my tu musimy trwać przy tradycji, przy tradycyjnych wartościach. Ten powrót do tradycji oznaczał także powrót religijności moralistycznej. Ks. Tischner wciąż przypominał, że religia to tyle co łączenie. Teraz natomiast dochodzi do głosu religia jako kodeks. A w tej chwili w Polsce nabiera wpływu religijność, którą nazywam wręcz religijnością represyjną...

Rzeczywiście mam tutaj inne, bardzo konkretne osoby przed oczami. A jeszcze bardziej nieprzyjemne było dla mnie to, że temu moralistycznemu utwardzeniu waszego pokolenia w wymiarze religijnym towarzyszyła znacznie bardziej cyniczna definicja polityki, która dla mnie i dla mojego pokolenia - jeśli przyjąć pańską terminologię - ciągle jest czymś bardziej etycznym. Nawet jeśli ma być realizacją pewnych interesów, to niekoniecznie są to interesy ekonomiczne. Nie jest to klasowa, marksowska, heglowska, a nawet środowiskowa czy pokoleniowa definicja polityki - której wyście nieustannie używali. Dla nas polityka to była właśnie pełnia życia, której doświadczyli Polacy przez krótki okres państwa "Solidarności". Dla mnie to było bardzo poważne przeżycie. Oczywiście może pan powiedzieć, że ciągle posługuję się taką intelektualnie jasną, a zarazem kompletnie nieżyciową definicją polityki. Sam w polskich rozgrywkach politycznych jakoś się nie zmieściłem.

Pan mi uświadamia, że wasze doświadczenie rzeczywistości politycznej III RP lat 90. było jednak zupełnie inne, i muszę panu powiedzieć, że ta moja nieświadomość jest oczywiście jakąś winą. Nie wiem, jak to wygląda z moimi kolegami, którzy może też nie zdają sobie sprawy, jak inne jest to wasze doświadczenie. Myśmy też przegrywali rozmaite kwestie. Też obrywaliśmy, ale na przykład nigdy nie uczyniliśmy narzędzia politycznego z wiary religijnej...

To, co pan mówi, jest dla mnie ważne, ponieważ ja także miałem poczucie takiego niespełnienia, klęski razem z kolegami socjologami. Kiedy nagle się okazywało, że my jako pokolenie tak zaangażowane, które dawało życie kontestacji systemu, nie zadbało jednocześnie o swoje kariery tak, jak powinno. Kiedy później przyjeżdżali studenci z Ameryki, nagle się okazywało w połowie lat 90., że oni chcą się spotykać z profesorem Wiatrem albo z profesorem Gebethnerem jako z symbolami demokratycznej polskiej socjologii... Do tej pory wspominamy to z Mirką Grabowską, kręcąc głowami. Może pan sobie wyobrazić, jak to na nas działało. To było po prostu wielkim policzkiem. W jakimś sensie musieliśmy nad tym przejść do porządku. Ale ja nie doceniałem właściwie tych realiów politycznych, tych konsekwencji rozpadu solidarnościowej wspólnoty i przechodzenia z jednego obozu do drugiego. To było destrukcyjne, myśmy to teoretycznie rozważali, a wyście już przeżyli na własnej skórze.

Zastanawiam się często, z jakim bagażem intelektualnym i przemyśleniami moje pokolenie i ja jako cząstka tego pokolenia wchodziliśmy w ten wielki tygiel przemian, transformacji. Pan często powtarza, że właściwie Adam Michnik i "Gazeta Wyborcza" występują jako tacy ojcowie założyciele.

Ja myślę, że tak, i że oni mają do tego w dodatku prawo. Zresztą widzę całą kategorię takich stróżów przemiany, stróżów wartości, którzy występowali też wcześniej w "Solidarności". Były takie elity działaczy, którzy nie zajmowali stanowisk, ale właściwie czuwali, żeby jednak te procedury działały, żeby ta demokracja była prawdziwa, żeby były przestrzegane zasady, że jak się wybiera, to się przygotowuje te wybory - właśnie tak, żeby one były dobrze zrobione, a nie żeby to znowu były kliki (a takie przecież powstawały), które nagle wezmą władzę. Myślę, że w pewnym sensie ogromna część mojego pokolenia to byli tacy praktyczni stróże tego, żeby sprawy toczyły się zgodnie z pewnym demokratycznym ideałem.

Miałem bardzo trudny okres przez kilka lat, zwłaszcza gdy okazałem niechęć wobec tego postmodernizmu i jego ostrych, marksistowskich niekiedy korzeni czy nawiązań. One były wtedy bardzo mocno obecne przynajmniej wśród części młodzieży socjologicznej. Jest pewnym paradoksem, że lewicujący postmoderniści - nazwijmy ich w ten sposób - to w ogromnej części dzieci pochodzące z rodzin byłych komunistów. To ciekawe.

Ja też wcześniej zauważałem w tym najmłodszym pokoleniu odpływ liberalnego ducha, na którego składa się także obiektywizm, abstrahowanie od własnych interesów tożsamościowych. Ale teraz mam znowu poczucie, że to się zmienia, że studenci są bardziej zainteresowani definiowaniem sytuacji w ogólniejszych kategoriach. Zaczynają rozumieć, że nawet o siebie trzeba dbać również w takich kategoriach ogólniejszych narzędzi intelektualnych. Tutaj dochodzimy do kwestii, która w Polsce jest tak drastyczna, czyli stosunku do mniejszości, od antysemityzmu poczynając, a na gejach i lesbijkach kończąc. Jest wielkie zapotrzebowanie na wiedzę na ten temat, i to niezależnie od tego, czy mam do czynienia z młodzieżą lewicową, czy prawicową. Pojawiają się postawy bardziej otwarte, przynajmniej próby zrozumienia innych, zrozumienia odmienności, różnorodności. To jest budowanie swojej tożsamości nie poprzez opozycje, ale jakby poprzez prezentowanie siebie, swej odrębności z wykorzystaniem bazy wspólnoty: oto na tle innych "ja" jestem taki to a taki i mogę się pochwalić przed innymi tym, kim jestem. Jednego mi w tym brakuje: mam wrażenie, że moim studentom, nawet tym bardzo zdolnym, znacznie trudniej niż jeszcze kilka lat temu przychodzi postawienie się w roli drugiego. Trudniej im zrozumieć cudze motywy, złożoność cudzych zachowań, zwłaszcza takich, które są inne od ich własnych. Oni świetnie znają rozmaite teorie na temat mniejszości, różnic i tożsamości, interesują się tym, ale ich wyobraźnia psychologiczna bywa ograniczona. Ale oczywiście nie chcą ulec stereotypowi, rozumieją, że coś jest złego w tych stereotypach. I to jest optymistyczne.

Nie wiem, czy ten wgląd psychologiczny jest niefunkcjonalny - on jest po prostu trudny, wymaga pewnej umiejętności. Myślę, że to najmłodsze pokolenie jest dobrze wykształcone, że ono akurat osiągnie ten wgląd. Chcę zachować moje optymistyczne zdanie na ten temat. Natomiast co do rozumienia "moherów" to jednak byłbym ostrożny. Sądzę, że istotą tej autorytarnej, wrogiej wszelkim innym metalności jest też zawiść, czy też - uczenie mówiąc - resentyment. Jak walczyć z taką mentalnością buzującą od nienawiści i karmiącą się nienawiścią do innych, ale wcale tego nieświadomą?

Tutaj otwiera pan ciekawą, ale i bardzo trudną kwestię. To zresztą jedna z najważniejszych dla mnie spraw wiążących się i z rządem Kaczyńskiego, i moimi pretensjami do was - w sensie całej bardziej prawicowej inteligencji. Polityczne użycie tej mentalności wyrażanej przez Radio Maryja i reprezentowanej przez Giertycha, nadanie jej prawa obywatelstwa w życiu publicznym i prywatnym wydaje mi się sprawą skandaliczną. W dodatku jeszcze to widoczne wszędzie odwoływanie się do tradycji endeckiej... Mogę się zgodzić z tym, że sam atak oraz potępienie tej tradycji i mentalności wcale nie uzdrowi Polaków, zwłaszcza tych, którzy jej hołdują. Ale właśnie od prawicowych intelektualistów i polityków wymagałbym otwarcia wielkiej dyskusji o tej ponurej ideologii, o skutkach, jakie miała dla kultury polskiej, o ofiarach, które przyniosła. Być może są w tej tradycji elementy ważne i warte pozytywnej uwagi, ale można je wydobyć tylko wtedy, gdy się jednoznacznie powie o głębokim i wręcz chorobliwym antysemityzmie, o ksenofobii, o owym antyliberalizmie, od którego zaczęliśmy, a który przybiera formy jakiegoś idiotyzmu podlanego religijnym sosem, o głębokiej duchowej destrukcyjności tej mentalności. Od rządu tak radykalnie traktującego tradycję, rozliczającego w tak momentami dziwaczny sposób przeszłość komunistyczną należy wymagać także rozprawienia się z tą zatrutą tradycją narodowo-katolicką.

p

, ur. 1949, socjolog, profesor w Instytucie Socjologii UW, jeden z najbardziej znanych polskich badaczy społecznych. Zajmuje się problemami demokracji lokalnej, mniejszości oraz społeczną historią "Solidarności" - na ten ostatni temat opublikował m.in. książki: "Czego chcieli, o czym myśleli? Analiza postulatów robotników Wybrzeża z 1970 i 1980 roku" (1987), "Świat zakorzeniony" (1988), "Czy Polska po Solidarności?" (1989). Jest także znawcą socjologii interakcjonistycznej, której poświęcił książkę "Co się dzieje między ludźmi" (1992). W "Europie" nr 161 z 5 maja br. opublikowaliśmy jego tekst "Rewolucja PiS-u".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj