W piątek Sąd Apelacyjny w Warszawie oddalił apelację Bondaryka od wyroku I instancji z grudnia zeszłego roku, w którym warszawski sąd okręgowy oddalił jego pozew o ochronę dóbr osobistych wobec wydawcy "Rz", jej redaktora naczelnego Pawła Lisickiego oraz autora tekstu Cezarego Gmyza. Mocą piątkowego wyroku szef ABW ma zapłacić spółce, Lisickiemu oraz Gmyzowi po 3270 zł tytułem zwrotu kosztów procesu odwoławczego.

Prawnicy Bondaryka powiedzieli w piątek PAP, że zastanowią się jeszcze nad wniesieniem w tej sprawie kasacji do Sądu Najwyższego. "Sformułowanie +sprawa Bondaryka+ samo w sobie nie ma wydźwięku pejoratywnego i jako takie nie wykracza poza dopuszczalną swobodę wypowiedzi. Prasa ma prawo relacjonować postępowania karne, w których występują osoby publiczne - czy się to panu powodowi podoba, czy nie" - mówił w ustnym uzasadnieniu piątkowego orzeczenia sędzia Maciej Kowalski.

Bondaryk żądał przeprosin w "Rz" i w jej portalu internetowym za "nieprawdziwe" twierdzenia, jakoby śledztwo dotyczyło jego, podczas gdy był on w sprawie przesłuchiwany tylko jako świadek. "To tak jakby +mały Czaruś+ został potrącony na drodze przez kierowcę, a potem by napisano, że umorzono sprawę +małego Czarusia+" - tłumaczył wcześniej PAP pełnomocnik Bondaryka mec. Paweł Granecki.

W 2008 r. "Rz" pisała m.in., że "prokuratura umorzyła sprawę Bondaryka" i że obecny szef ABW "nie będzie miał postawionych zarzutów w sprawie wycieku informacji". Chodziło o umorzenie śledztwa ws. wycieku w 2005 r. danych z Polskiej Telefonii Cyfrowej (operatora Ery), gdzie Bondaryk - po odejściu z UOP - pracował na kierowniczym stanowisku związanym z ochroną informacji niejawnych. W styczniu 2008 r. ta sprawa była jedną z przyczyn obiekcji prezydenta Lecha Kaczyńskiego wobec kandydatury Bondaryka na szefa ABW - co sformułował w "pytaniach" do premiera, które Tusk potraktował jako opinię prezydenta, niezbędną do nominacji szefa ABW.

W piątek sąd - oddalając odwołanie Bondaryka, który twierdził, że naruszało to jego dobra osobiste - podkreślił, że pozwany autor tekstu umieścił w nim prawdziwe informacje. "Było śledztwo dotyczące wycieku tajnych danych od operatora komórkowego Era GSM, gdzie Bondaryk pracował jako szef departamentu ochrony informacji, napisano, że postępowanie to zostało umorzone oraz że szef ABW był w nim przesłuchany jedynie jako świadek, a także napisano, że zarzuty jakie formułował pod jego adresem autor zawiadomienia o przestępstwie, nie zostały w śledztwie potwierdzone" - wyliczał sędzia.

Cywilny proces zaczął się w grudniu 2008 r. Toczył się on w trybie niejawnym na wniosek pełnomocnika Bondaryka. Trwa też proces karny wytoczony przez Bondaryka "Rz" za ten artykuł.

W czerwcu tego roku SA prawomocnie nakazał "Rzeczpospolitej" przeproszenie Bondaryka za naruszenie jego dóbr osobistych artykułem o sprawie jego brata, który był podejrzany w sprawie przemytu złota, co sąd uznał za "krzywdzące sugestie", jakoby K. Bondaryk miał związek z przemytem złota i z odwołaniem szefa Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku Sławomira Luksa. Wyrok wydany w tej sprawie przez I instancję oddalał powództwo Bondaryka - SA go zmienił i nakazał gazecie przeprosiny szefa ABW.

Samo śledztwo w sprawie brata szefa ABW umorzono w końcu z "braku cech przestępstwa" co do zarzutu paserstwa (inne zarzuty już się wcześniej przedawniły). Prokuratura ustaliła, że mógł on nie wiedzieć, że kruszec pochodzi z przemytu, a same niezgodności w zeznaniach podatkowych nie świadczą, że było inaczej.