Opracowaliśmy indeks feminizacji "DGP". To średnia z pięciu wartości. Chodzi o odsetek kobiet w tzw. strefie VIP, na którą składają się szefowie państw, rządów, parlamentów i banków centralnych, a także w rządach (bez premierów), parlamentach, samorządach i zarządach firm. Im wyższa wartość tego współczynnika, tym bardziej sfeminizowane są opisywane instytucje władzy państwowej i biznes. Wypadliśmy bardziej niż przyzwoicie – znaleźliśmy się na 6. miejscu w UE, wyprzedzając choćby słynącą z postępowych koncepcji Finlandię, ale i Austrię, Belgię czy Francję.

Panie najlepiej radzą sobie tam, gdzie rząd ma najmniej do powiedzenia. Aż 39 proc. członków zarządów polskich firm to kobiety. Więcej jest ich tylko na Łotwie, Węgrzech i we Francji. Polki zostawiły w tyle nawet państwa nordyckie, w których równość płci jest jednym z imperatywów polityki. To nie wszystko: panie stanowią 37,5 proc. wojewodów (sześć na 16). W tej kategorii wyprzedzają nas jedynie Szwecja i Dania. W tym pierwszym państwie kobiety obsadziły 12 z 21 stanowisk gubernatorów hrabstw, czyli więcej niż połowę. Aż w sześciu państwach UE wśród najważniejszych postaci w jednostkach administracyjnych pierwszego rzędu nie ma za to ani jednej kobiety. Rekordy biją Czechy, gdzie wśród 14 naczelników krajów (odpowiednik województwa) nie ma ani jednej pani.

Poniżej średniej plasuje się nasz rząd. Kobiety obsadziły w nim 21,2 proc. miejsc: cztery ministerstwa. Tymczasem w trzech państwach – Finlandii, Francji i Szwecji – stanowią one większość członków gabinetu. Ale co ciekawe, w każdym z nich na czele rządu stoi mężczyzna. Płeć piękna kieruje pracą trzech innych gabinetów: w Danii, Niemczech i Słowenii. W rządach sześciu państw UE zasiada po jednej kobiecie, zazwyczaj kierującej mniej ważnym resortem. Jak w Grecji, w której Olga Kefalojani szefuje ministerstwu turystyki.

Spośród 28 członków Unii tylko w trzech kobiety pełnią funkcję głowy państwa. Wśród nich są dwie królowe i prezydent Litwy Dalia Grybauskaite. Ani jeden bank centralny w UE nie jest kierowany przez kobietę. Dziewięć pań stoi za to na czele parlamentów, wśród nich jest marszałek Sejmu Ewa Kopacz. Wśród odsetka kobiet w Sejmie i Senacie nie ma za to powodów do chwały. W Holandii płeć piękna kieruje obiema izbami Stanów Generalnych. W Polsce, niezależnie od obowiązujących parytetów na partyjnych listach wyborczych do Sejmu, 21,8 proc. parlamentarzystek daje nam dopiero 18. miejsce w UE. Daleko za Szwecją i Finlandią, w której odsetek pań w parlamentach przekracza 40 proc. Trzecie miejsce przypadło Danii, w której żadne parytety nie obowiązują.

Zasadniczo jednak pod względem feminizacji życia publicznego zdecydowanie bliżej nam do Europy Zachodniej i Północnej niż innych postsocjalistycznych państw. Najbardziej zmaskulinizowane wydają się oba kraje greckojęzyczne. Na Cyprze kobiety stanowią jedynie 15 proc. menedżerów, 11 proc. parlamentarzystów, żaden z sześciu dystryktów nie jest zarządzany przez panią gubernator, a w rządzie jedynym wyjątkiem od ogólnej zasady jest minister pracy Zeta Emilianidu.

W dolnej piątce naszego zestawienia dominuje mieszanka śródziemnomorsko-postkomunistyczna. Poza Cyprem i Grecją znalazło się miejsce dla Malty, Słowacji i Rumunii. Tabelę otwierają zaś państwa germańskie (Dania, Holandia, Niemcy i Szwecja), szybko gonione przez Łotyszki i Polki.