Plan modernizacji technicznej Wojska Polskiego przewiduje zakup trzech jednostek. Od co najmniej 2013 r. jedną z rozważanych możliwości są wspólne zakupy z Norwegią. Podczas ich niedawnej wizyty w Inspektoracie Uzbrojenia Ministerstwa Obrony Narodowej padł jasny komunikat: oczekujemy decyzji Polski w tej sprawie w ciągu najbliższych tygodni. Nieoficjalnie mówi się o tym, że jeśli chcemy kupować wspólnie z Norwegami, musimy potwierdzić tę wolę do końca stycznia. Później Skandynawowie ruszą dalej ze swoją procedurą, nie oglądając się na nas. W wywiadzie dla Defense News norweska minister obrony Ine Marie Eriksen Soreide stwierdziła, że odpowiednie dokumenty dotyczące zakupu OP niebawem trafią do parlamentu, który ma zatwierdzić wymagania techniczne. Później rozpoczną się właściwe negocjacje z dwoma wytypowanymi już oferentami: francuskim DCNS i niemieckim Thyssen Krupp Marine Services.
Jak to wygląda w Polsce? – Trwa faza analityczno-koncepcyjna (FAK), w ramach której rozważane są różne sposoby pozyskania, w tym wspólny zakup z innymi państwami. Termin zakupu będzie zależał od jego sposobu. Szacuje się, że pozyskanie pierwszego okrętu powinno być możliwe ok. roku 2024 – poinformowano nas w Centrum Operacyjnym MON.
Reklama
Możliwe są trzy scenariusze: albo zdecydujemy się na wspólne działanie z Norwegami, albo kupimy coś samodzielnie, albo postępowanie będzie przeciągane w nieskończoność i przez lata nie wydarzy się nic. – Sami nie będziemy w stanie przeprowadzić takiego zakupu. Nie mamy doświadczenia w tej materii, nie mamy kompetentnych ludzi i wielkie zachodnie koncerny po prostu nas zjedzą – stwierdził w rozmowie z DGP jeden z wysokich rangą oficerów pracujących w resorcie obrony.
Wspólny zakup z Norwegami nie jest więc nawet kwestią bardziej korzystnej ceny (choć taką pewnie udałoby się uzyskać, ponieważ wspólnie chcemy kupić aż siedem jednostek), ale raczej tego, że sami takiego postępowania po prostu... nie będziemy w stanie przeprowadzić.
W wariancie wspólnych zakupów pojawią się trudności. Problemem w kooperacji jest choćby to, że Wstępnych Założeń Taktyczno-Technicznych Polacy mają ponad 300, a Norwegowie kilkadziesiąt.
Trzeba się na coś zgodzić. A różnią nas kwestie fundamentalne. Polacy chcą na okrętach podwodnych pocisków manewrujących, a Norwegowie nie. Niejasne jest także, czy i jak w przypadku wspólnego zakupu polsko-norweskiego skorzystałby rodzimy przemysł. O ile w Norwegii działa Konsberg, firma uznana i mająca produkty, których można użyć na okrętach podwodnych, to w kwestii budowy okrętów kompetencje Polskiej Grupy Zbrojeniowej są ograniczone.
Drugą opcją jest samodzielny zakup okrętów. W tym wypadku oprócz wspominanych już gigantów z Niemiec i Francji pewne szanse miałby szwedzki Saab. Problem w tym, że budowa nowych jednostek A26 dopiero się rozpoczęła i tak naprawdę o tym, czy konstrukcja jest udana, będzie można przesądzić najwcześniej w roku 2021, gdy okręt będzie już pływał.
Z drugiej strony Szwedzi pilnie potrzebują strategicznego partnera i przez to wydają się być bardziej otwarci na negocjacje – w tym wypadku polski przemysł zyskałby prawdopodobnie najwięcej. Możliwe jest także samodzielne dogadywanie się ze wspomnianymi TKMS czy DCNS, ale to wydaje się mało prawdopodobne: nasza pozycja negocjacyjna będzie silniejsza, jeśli zrobimy to wspólnie z Norwegami.
Wreszcie trzecią możliwą opcją jest często spotykane i mające w MON długą tradycję prowadzenie przetargu przez kolejne lata i zostawienie decyzji następnemu rządowi.
– Jeśli miałbym oceniać szanse, to najbardziej prawdopodobny jest wspólny zakup z Norwegami. Mniej prawdopodobne niepodjęcie decyzji. Jeszcze mniej mocne wejście w projekt szwedzki – mówi nam rozmówca z resortu obrony. W każdym z tych przypadków skutki finansowe decyzji będą odczuwalne tak naprawdę dopiero w następnej kadencji rządu, ponieważ optymistyczny termin podpisania umowy na zakup okrętów podwodnych to 2019 r.
Polskie okręty podwodne Kobben w ciągu najbliższych lat zostaną wycofane ze służby z racji swojego wieku i zużycia. Niepewne jest to, czy dojdzie do tego za rok czy np. za trzy lata.
Coraz częściej i głośniej mówi się o tym, że co najmniej przez kilka lat będziemy okręty podwodne leasingować. Takich możliwości jest co najmniej kilka. Może się też tak zdarzyć, że okrętów podwodnych po prostu mieć nie będziemy.
Co jest pewne: wciąż nie było publicznej debaty nad pytaniem, czy warto i jak wydać 10 mld zł na trzy okręty podwodne. Nawet jeśli miałyby one mieć pociski manewrujące.
Być może odpowiedź zostanie zawarta w Strategicznym Przeglądzie Obronnym, który jest obecnie opracowywany pod kierownictwem wiceministra Tomasza Szatkowskiego. Istnieje jednak ryzyko, że tak jak aktualizacja Programu Modernizacji Technicznej czy ostatnie posiedzenie sejmowej komisji obrony dotyczące zakupów dla wojska, będzie on niejawny.
Wtedy podatnicy będą się mogli tylko domyślać odpowiedzi na pytanie: jak i po co wydaliśmy 10 mld zł.