Ambasador był pytany o doniesienia "Gazety Wyborczej", według których w latach 90. był współpracownikiem SB, a "prowadził" go wiceprezes TK Mariusz Muszyński. Andrzej Przyłębski podkreślił: To absurd. Ani się nie czuję, ani nie jestem i nigdy nie byłem uśpionym agentem. Ten incydent do którego doszło w 1979 r. zakończył się w tym samym roku. W żadnym innym okresie mojego życia podobnych kontaktów nie utrzymywałem.

Reklama

Przyłębski mówił, że Muszyńskiego poznał pod koniec 1999 r., kiedy ten pracował jako konsul w Berlinie. Znałem go tylko w tej roli. Nigdy nie słyszałem, aby miał jakąkolwiek inną funkcję - zaznaczył. Jak dodał, ich kontakty były sporadyczne, a po zakończeniu pracy w Ambasadzie RP w Niemczech i powrocie do Polski w 2001 r. ich znajomość zanikła.

Przyłębski podkreślił, że nigdy nie słyszał, aby Muszyński zjeżdżał z placówki w jakichś dziwnych okolicznościach, ani o tym, by miał być wydalony z Niemiec. Wiem, że był dobrym konsulem, wybitnym prawnikiem i to cała moja wiedza na ten temat - dodał. Ambasador pytany o przesłuchanie w tej sprawie 3 sierpnia br. w krakowskim oddziale Instytutu Pamięci Narodowej powiedział, że było to "kilkugodzinne protokołowane przesłuchanie".

Na pytanie, czy zaskoczyła go informacja przekazana mu podczas przesłuchania w IPN, że pod koniec lat 70. w jego najbliższym otoczeniu działał tajny współpracownik SB o pseudonimie Stanisław, odparł: Było dla mnie szokiem, kiedy dowiedziałem się po tylu latach, że tym tajnym współpracownikiem jest osoba, która była znajomym moich rodziców.

Przyłębski podkreślił, że nigdy nie doszło do jakiejkolwiek współpracy między nim a tajnym współpracownikiem SB. Nie prowadził mnie, jak wynika z akt, przekazywał jedynie informacje o mnie - oświadczył.

Zdaniem Przyłębskiego +Gazecie Wyborczej+ i środowiskom z nią związanych chodzi o uwiarygodnienie tezy, z której wynika, iż Trybunał Konstytucyjny został przejęty przez służby specjalne". "Obie publikacje (Gazety Wyborczej - PAP) przesłałem mojemu prawnikowi z prośbą o przygotowanie wniosku do prokuratury w sprawie o zniesławienie mnie oraz mojej funkcji - dodał ambasador.

Pod koniec października "GW" napisała, że ambasador Przyłębski był tajnym współpracownikiem Służb Bezpieczeństwa, miał też współpracować z Urzędem Ochrony Państwa. W ubiegłym tygodniu "GW" podała, że ktoś z bliskich Przyłębskiego brał udział w typowaniu go na agenta SB. Jak pisze "GW", w jego otoczeniu działał rezydent o pseudonimie "Stanisław", który miał się włączyć w nakłonienie go do współpracy.

Według źródeł gazety, bezpieka postanowiła go pozyskać, „bo miał wyjeżdżać na Zachód, gdzie działali +wrogowie socjalizmu+". Plan ten został zrealizowany dopiero 1991 roku.

10 marca IPN udostępnił teczkę personalną tajnego współpracownika o pseudonimie "Wolfgang", dotyczącą Andrzeja Przyłębskiego. Z dokumentów z lat 1979-80 wynika, że TW "Wolfgang" "został pozyskany do współpracy 11 czerwca 1979 r.". Jak podano, w celu "zapewnienia dopływu informacji operacyjnych dotyczących przejawów działalności antysocjalistycznej w środowisku studenckim w Poznaniu".

Sam Przyłębski mówił, że niewykluczone, iż szantażowany, pod groźbą nie tylko odmowy wydania paszportu, ale także relegacji ze studiów za kolportaż pism antykomunistycznych, mógł podpisać jakieś zobowiązanie. MSZ oświadczył wówczas, że nie ma informacji, by IPN podważył prawdziwość oświadczenia Przyłębskiego, w którym zaprzeczył on współpracy z SB. Resort zaznaczył, że przechodził on kilkakrotnie procedurę sprawdzającą.