To był "spontaniczny czyn, wynikający z głębokiej bezradności, pozostawienia samej sobie i rozpaczy" - powiedział w uzasadnieniu sędzia przewodniczący rozprawie.
Ta tragedia wydarzyła się w marcu tego roku. Kobieta urodziła córeczkę w toalecie mieszkania należącego do znajomego. Po upływie pół godziny, gdy noworodek zaczął rzęzić, matka włożyła go do plastikowej torby i wyrzuciła z wysokości 25 metrów. Dziecko zginęło na miejscu. Ciałko maleństwa znalazł przed blokiem przechodzień.
Kobieta dopiero po kilku dniach sama zgłosiła się na policję. Początkowo obwiniała o tę zbrodnię 23-letniego Macedończyka, jej przyjaciela i jednocześnie ojca dziecka. Później jednak przyznała się do winy. "Byłam w szoku" - tłumaczyła.
"Moje życie było horrorem. Byłam cały czas sama" - zeznawała kobieta. Dziecko miało urodzić się w kwietniu. Kobieta chciała, by stało się to w Polsce. Jednak, jak podkreślała, jej przyjaciel nie chciał dziecka. Bił ją, także po brzuchu. Wczesny poród był dla niej szokiem, który doprowadził do tragedii.