Upadliśmy na głowę, żeby minuta po minucie pokazywać w sieci, gdzie jesteśmy i co dokładnie robimy na wakacjach?

Nie, no skąd. Przecież na tym zasadza się cała idea mediów społecznościowych. One zostały stworzone po to, byśmy nieustannie opowiadali innym swój świat. Czy to poprzez krótkie opisy i zdjęcia, jak na Facebooku, czy też przez same zdjęcia, jak na Instagramie, który wśród młodszego pokolenia jest teraz w zasadzie jedynym medium społecznościowym.

Ale do tego stopnia, żeby przeprowadzać z wyjazdu relację na żywo?

To być może kwestia przyzwyczajania – na co dzień publikujemy mnóstwo faktów z życia, więc na wakacjach oddajemy się tej czynności tym bardziej ochoczo. Mamy więcej czasu, to i zdjęć może być więcej. Bywa więc, że atakujemy znajomych serią kilkudziesięciu fotografii dziennie.

Przyzwyczajenie przyzwyczajeniem, ale swoje zrobiła też technologia.

Cyknąć zdjęcie, obrobić je i wysłać można teraz bardzo szybko. Wystarczy już tylko telefon, by natychmiast je opublikować. Wcale nie musimy czekać na powrót do domu, zgranie fotografii, ich wydrukowanie, by dopiero potem móc je pokazywać znajomym.
Warto podkreślić, że w społecznym rdzeniu niewiele się zmieniło – chęć podzielania się tym, co się dzieje w naszym życiu, jest stała. Zawsze, kiedy wyjeżdżaliśmy na wakacje, to po powrocie o nich opowiadaliśmy. Najpierw za pomocą słów, potem wspomagaliśmy się zdjęciami; kilkoma, kilkunastoma, by z czasem było ich więcej. Teraz możemy to robić w czasie rzeczywistym.

I to do tego stopnia, że w sieci lądują nawet fotografie półnagich dzieci?!

To już nie tylko kwestia skali prywatności – dla każdego innej – ale przede wszystkim braku edukacji i wiedzy, co z tymi zdjęciami może się potem zadziać. I to w szerokim zakresie.
Mamy małą świadomość tego, że wrzucając zdjęcia (półnagich) dzieci, fotografie te zostaną w sieci na zawsze. Nawet jeśli je usuniemy z naszego konta. Kiedy poprosiłem moich studentów o przejrzenie, co się o nich pisze w sieci, to okazało, że trafiali na zdjęcia, na których mieli po 7-8 lat; wrzucali je jeszcze ich rodzice. One cały czas tam są, niezależnie od tego, czy to się im podoba czy nie. Inna sprawa, że część fotografii, które przedstawia nasze rozebrane pociechy, bardzo szybko wyłapywana jest przez siatkę pedofilów i wykorzystywana przez nich do swoich celów.

Takich przypadków było wiele, podobnie jak włamań na konto i kradzieży tożsamości. Dlaczego nadal nie daje nam to do myślenia?

Gdyby było tak, że uczymy się na błędach, historia ludzkości wyglądałaby inaczej. Nie byłoby wojen, nienawiści i dyskryminacji. Oczywiście są osoby, które mają mocno rozbudowaną refleksyjność, ale większość z nas jednak ma z tym duży problem, bo wymaga to pracy, skupienia i nauki.

Musimy się sparzyć, żeby wyciągnąć z tego wnioski?

Tu też bym nie był tak hurraoptymistyczny: osoby, które ucierpiały z powodu utraty prywatności, nierzadko wcale nie stają się z tego powodu dużo bardziej uważne i ostrożne. Nie każda osoba, której okradziono dom, potem ubezpiecza go na wypadek kradzieży. Nasza pamięć jest krótka, a myślenie życzeniowe typu "mnie to nie spotka" – nadal bardzo silne.

Co w takim razie zyskujemy? Jakie potrzeby zaspokajamy, kiedy publikujemy na potęgę zdjęcia z wakacji?

Przede wszystkim dajemy ujście radości, że wyjechaliśmy, że odpoczywamy, że zwiedzamy. Jednocześnie pokazujemy, że jesteśmy ważni, że w naszym życiu wiele się dzieje. To próba pochwalenia się, zaimponowania innym. Czasem skuteczna…

To jednocześnie próba kreowania lepszej wizji siebie.

Ale też podnoszenia statusu, zaspokajania próżności i karmienia swojego ego. Media społecznościowe idealnie się do tego nadają, bo nagle wielu osobom wydaje się, że ich życie jest istotne i interesuje kogoś innego poza nimi samymi.

A jeśli jeszcze ktoś klinie: Like it!..

… to nierzadko stajemy się uzależnieni od liczby polubień. Przecież to nam buduje świadomość, samopoczucie, a u niektórych nawet tożsamość.

Ale to bardzo złudne, bo zdjęć z wakacji jest całe mnóstwo, a krąg znajomych mocno ograniczony.

Chyba, że jest się znanym instagramerem, który ma kilka tysięcy obserwujących – wtedy zainteresowanie jest wywołane liczbą osób, która nas obserwuje.
Ale tak! Nie ma co ukrywać, że w przypadku większości z nas, zdjęcia z wakacji obchodzą tylko naszych bliskich. Jakkolwiek byśmy się nie starali i jakkolwiek byśmy pięknych ujęć nie zrobili, to dotyczy to tylko wąskiego grona. Ale jeśli komuś to poprawi dzień, dla kogoś jest miła, nawet niewielka liczba lajków, to czemu nie.

Jak daleko stad do narcyzmu? Przecież nierzadko wrzucamy 18 zdjęć tego samego ujęcia.

Narcyzm to silne zaburzenie, które jest dość dalekie od publikowania zdjęć w Internecie. Bardziej mówiłbym tu o uzależnieniu niesubstancjalnym, w tym przypadku od portali społecznościowych i tego, co się na nich dzieje. Dokładając do tego FOMO (ang. fear of missing out), mamy sytuację, w której okazuje się, że bez telefonu i wrzucania zdjęć, nie możemy przeżyć godziny czy np. dnia. Czujemy, że jest nam to potrzebne, że utrzymuje w nas samych temperaturę i nas pobudza.

Czyli to już presja, która domaga się rozładowania?

Tak, podobnie jak w przypadku każdego innego uzależnienia. To przestrzeń, do której najpierw uciekamy, a potem bez niej nie możemy już funkcjonować. Innymi słowy: najpierw pobudzamy atencję, publikując masę zdjęć w sieci, a dopiero po jakimś czasie okazuje się, że tylko nam na tym zależy. Że robimy to tylko dla siebie. I nie potrafimy bez tego żyć.

W tym kontekście wielu badaczy mówi nawet o wirtualnym ekshibicjonizmie.

Z mojego punktu widzenia to ładne, aczkolwiek zbyt mocne określenie.

To jak w takim razie nazwać jeszcze wrzucanie zdjęć z wakacji bez żadnego umiaru?

Krótko: przesuwaniem granic sfery intymnej. Oczywiście, przy założeniu, że dla jednych intymne może być, eksponowanie ciała, dla innych np. pytanie o wiarę. I odwrotnie.
Ważne w tym wszystkim jest jednak pamiętanie o tych, którzy te zdjęcia oglądają. Bo przecież nie musi im to być na rękę, podobnie jak to bywa z relacjami sąsiedzkimi. Kiedy się kłócimy czy głośno kochamy i słyszy nas cała kamienica, to dla nas żaden problem. Bo przecież takie są granice naszej intymności - myślimy. A co z innymi? Może komuś to przeszkadza? Podobnie ze zdjęciami z wakacji – jednym się podobają, innych oburzają, a jeszcze innych zwyczajnie nudzą.