W lipcu 2017 r. Sąd Okręgowy w Gdańsku nakazał byłemu księdzu Andrzejowi S. przeprosić pisemnie byłego ministranta Marka Mielewczyka (zgodził się na podanie nazwiska - PAP) za "naruszenie jego dóbr osobistych w postaci godności oraz nietykalności cielesnej". Powód domagał się też zapłaty 10 tys. zł zadośćuczynienia, ale sąd tego żądania nie uwzględnił. Mielewczyk, oprócz b. kapłana pozwał też do sądu parafię św. Kazimierza w Kartuzach oraz Diecezję Pelplińską.

Od wyroku sądu niższej instancji odwołał się zarówno powód, jak i pełnomocnik Andrzeja S.

Wyrok jest prawomocny. Na jego ogłoszeniu nie było nikogo z pozwanych, stawił się natomiast powód Marek Mielewczyk (zgodził się na podanie nazwiska - PAP)

- Było to nieludzkie wykorzystywanie małoletniego dziecka; dziecka nieświadomego tego, co się w stosunku do niego dzieje; dziecka nie mającego pełnego, normalnego oparcia w rodzinie. Jaka kara spotkała pana S.? Rekolekcje i przeniesienie do innej parafii. Przeniesienie ze stanowiska wikarego na stanowisko proboszcza. Kara bardzo adekwatna, zdaniem Kościoła, w stosunku do sprawcy takich czynów - mówiła w uzasadnieniu wyroku sędzia Dorota Gierczak.

Wyjaśniła, że choć czyny seksualne wobec b. ministranta miały miejsce w latach 1982-87, to nie można zastosować wobec nich przedawnienia, o co wnosili pozwani.

- Nigdy nie doszło do przeprosin; nigdy nie doszło do przyznania się przez któregokolwiek z pozwanych przed sądem, że czyny były dokonywane, że nie było nadzoru nad księdzem - stwierdził sąd.

Zdaniem sądu, "wykorzystywanie seksualne małoletnich dzieci - nieświadomych przestępczego charakteru czynności przeciwko nim podejmowanych - jest poniżającym, nieludzkim traktowaniem drugiego człowieka, niczym nie różniącym się od stosowania tortur".