Donald Tusk jest tym z polskich polityków, który przeprowadził przepowiadaną - i zalecaną - przez Guya Sormana fuzję konserwatyzmu z liberalizmem. Jej wyrazem jest chociażby to, że kierowana przez Tuska partia znalazła się w chadeckim, a nie liberalnym klubie w Parlamencie Europejskim. Rozmowa francuskiego filozofa z polskim politykiem ukazuje, że niekoniecznie jest to przejaw oportunizmu - bardziej niż za konkretny program uważają oni liberalizm za ogólną formę działania w dojrzałej demokracji, którą można swobodnie łączyć z wieloma politycznymi orientacjami, jak również wyznawać niezależnie od osobistych doświadczeń i politycznego rodowodu. "Nigdy nie chciałem, żeby powstała we Francji partia liberalna. Uważam, że myśl liberalna powinna przenikać wszystkie partie, zmieniać je od środka" - mówi Sorman. "Nie czuję się obrabowany przez Leszka Millera, Andrzeja Leppera, Jarosława Kaczyńskiego czy Waldemara Pawlaka z mojego liberalnego myślenia, odczuwam wielką satysfakcję, że dzisiaj w Polsce żadna z istotnych sił politycznych nie kwestionuje fundamentów liberalnego ładu" - zapewnia Tusk.
Guy Sorman i Donald Tusk byli gośćmi wrześniowej Debaty Dziennika, która odbyła się w siedzibie Collegium Civitas.
p
Wygraliśmy szybciej, niż się spodziewaliśmy. Warto wspomnieć, że kiedy moja książka "La solution liberale" wydana została w Polsce w 1985 roku, w kilka
miesięcy po wydaniu francuskim, bardzo mało osób wierzyło, że Polska wyzwoli się tak łatwo. Ci zaś, którzy wierzyli w wyzwolenie Polski, w to, że po totalitaryzmie można odnaleźć sens
odpowiedzialności indywidualnej, sądzili, że musi przeminąć co najmniej jedno pokolenie. I teraz: czym jest liberalizm? Myśl liberalna jest ścisłym przeciwieństwem ideologii totalitarnych.
Nie wychodzimy od własnej koncepcji społeczeństwa, nie zmuszamy narodów do dostosowania się do jednego modelu, zdefiniowanego w sposób teoretyczny i abstrakcyjny. Wychodzimy od społeczeństwa
takiego, jakie ono jest, i zastanawiamy się, w sposób bardzo pragmatyczny, jak ci, którzy dążą do wolności i odpowiedzialności osobistej, mogą ją uzyskać, oraz jak ci, którzy dążą do
ochrony ze strony społeczności, mogą też z niej skorzystać. Nie opieramy się na z góry ustalonej definicji. Z pokorą, ale też w sposób rzeczowy, liberałowie starają się po prostu
zmodyfikować zasady gry społecznej tak, aby każda jednostka czuła się swobodniej i była w większym stopniu zdolna realizować swój potencjał i swoje aspiracje. Wspomniał pan, że
liberałowie nie przeciwstawiają się konserwatystom. Rzeczywiście, uważamy, że w każdym społeczeństwie istnieją pewne tradycje kulturowe i religijne, historia, pewne pojęcie państwa. W
żadnym wypadku nie staramy się zniszczyć tej spuścizny. Pragniemy jedynie wyznaczyć praktyczne i konkretne ścieżki, aby w tym starym świecie żyło się lepiej.
Zadawalamy się refleksją nad optymalnymi instytucjami państwowymi i ekonomicznymi. Najnowsza historia Polski jest dowodem realizmu myśli liberalnej. Jeżeli zapewnimy Polsce dobre
instytucje, takie jak rządy prawa, instytucje demokratyczne, miejsca, gdzie można swobodnie i bez ryzyka dyskutować, stworzymy normalne życie polityczne. Życie, które nie jest wojną domową,
lecz zwykłą konfrontacją, mniej lub bardziej brutalną. Naszym priorytetem jest ustalenie pokoju społecznego. W gospodarce wizja liberalna bazuje na tych samych zasadach. Wychodząc od tego, co
Raymond Aron nazywał zasadą rzeczywistości, stwierdzamy, że tam, gdzie ludzie mają swobodę przedsiębiorczości zgodną z regułami rynku, tam rozwój gospodarczy dokonuje się w sposób
spontaniczny. Ustalamy granice, tworzymy instytucje i pozwalamy przedsiębiorcom swobodnie działać. Rozwój gospodarczy Polski jest jasnym dowodem, jak wiele można w ten sposób osiągnąć. Od
chwili ukazania się "La solution liberale" sytuacja liberalizmu całkowicie się zmieniła. Wtedy liberalizm był propozycją mniejszościową, dziś nie ulega wątpliwości, że
wygrał. W latach 80. założenia czynione przez filozofów i ekonomistów liberalnych były nieustannie kwestionowane. Istniały inne nurty ideowe, równie prawomocne intelektualnie, które
proponowały "trzecią drogę" pomiędzy socjalizmem i liberalizmem. Moi przyjaciele z "Solidarności" skłaniali się raczej ku temu rozwiązaniu. Kościół w
Polsce również. Dwadzieścia lat później możemy stwierdzić, że takie myślenie poniosło całkowitą klęskę: "trzecia droga" nie istnieje. Sukces liberalizmu wywołuje
oczywiście wrogie reakcje. Spotykamy się z wrogością ze strony tych, którzy się pomylili, i tych, którzy stracili pewne korzyści. Ci, którzy w starym systemie żyli wygodnie, na utrzymaniu
państwa, przegrali.
Odpowiem w ten sposób: nie jesteśmy w stanie manipulować wielkimi zbiorowymi mitami. To jest poważne ograniczenie. Populizm nie jest naszą silną stroną. Ponieważ liberalizm polega na
chłodnej analizie, nie budzimy wielkich emocji. Wiemy, że zarówno w Polsce, jak i w innych krajach nigdy nie uzyskamy absolutnego poparcia. Nigdy nie widziano tłumów manifestujących na ulicach
w obronie wolnego handlu. Tymczasem rozwój ekonomiczny opiera się właśnie na wolnej wymianie handlowej. Chciałbym powiedzieć jeszcze jedno. W Polsce wkrótce odbędą się wybory, których
wyników jeszcze nie znamy. Wybory te budzą wielkie emocje, także u siedzącego obok mnie pana Donalda Tuska. Ja natomiast patrzę na tę sytuację z bardziej odległej perspektywy. Od 20 już lat
przyglądam się Polsce. Pomimo wszelkiej krytycznej retoryki, niezależnie od populistycznych haseł, droga, którą idzie Polska, jest drogą demokracji liberalnej. To jest już nie do odwrócenia.
Zauważmy zresztą, że nikt już nie proponuje innego kierunku rozwoju. Chciałbym, żeby liberałowie zostali wysłuchani w tych wyborach, a może nawet więcej. Wiem równocześnie, i jest to dla
mnie źródłem optymizmu, że solidnie weszliście na drogę, o którą walczyliśmy dla Polski w latach 80.
Jestem bardzo szczęśliwy, że istnieją autorytety intelektualne - a wśród nich prawdziwy bohater europejskiej myśli, pan Guy Sorman (bliski mi także dlatego, że drukowałem
jego książki w niezależnym obiegu w latach 80.), które potwierdzają moją intuicję, do której jestem przywiązany. Ta intuicja mówi mi, że "Solidarność" od pierwszego
dnia strajku była tak naprawdę ruchem na rzecz wolności, a więc liberalizmu. Zacznę może od pewnej anegdoty: w roku 1980, kilka tygodni po zakończeniu strajku, zostałem redaktorem rubryki,
którą prowadziła "Solidarność" w Gdańsku w "Dzienniku Bałtyckim", który wychodził oficjalnie, a więc pod cenzurą. Trzy razy w tygodniu ktoś z nas,
redaktorów, musiał iść do cenzury negocjować, co w tej rubryce może się ukazać, a co nie. Napisałem wówczas tekst, pewnie nie za mądry, ale szczery, że "Solidarność"
powstała po to, żebyśmy odzyskali niepodległość i żebyśmy odbudowali kapitalizm. Jak cenzor zobaczył słowo niepodległość, wybuchnął śmiechem i zrozumiałem, że to w ogóle nie
przejdzie. Natomiast chwilę się zastanawiał nad gospodarką kapitalistyczną i zaczął ze mną negocjować, jak można by to zmienić. Ja mówię: "No to może wolna
gospodarka?". "Nie, niech pan da spokój". "To może rynkowa gospodarka?". "Też nie wchodzi w rachubę". "A jak byśmy
napisali normalna gospodarka?". "O tak, tak może być". Miałem zawsze poczucie, że głównym zadaniem "Solidarności" było przywrócenie normalności.
Co oznacza, że była ona ruchem na rzecz przywrócenia liberalnego minimum, czyli gospodarczych i obywatelskich wolności. Lech Wałęsa oczywiście nie czytał Hayeka, działacze
"Solidarności" też nie. Jednak czego myśmy wówczas się domagali, co było głównym celem w ruchu "Solidarności", zawartym także w 21 postulatach? To było
wyeliminowanie przemocy, opresji z życia publicznego. Ograniczenie władzy w jej omnipotencji. Oczekiwanie - jeszcze nie do końca nazwane - że gospodarka będzie wydajna. Przekonanie, że trzeba
mieć swobodę głoszenia własnych poglądów. Żądanie, żeby ktoś, kto wierzy w Boga, nie musiał tego ukrywać. Żądanie, do którego przywiązywano wręcz magiczne znaczenie, aby nie było
ani jednego więźnia politycznego w Polsce. Czy to nie było minimum liberalne? Pojawiały się co prawda puste hasła, że "Solidarność" jest po to, żeby odnaleźć trzecią
drogę, ale ja nie znalazłem naprawdę nikogo, kto podjąłby wysiłek wytłumaczenia, co ta trzecia droga miałaby znaczyć.
Miałem swoje doświadczenie w latach 80. - i to było doświadczenie całego środowiska gdańskich liberałów - które pokazywało, że zanurzenie się w liberalnej praktyce rzeczywiście
może być źródłem szczęścia osobistego. W Trójmieście bardzo wielu ludzi zaangażowało się w "Solidarność", potem siedzieli w więzieniu czy internatach, ale w końcu
musieli wrócić do życia, a nie mogli wrócić do dawnych, państwowych miejsc pracy. I tak narodził się taki wielki boom w połowie lat 80., gigantyczna fala małych spółdzielni pracy, które
de facto były substytutem prywatnych firm, a później, kiedy komuniści na to pozwolili - niedużych, ale bardzo żywotnych - spółek prawa handlowego. W Trójmieście doprowadziliśmy do syntezy
idei i praktyki: nocami drukując Guya Sormana, a w dzień pracując w setkach małych prywatnych firm. I to dawało poczucie wręcz uniesienia: byliśmy niezależni od komunistów, chodziliśmy do
pracy wtedy, kiedy chcieliśmy, mieliśmy fascynujące hobby, trochę ryzykowne - mówię o drukowaniu pańskich książek... Czy mogło być lepiej: robić romantyczną rewolucję, a jednocześnie
zarabiać więcej pieniędzy niż ci, którzy pracują w państwowych instytucjach? Powtarzam: "Solidarność" w swojej istocie była liberalną rewolucją, która zniosła
sztuczny, przemocą narzucony projekt ideologiczny, gospodarczy, polityczny. Ta świadomość powinna towarzyszyć Polakom, nawet jeśli niewielu z nas rozumiało, że uczestniczy w przywracaniu
liberalnej normalności w Polsce. I to się udało. Bo sam fakt, że dałem się namówić na spotkanie, publiczne, gdzie nieustannie, na wszystkie możliwe sposoby odmienia się słowo liberalizm, a
na mnie pokazuje się palcem "to jest liberał", świadczy o tym, że dzisiaj w Polsce nie trzeba przegrywać wyborów, przyznając się do tradycji liberalnej.
Liberalizm to przede wszystkim refleksja na temat instytucji. Myśl konserwatywna skupia się tymczasem raczej na obyczajach i tradycjach. Te płaszczyzny czasem się zazębiają, a kiedy
pojęcie swobód indywidualnych staje w sprzeczności z niektórymi wartościami wspólnotowymi, dochodzić może między nimi do konfliktów. Konfliktami tymi daje się jednak zarządzać. Z samej
definicji myśli liberalnej wynika, że jest to postawa otwarta na negocjacje. Zawsze staramy się znaleźć pośrednią drogę pomiędzy aspiracją do wolności indywidualnej i utrzymaniem tradycji
wspólnotowej. Dlatego nigdy nie powinno dojść do frontalnego konfliktu pomiędzy liberalizmem i konserwatyzmem. Jeżeli chodzi o lewą stronę: istnieje lewica indywidualistyczna, postępowa, z
którą nie mamy oczywiście żadnego konfliktu. Konflikt pojawia się pomiędzy liberalizmem a lewicą ideową, która nie lubi społeczeństwa jako takiego czy wręcz nie lubi natury ludzkiej. Nie
ma możliwej zgody pomiędzy liberalizmem a lewicą czy prawicą, które dążą do zmiany ludzkiej natury (jest to zresztą powód, dla którego, w całej historii europejskiej, partie liberalne
klasyfikowane były czasem po prawej stronie sceny politycznej, a czasem po lewej - to nie wynikało z oportunizmu). Wyjąwszy te przypadki, granice możliwej koalicji są bardzo szeroko zakrojone
zarówno po lewej, jak i po prawej stronie sceny politycznej. Zresztą zarówno w sferze idei, jak i w polityce liberałowie praktycznie zawsze skazani są na zawieranie sojuszy i wchodzenie w
koalicje. Wynika to z faktu, że myśl liberalna jest w praktyce większościowa, ale w swoim wyrazie jest mniejszościowa. Spójrzmy na Europę. W Europie prawie nie ma partii, które określałyby
się mianem liberalnych. Myśl liberalna jest wszechobecna, ale partie liberalne właściwie nie istnieją. Zresztą nigdy nie chciałem, żeby powstała we Francji partia liberalna. Uważam, że to
raczej sama myśl liberalna powinna przenikać wszystkie partie, zmieniać je od środka. Tak właśnie się stało - na prawicy gaulliści, a na lewicy socjaliści przeszli ku postawom bardziej
tolerancyjnym, a w gospodarce bardziej zbliżonym do tego, co wszyscy nazywają normalną gospodarką. Jako intelektualista jestem bardziej skłonny popierać taką irygację, intoksykację
wszystkich partii przez liberalizm, niż tworzenie partii, która od liberalizmu brałaby swoje początki.
Podzielam, jeśli chodzi o to polskie podwórko, przekonanie, że liberalnym myśleniem trzeba zarażać różne środowiska, a nie skupiać się na próbie budowania jednolitej liberalnej
siły politycznej, bo to być może skazałoby nas na porażkę myślenia liberalnego. Zwłaszcza dlatego, że w Polsce zaszczepianie pewnych liberalnych wątków w różnych obozach politycznych
zakończyło się sukcesem. Nie chodzi mi o to, że czasami można zobaczyć, jak lider populistycznej Samoobrony paraduje w garniturach Hugo Bossa... Ale przecież ten sam Lepper zaprasza na swoje
listy w tych wyborach Leszka Millera, jeszcze niedawno twardego, betonowego lidera postkomunistów - który od dwóch lat mniej więcej co dwa tygodnie pisze teksty wychwalające ideę podatku
liniowego. To oznacza nie tylko, że nastąpiło pewne pomieszanie porządków politycznych i ideowych, ale oznacza także, że pewien kanon myślenia liberalnego, szczególnie o gospodarce, stał
się obowiązujący zarówno w centrum polskiej sceny politycznej, jak i na prawo i na lewo od tego centrum. I Bogu dzięki. Ja absolutnie nie czuję się obrabowany przez Leszka Millera, Andrzeja
Leppera, Jarosława Kaczyńskiego czy Waldemara Pawlaka z mojego liberalnego myślenia, odczuwam wielką satysfakcję, że dzisiaj w Polsce żadna z istotnych sił politycznych nie kwestionuje
fundamentów liberalnego ładu. To utrudnia mi odpowiedź na pytanie, gdzie są granice, do których ktoś, kto czuje się liberalnym konserwatystą, może się posunąć w praktyce politycznej. Ja
nie widzę granic, bo one ulegają nieustannemu przesuwaniu. Na dodatek ja na to nie patrzę dogmatycznie, że tu jest granica i tu jest granica - dla mnie zadanie polega na tym, żeby te granice
coraz bardziej w lewo i prawo przesuwać... I to oznacza także bardzo konkretne polityczne odpowiedzi. Dzisiaj, kiedy patrzymy w krótkoterminowej perspektywie politycznej - a ja jestem na to
skazany - na trzy główne siły polityczne w Polsce przyznające się do trzech bardzo różnych tradycji - na radykalny obóz narodowo-katolicki dzisiaj uosabiany przez PiS, centrową,
liberalno-konserwatywną Platformę oraz postkomunistyczną Lewicę i Demokratów - widzimy, że wszystkie one uosabiają dość umiarkowane myślenie o głównych wyzwaniach cywilizacyjnych w
Polsce. Ja mogę krytykować i będę krytykować etatyzm, który jest ciągle bardzo mocno obecny i u Kaczyńskiego, i u Olejniczaka, ale tak naprawdę na tym głównym polu nikt na serio nie
kwestionuje liberalnego minimum. Partnerów dla liberalnego myślenia jest w Polsce znacznie więcej, niż na to wskazywałyby szyldy partyjne. Natomiast czy w Polsce istotne są debaty na temat
granic liberalizmu obyczajowego? Ja uważam, że nie...
Ja uważam, że one organizowały wąziutką rzeczywistość ograniczoną do bardzo niewielu aktorów, rzeczywistość pewnego intelektualnego salonu. W Polsce mamy do czynienia z
zaskakującym pokojem społecznym. Zatriumfowała miękka, liberalna wersja konserwatyzmu. Jesteśmy jako wspólnota sceptyczni wobec odstępstwa od takiej normy liberalno-konserwatywnej. Zauważcie
państwo, jak się w Polsce dyskutuje na przykład o sprawie homoseksualizmu. Poza bardzo nielicznymi grupami nie ma agresywnej promocji i nie ma agresywnego ataku. Czasami sam fakt pojawienia się
tej debaty stwarza wrażenie, że się dzieje coś niepokojąco radykalnego. Ale to tylko złudzenie. I ja bym starał się kultywować ten polski wzór miękkiej postawy wobec odrębności i
łagodzenia konfliktów.
Jest rzeczywiście pewna liczba myślicieli, ekonomistów, filozofów reprezentujących absolutystyczną wizję liberalizmu. Cytował pan wcześniej Friedricha Hayeka. W środowisku
ekonomicznym i akademickim jest pewien kult Hayeka, który u niego samego wywołałby wielkie zatrwożenie. Powiedziałbym nawet o liberalnym totalitaryzmie. Taki rodzaj myśli liberalnej martwi mnie
zresztą dużo bardziej niż to, czy ktoś opowiada się po prawej czy po lewej stronie. Największym niebezpieczeństwem jest pogląd, że społeczeństwo liberalne może istnieć bez państwa.
Państwo według myśli liberalnej jest dziedzictwem historycznym, a zatem jest też tradycją, tak jak religia. To oznacza, że odpowiada na głęboką potrzebę społeczeństwa szukającego
organizacji. Cały dyskurs głoszący, że rynek może zastąpić państwo, z punktu widzenia historycznego i filozoficznego nie jest słuszny.
W Polsce po roku 1989 dzieje się to, co już było tyle razy: mamy usta pełne wolności, ale wtedy, kiedy ją praktycznie zagospodarowujemy, okazuje się, że robimy ten sam błąd, co
inni. Szukając państwa skutecznego, budujemy państwo niemal wszechmocne. Nasza III czy IV RP, mniejsza o numery, jest też skażona tym grzechem. Dlatego ktoś w polityce musi być żarliwym
obrońcą idei państwa minimum - tak jak ja. Bo mamy do czynienia ciągle raczej z Lewiatanem niż z państwem ograniczonym. Zadaniem jest ciągła walka z chwastami. I nic więcej nie osiągniemy -
nie mam tu jakichś szczególnych złudzeń. A kiedy słyszę: "No, ale jeśli chodzi np. o obecność państwa w gospodarce, przecież są na pewno takie dziedziny, które wymagają
własności państwowej", to mi już włosy na głowie dęba stają. Pamiętam wielką dyskusję na temat tego, czy telekomunikacja może być prywatna, bo przecież telefony to jest
bezpieczeństwo państwa. Trzy lata temu postulat prywatnych usług medycznych, prywatnych szpitali wydawał się postulatem wręcz niestosownym. Nawet nie błędnym - niestosownym. Mało kto sobie
zdaje sprawę, że dzisiaj mniej więcej 70 proc. rynku usług medycznych jest sprywatyzowanych i akurat to jest te 70 proc., które jako tako działa.
Nieprzypadkowo dyskusja na temat bezpieczeństwa energetycznego już dawno przestała być dyskusją na tematy ekonomiczne i rzeczywiście stała się dyskusją na temat bezpieczeństwa w tym
najbardziej tradycyjnym sensie. Wymaga to poważnej dyskusji strategicznej o bezpieczeństwie, nie tylko Polski, ale w jakimś sensie bezpieczeństwie naszej cywilizacji, bezpieczeństwie Europy. To
nie jest dyskusja o zakresie obecności państwa w gospodarce, tylko zupełnie inny temat.
Ja tu nie chcę wywoływać upiorów ani snuć czarnych prognoz. Natomiast jeśli mówimy dzisiaj o poważnym sporze politycznym czy ustrojowym między Platformą a obozem rządzącym,
dostrzegam jako główny problem to, że ludzie dzisiaj rządzący Polską uważają, że sam fakt elekcji i wyniesienia do władzy przez powszechne wybory daje możliwość działania bez żadnych
istotnych ograniczeń. Tymczasem nawet najbardziej jednoznaczny mandat demokratyczny nie powinien czynić władzy bardziej wszechpotężną wobec obywatela. Jeszcze dzisiaj nie dostrzegam jakichś
zasadniczo groźnych skutków tego myślenia obozu rządzącego. Moim zdaniem to jest ciągle raczej pewien dyskomfort niż realna groźba. Za rok czy za dwa to może być realna groźba, bo tego
typu choroby mają niestety zdolność do rozwijania się.Powiem jeszcze: Nie lękajcie się. Jak ja dzisiaj czasami słyszę pesymizm czy lęk, to mnie szlag trafia, bo przecież my tak naprawdę
jesteśmy wybrańcami Pana Boga, ostatnie 25 lat to jest najpiękniejsze doświadczenie, jakie można było przeżyć. Nie ma powodu do drżenia. Ci ludzie, którzy chcą nas wpędzić w lęk, to są
mali ludzie i jak się mocno tupnie nogą, to się okazuje, że to są strachy na lachy.
Moim zadaniem nie jest epatowanie opinii publicznej etykietą ideową, tylko zachowanie w sercu i w umyśle tych kanonów, do których jestem przywiązany, i takie prowadzenie polityki,
które najskuteczniej będzie implementowało ten sposób myślenia w rzeczywistości. Zresztą uważam, że Platforma Obywatelska okazała się świetnym sposobem na liberalny populizm. W dobie
spektaklu - a to spektakl rządzi emocjami, także emocjami wyborczymi - zbudowanie takiej spokojnej i zarazem konserwatywno-liberalnej wersji populizmu wydawało mi się jedynym skutecznym
narzędziem do konkurowania z populistami tout court. Tak rozumiem swoje zadanie.
"3 razy 15 procent" to był pomysł, który miał w sposób jednoznaczny pokazać naszą intencję radykalnego uproszczenia i spłaszczenia podatku. Ale przyznacie
państwo sami - ci, którzy się interesują trochę gospodarką - że podatek liniowy nie wymaga tego, żeby stawka VAT była taka jak stawka podatku od dochodów osobistych czy CIT. I stąd
utrzymanie podatku liniowego, jeżeli chodzi o podatek od dochodów osobistych, a zarazem pewna ostrożność i wstrzemięźliwość, jeśli chodzi o jednolitą stawkę VAT. Nam bardzo by zależało
na tym, aby prosty i płaski podatek stał się faktem, a równocześnie aby w sposób odpowiedzialny móc go zaproponować, musimy mieć rezerwę, jaką daje VAT bez sztywnej jednolitej stawki,
przynajmniej w początkowych latach.
Odpowiem na to pytanie z perspektywy Francji. Dwadzieścia lat temu nikt sobie nie wyobrażał we Francji, że Polska będzie się rozwijać tak szybko. Nikt nie myślał, że z takim
dynamizmem będą powstawały nowe przedsiębiorstwa. Dynamika rozwoju Polski i jej wzrost są absolutnie spektakularne. W żadnej mierze nie mamy wrażenia, że Polska się cofa. Wręcz przeciwnie.
Dziś, kiedy patrzymy na Europę, widzimy, że najbardziej gospodarczo dynamiczną jej częścią jest właśnie Wschód, a nie Zachód. Pani analiza odnosi się raczej do Europy zachodniej. To my,
we Francji, mamy stopę wzrostu poniżej 2 proc., to my się zastanawiamy, dlaczego nie powstają u nas nowe przedsiębiorstwa, dlaczego system ubezpieczeń społecznych upada, dlaczego mamy 10 proc.
bezrobocia. Oczywiście każdy widzi swoje problemy. Pani, jako szef przedsiębiorstwa w Polsce, ma wrażenie, że sprawy nie posuwają się wystarczająco szybko, ale my patrzymy na was i uważamy,
że idziecie do przodu szybciej niż my. Weźmy kwestię podatku liniowego wprowadzanego aktualnie we wschodniej Europie. Rozpoczęły to kraje bałtyckie, funkcjonuje on w Słowacji, projekt
wprowadzenia go istnieje w Republice Czeskiej. W Polsce trwa na ten temat debata. We Francji natomiast nikt się nawet nie ośmielił zaproponować podatku liniowego, choć jest to bardzo stary
pomysł klasyków liberalizmu. W swoich obawach dotyczących Polski proszę zachować bardziej generalne spojrzenie na Europę. Istnieją bowiem punkty, na pewno nie wszystkie, w których jesteście
zdecydowanie do przodu. Ja jestem bardzo zaskoczony dzisiejszą debatą o podatku liniowym. We Francji, o ile wiem, żaden kandydat nigdy o tym nie wspominał. Tak wygląda spojrzenie z zewnątrz.
Moje stanowisko może wydawać się trochę absurdalne, ale uważam, że powinniście być zdecydowanie bardziej zadowoleni, niż jesteście. Oczywiście każdy patrzy do przodu, w przyszłość, a
nie w przeszłość. Jednak pamiętam czasy, choć nie mam stu lat, kiedy w Polsce nie można było dyskutować, a jest wiele osób, kilkaset kilometrów stąd, dla których demokracja jeszcze nie
istnieje. Pamiętajmy o nich, tak samo jak pamiętamy o sobie.
p
, ur. 1944, pisarz, publicysta związany z "Le Figaro Magazine". Jeden z nielicznych wśród francuskiej inteligencji zwolenników wolnorynkowego liberalizmu. Wydał m.in.: "Amerykańską rewolucję konserwatywną" (wyd. pol. 1983), "Rozwiązanie liberalne" (wyd. pol. 1985) i "Le progres et ses ennemis" (2001). Ostatnio nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka ukazała się jego książka "Dzieci Rifa'y. Muzułmanie i nowoczesność". Jest stałym współpracownikiem "Europy" - w poprzednim numerze przekonywał, że "Polska broni Europy przed banalnością".
, ur. 1957, polityk, przewodniczący Platformy Obywatelskiej. W 1980 ukończył studia historyczne na Uniwersytecie Gdańskim. Był jednym z założycieli NSZ, dziennikarzem i działaczem "Solidarności". Wyrzucony z państwowej posady przez siedem lat utrzymywał się z pracy fizycznej w założonej przez Macieja Płażyńskiego spółdzielni Świetlik. Autor książek "Idee gdańskiego liberalizmu" (1998) oraz "Solidarność i duma" (2005).