Żeby zostać lekarzem w Polsce, trzeba sześć lat studiować, odbyć roczny staż w szpitalu, a potem jeszcze poświęcić przynajmniej kolejnych pięć lat na specjalizację. W jej trakcie jest się tzw. rezydentem. Tydzień pracy rezydenta to minimum 37 godz. i wynagrodzenie 1100 zł na rękę. Szczęśliwcy mogą dorobić parę złotych na 16- lub 24-godzinnych dyżurach.
...Przybory potrzebne do badań pacjentów, typu: soczewki, gonioskopy, a także szpitalne ubrania i obuwie oraz dodatkowo kursy specjalistyczne, zjazdy, staże kierunkowe, podręczniki, czasopisma.
Mogę chodzić i prosić po innych oddziałach, żeby dali mi jakiś dodatkowy dyżur. Albo mogę zostać ankieterem lub rozdawać ulotki na ulicy. Jednym słowem coś dorywczo, bo przecież jako rezydent nie mogę podpisać żadnej dodatkowej umowy o pracę. Mam etat, za który płaci Ministerstwo Zdrowia.
Drugą pensję.
To prawda, mój mąż pracuje na trzy etaty. Dwa ma w branży budowlanej, jeden jako kurator sądowy. Dzięki temu tylko prawie wystarcza nam na wszystko.
To znaczy na utrzymanie się i na jedzenie.
Na mieszkanie musieliśmy wziąć kredyt, ale bank zgodził się nam go udzielić pod warunkiem, że podżyrują go nam rodzice. Dzięki nim udało nam się w sumie uzyskać 26 tys. zł kredytu. Kupiliśmy za to 17,5-metrową kawalerkę na Śląsku. Tanio, prawda? Mieliśmy szczęście, bo fartnęła nam się prawdziwa okazja.
Mam nadzieję, że w końcu się go doczekamy, ale raczej jeszcze nie teraz.
Obawiamy się z mężem, że sobie nie poradzimy finansowo. Po urodzeniu dziecka poszłabym zapewne na 16-tygodniowy urlop macierzyński, a później musiałabym wrócić do pracy, a zatem i wynająć opiekunkę. A to już ogromny wydatek. Rodzice moi i męża, niestety, mieszkają zbyt daleko, aby mogli zajmować się wnukami.
Oczywiście. Gdyby nie ich pomoc, trudno byłoby nam funkcjonować. Każdej niedzieli jeździmy do nich na obiady. Dodatkowo wracamy do siebie wyposażeni w wałówkę na resztę tygodnia.
Niestety tak. Złośliwi mówią, że to dla nich "dożywocie" z dzieckiem na karku. To rodzice musieli utrzymywać mnie przez całe studia, bo przecież nie mogłam nigdzie podjąć pracy ze względu na nawał zajęć. W zasadzie mieliśmy przez te 6 lat tylko dwa miesiące wakacji, a nie jak inni studenci trzy, bo jeden miesiąc trzeba było poświęcić na staże.
W tym roku robiliśmy prezenty sami. W ramach świątecznego prezentu posprzątałam mężowi w szafie. Rodzicom i rodzeństwu upiekliśmy pierniczki. Każdy dostał ładnie opakowane ciasteczko.
Od tych znajomych, którzy wyjechali i pracują jako lekarze w szpitalach w Niemczech, w Anglii czy USA wciąż słyszę, jak tam jest wspaniale. Że pracują zaledwie dwa tygodnie w miesiącu i na wszystko ich stać. Ja jednak nie chciałabym opuszczać Polski. Lubię nasz kraj, jestem bardzo związana ze swoją rodziną. Jeśli więc zdecyduję się na wyjazd, bo nie przekreślam tej możliwości, to będzie to jedna z najtrudniejszych decyzji. Może jednak okazać się, że jest konieczna. Zwłaszcza jeśli na świat przyjdzie dziecko.
Mówili, ale nie wierzyłam. Myślałam, że będę mogła zrobić coś dobrego dla innych, ludziom pomagać.
A teraz myślę przede wszystkim jak przeżyć.
*Maria Szczurek, 28-letnia lekarka, rezydent na oddziale okulistycznym Szpitala nr 2 im. dr Tadeusza Boczonia w Mysłowicach