Inne
Reklama

Zdaniem ekspertów wcale nie trzeba mocno zmieniać obowiązującego prawa, aby wyjść naprzeciw oczekiwaniom Polaków. Przede wszystkim potrzeba... odważnych prokuratorów, którzy właściwie je wykorzystają. Chodzi o to, aby broniące się przed bandytami ofiary nie trafiały potem przed sąd, oczekując na wyrok niekoniecznie uniewinniający. Ale by tak się stało, prokuratorzy powinni mieć możliwość umarzania nawet takich postępowań, w których dostrzegli przekroczenie granic obrony koniecznej. Jak dowiedział się DZIENNIK, minister sprawiedliwości już zarządził pracę nad taka zmianą.

Prof. Brunon Hołyst, kryminolog, potwierdza, że rzeczywiście taki przepis rozwiązałby ręce prokuratorom. "Nastawienie śledczych, tak aby bardziej uwzględniali interes ofiary napadu, można też zmienić za pomocą szkoleń, wytycznych prokuratora generalnego, publikacji dotyczących teorii prawa. Beznadziejna praktyka stosowania przepisów pozbawiła obywateli prawa do obrony" - tłumaczy Hołyst. Zgadza się z nim Krzysztof Orszagh, prezes Stowarzyszenia Przeciwko Zbrodni im. Jolanty Brzozowskiej: "Nasze prawo dotyczące obrony koniecznej jest naprawdę dobre, kuleje jedynie praktyka. Te przepisy nie mogą być zbyt precyzyjne, bo dotyczą kwestii, w której każdy przypadek trzeba oceniać indywidualnie".

Na taką odwagę zdobyła się prokurator Małgorzata Budych z prokuratury rejonowej Poznań-Grunwald. Zrezygnowała z postawienia zarzutu mężczyźnie, który w 2005 r. zastrzelił pijanego 18-latka, bo wtargnął do jego domu, a kilka godzin wcześniej razem z kolegami pobił mu syna. Mężczyzna powiedział intruzowi, że ma broń i kiedy ten nie zareagował, oddał kilka strzałów, które okazały się śmiertelne. "Chodzi o to, żeby siedzący w domu człowiek, który nagle znajdzie się w sytuacji zagrożenia i nie ma czasu dzwonić na policję, miał prawo się skutecznie obronić bez sprawdzania najpierw, co napastnik chce mu zrobić i w jaki sposób. Jeśli mu tego prawa odmówimy, to owszem, napastnik zostanie oskarżony przez prokuratora - ale co z tego przyjdzie temu napadniętemu? Jeśli on już będzie martwy? Albo ciężko ranny?" - kwituje prokurator Budych.

A prawa do bezwzględnej obrony chce większość Polaków (64 proc.), ale tylko jeśli zostaną napadnięci w domu. Dodatkowym warunkiem musi być zagrożenie życia własnego lub rodziny. Jeśli napastnik tylko wtargnął bez pozwolenia na teren ogrodu, działki lub posesji, to większość (63 proc.) chce się bronić z poszanowaniem jego zdrowia i życia. Kradzież samochodu z wyrwaniem kluczyków z ręki albo wtargnięcie do wnętrza pojazdu siłą nie jest dla Polaków powodem, by zabić.