Dziennik Gazeta Prawana logo

Warzecha: Zientarski gnał jak pirat drogowy

29 lutego 2008, 22:15
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Tragiczny wypadek znanego dziennikarza motoryzacyjnego na warszawskim Ursynowie pokazuje, jak w soczewce patologie polskich dróg. Maciej Zientarski gnał ferrari prawdopodobnie około 200 km/h. Wyleciał z drogi na muldzie. Jego pasażer zginął, on sam walczy o życie - pisze w "Fakcie" publicysta Łukasz Warzecha.

Po pierwsze - jest paradoksem, że dziennikarz motoryzacyjny zachowuje się za kierownicą jak pirat drogowy. Znam miejsce, gdzie zdarzył się wypadek. Przejeżdżam tamtędy niemal codziennie. Wolę nie myśleć co by było, gdybym znalazł się tam w tym samym czasie co Zientarski. Życzę mu, żeby wrócił do zdrowia, aby mógł stanąć przed sądem, gdzie, mam nadzieję, zostanie potraktowany z całą surowością. Być może już nigdy nie powinien usiąść za kierownicą. Jeśli ktoś traktuje ulice miasta jak tor wyścigowy, to jest niebezpieczny dla otoczenia.

Po drugie - Zientarski podobno lubił taki styl prowadzenia. Powstaje pytanie, jak to możliwe, że dotąd nie stracił prawa jazdy. Odpowiedź jest prosta: polska policja drogowa nie umie działać prewencyjnie. Policjanci wciąż wolą się ustawiać w krzakach z radarem, zamiast polować na prawdziwych wariatów. Znam w Warszawie kilka miejsc, gdzie idioci łamią przepisy po kilka razy na minutę. Nigdy nie widziałem tam policyjnego patrolu ani mobilnego punktu monitoringu.

Po trzecie - w naszym kraju istnieje grupa ludzi, którym wydaje się, że są za kierownicą śmiercioodporni - jak u Quentina Tarantino. Dużą część tej grupy stanowią ludzie znani. Ci, którzy powinni dawać przykład. Wydaje im się, że skoro są członkami warszawskiej socjety i mają dobry wózek, nic im się nie może stać. Policjanci często łapią się na lep ich popularności i patrzą na ich wybryki przez palce, a gwiazdy jeszcze się tym przechwalają.

Po czwarte - zarządcy dróg. Warszawski Zarząd Dróg Miejskich doskonale wiedział o niebezpiecznym miejscu. Nie jest to pierwszy wypadek, który się tam zdarza. Na jezdni jest wybrzuszenie, którego łatwo nie zauważyć, a które dawno powinno zostać zlikwidowane. Idę o zakład, że w ZDM nikt nie poniesie odpowiedzialności za to kryminalne zaniedbanie. Przecież urzędasy postawiły tam znak ograniczenia prędkości, więc czują się usprawiedliwieni.

Może tragedia Zientarskiego coś zmieni w każdej z tych dziedzin. Może ktoś puknie się w głowę, zanim wciśnie gaz do podłogi. Oby.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj