Pisma Johna Maynarda Keynesa, ekonomisty, który pomógł nam zrozumieć Wielki Kryzys, nigdy jeszcze nie były tak aktualne - twierdzi Krugman.

To właśnie doktryna keynesowska zakładała, iż zasadniczą rolę w życiu gospodarczym odgrywają idee ekonomiczne. Dziś właśnie to musimy sobie uświadomić: że naszym największym problemem jest nie brak kapitału, lecz niewłaściwe myślenie.

p

Paul Krugman*

Świat potrzebuje operacji ratunkowej. Globalny system kredytowy jest sparaliżowany, a kryzys nabiera impetu. Niezbędna jest reforma pozwalająca na pokonanie słabości systemu, które doprowadziły do tej sytuacji. Z tym jednak można trochę zaczekać - najpierw musimy zająć się bezpośrednimi zagrożeniami, czyli odmrozić rynki kredytowe i zwiększyć wydatki publiczne.

Pierwsze zadanie jest trudniejsze, ale trzeba je jak najszybciej wykonać. Prawie nie ma dnia bez informacji o jakiejś kolejnej katastrofie spowodowanej przez brak możliwości zaciągnięcia kredytu.

Właśnie dotarła do mnie wiadomość, że nagle załamał się rynek akredytyw, podstawowego instrumentu finansowania handlu międzynarodowego. Importerzy, zwłaszcza z krajów rozwijających się, nie mogą zawierać transakcji i statki stoją bezczynnie. Baltic Dry Index, powszechnie stosowany wskaźnik kosztów transportu morskiego, spadł w tym roku o 89 procent.

Reklama

Brak zaufania i dobrych pomysłów

Do złej sytuacji na rynku kredytowym przyczynił się brak zaufania i dekapitalizacja instytucji finansowych. Ludzie i firmy, także finansowe, chcą zawierać transakcje tylko z podmiotami posiadającymi kapitał na ich zabezpieczenie, lecz kryzys znacznie uszczuplił zasoby kapitału w większości sektorów gospodarki.

Narzucającym się rozwiązaniem jest dołożenie nowego kapitału. Jest to standardowa reakcja na kryzysy finansowe. W 1933 roku administracja Roosevelta dokapitalizowała banki, kupując ich akcje. Podczas kryzysu szwedzkiego na początku lat 90. rząd dosypał bankom kapitał wart jedną czwartą PKB Szwecji - 600 miliardów dolarów według dzisiejszego parytetu - w zamian za część udziałów. Podobną operację przeprowadził w 1998 roku rząd japoński. We wszystkich tych wypadkach działania rządu pomogły odmrozić rynek kredytowy.

Podobne akcje ratunkowe mają miejsce dzisiaj w Stanach Zjednoczonych i innych państwach rozwiniętych, aczkolwiek zostały one podjęte za późno między innymi z powodu ideologicznych uprzedzeń ekipy Busha. Po upadku Lehman Brothers Departament Skarbu zaproponował przeznaczenie 700 miliardów dolarów na wykup kłopotliwych aktywów od banków i innych instytucji finansowych, jednak nie było jasne, dlaczego posunięcie to miałoby w czymkolwiek pomóc (gdyby Departament Skarbu zapłacił cenę rynkową, nie poprawiłoby to sytuacji kapitałowej banków, a gdyby dał więcej, zostałby oskarżony o marnotrawienie pieniędzy podatników). W każdym razie po trzech tygodniach wahań Stany Zjednoczone poszły za przykładem Wielkiej Brytanii i innych krajów europejskich, przekształcając plan Paulsona w program rekapitalizacji.

Z trzech powodów wydaje się jednak wątpliwe, aby to wystarczyło. Po pierwsze nawet gdyby cała suma została wykorzystana na rekapitalizację (na razie udostępniono tylko jej ułamek) w stosunku do PKB byłoby to niewiele w porównaniu do operacji szwedzkiej czy japońskiej. Po drugie nie bardzo wiadomo, w jaki sposób środki te miałyby dotrzeć do w niewielkim stopniu uregulowanego sektora banków inwestycyjnych i funduszy hedgingowych, od których zaczęły się problemy. Po trzecie nie ma pewności, czy banki nie będą wolały schować tych pieniędzy w sejfach zamiast je pożyczać (z problemem tym spotkała się administracja Roosevelta).

Wszyscy jedziemy na tym samym wózku

W mojej ocenie trzeba będzie zwiększyć skalę i zakres rekapitalizacji, a także kontroli państwa nad bankami, czyli zbliżyć się do tymczasowej nacjonalizacji ważnego elementu systemu finansowego. Oczywiście nie może to być cel długofalowy: sektor finansowy należy zreprywatyzować, kiedy tylko stanie się to bezpieczne, tak jak to uczyniła Szwecja w latach 90. Na razie jednak konieczność odmrożenia rynku kredytowego musi przeważyć nad względami ideologicznymi. Najgorsza byłaby bezczynność wywołana strachem, że ratowanie systemu finansowego jest "socjalistyczne".

To samo dotyczy innej metody zwiększenia dostępności kredytów: tymczasowa zgoda na to, aby Rezerwa Federalna mogła udzielać bezpośrednich pożyczek sektorowi niefinansowemu. Zapowiedź Fedu, że będzie kupował komercyjne papiery wartościowe, jest krokiem pożądanym, ale raczej niewystarczającym.

Wszystkie te działania należy skoordynować z działaniami innych państw rozwiniętych. Powód: globalizacja finansów. Amerykańskie akcje ratunkowe zwiększają dostępność kredytów w Europie i vice versa. A zatem wszyscy powinni robić mniej więcej to samo, ponieważ wszyscy jedziemy na tym samym wózku.

I jeszcze jedno: kryzys finansowy rozlał się na rynki wschodzące, a zatem działania ratunkowe muszą objąć również te kraje. Podobnie jak w wypadku rekapitalizacji zaczęto coś robić w tym kierunku już jesienią: Międzynarodowy Fundusz Walutowy pożyczał pieniądze takim krajom jak Ukraina, mniej moralizując i mniej domagając się zaciskania pasa niż podczas kryzysu azjatyckiego w latach 90. Z kolei Fed otworzył dolarowe linie kredytowe bankom centralnym wielu krajów rozwijających. Również i tutaj działania idą w dobrym kierunku, ale są niewystarczające.

Gdzie kryje się nowy bąbel spekulacyjny?

Nawet jeśli pakiety ratunkowe ożywią rynki kredytowe, czeka nas globalny dołek, który się pogłębia. Co należy zrobić? Prawie na pewno właściwym rozwiązaniem jest keynesowski bodziec fiskalny.

Stany Zjednoczone wypróbowały tę metodę na początku 2008 roku. Zarówno administracja Busha, jak i Demokraci w Kongresie przedstawiali to jako plan "rozruszania" gospodarki. Efekty były jednak rozczarowujące z dwóch powodów. Po pierwsze bodziec fiskalny był za mały, opiewał na jeden procent PKB. Następny powinien być mniej więcej cztery razy większy. Po drugie w większości przybrał postać ulg podatkowych, z których znaczną część zaoszczędzono, ale nie wydano. Następny plan powinien się skupić na zwiększeniu wydatków publicznych - pomocy dla samorządów stanowych i lokalnych oraz budowie dróg, mostów i wzmacnianiu infrastruktury.

Krytycy metody pobudzania gospodarki za pomocą zwiększenia wydatków publicznych argumentują, że jest ona zbyt powolna: zanim wzrośnie popyt, kryzys się skończy. Wygląda jednak na to, że teraz nie ma powodu się tym przejmować, bo nie widać szybkiej drogi powrotu do dobrej koniunktury, chyba że pojawi się jakaś nowa bańka spekulacyjna, która zastąpi bańkę na rynku nieruchomości. ("Pogrążony w recesji naród domaga się nowej bańki, w którą mógłby zainwestować", czytamy w satyrycznym piśmie "The Onion"). Jeśli operacja zostanie przeprowadzona szybko, zdąży zadziałać, a ma dwie wielkie przewagi nad ulgami podatkowymi: pieniądze rzeczywiście zostaną wydane i powstanie dzięki nim coś wartościowego (na przykład mosty, które się nie zawalą).

Niektórzy czytelnicy mogą zaprotestować, że roboty publiczne jako metodę pobudzania gospodarki zastosowała w latach 90. Japonia, choć nie wydobyło jej to z dołka. Owszem, nie wydobyło, ale prawdopodobnie zapobiegło głębokiej recesji. Poza tym są powody, aby sądzić, że dobrze pomyślany pakiet fiskalny w Stanach Zjednoczonych lepiej spełniłby swoje zadanie niż w Japonii, chociażby dlatego, że nie wiszą nad nami oczekiwania deflacyjne, które spadły na Japonię po wielu latach mało energicznie prowadzonej polityki. Poza tym Japonia zbyt długo zwlekała z rekapitalizacją banków - miejmy nadzieję, że nie powtórzymy tego błędu.

Mój generalny postulat jest następujący: powinniśmy podchodzić do obecnego kryzysu w takim duchu, że zrobimy wszystko, co możliwe, aby odwrócić sytuację. Jeśli dotychczasowe działania okażą się niewystarczające, należy je zintensyfikować i podejmować następne do czasu, gdy kredyt popłynie szeroką strugą i realna gospodarka powróci na ścieżkę wzrostu. A kiedy akcja ratunkowa będzie już zaawansowana, przyjdzie czas na posunięcia profilaktyczne: reformę systemu, która zapobiegnie powtórnemu kryzysowi.

Przestarzałe doktryny, zamulone umysły

Mamy problem z dynamem - powiedział John Maynard Keynes na początku wielkiego kryzysu: gospodarczy silnik w większości był w dobrym stanie, ale jego podstawowa część, system finansowy, zepsuła się. "Wpadliśmy w potężne tarapaty, majstrując przy pulpicie sterowniczym skomplikowanej maszyny, której działania nie rozumiemy", napisał również. Oba te stwierdzenia są dzisiaj tak samo aktualne jak wtedy.

Skąd się wzięły obecne potężne tarapaty? Po wielkim kryzysie tak przeprojektowaliśmy maszynę, żebyśmy ją rozumieli, a w każdym razie na tyle skutecznie, żeby uniknąć dużych katastrof. Banki, które zawiodły w latach 30., poddano rygorystycznym regulacjom i rozpięto pod nimi wytrzymałą siatkę zabezpieczającą. Ograniczono również międzynarodowe przepływy kapitału, które w latach 30. odegrały destrukcyjną rolę. System finansowy stał się trochę nudny, ale znacznie bezpieczniejszy.

A potem znowu zrobiło się ciekawie i niebezpiecznie. Wzrost międzynarodowych przepływów kapitałowych przygotował grunt pod wyniszczające kryzysy walutowe w latach 90. i obecny światowy kryzys finansowy. Dodatkowym powodem była rozbudowa sektora bankowości inwestycyjnej i funduszy hedgingowych, co przyczyniło się do późniejszego masowego wycofywania kapitału z banków - nie przez spanikowanych klientów stojących w długich kolejkach do kas, tylko przez maklerów klikających myszą.

Musimy przypomnieć sobie to wszystko, czego Wielki Kryzys nauczył naszych dziadków. Nie będę próbował szczegółowo opisywać nowego systemu regulacyjnego, powiem tylko, że powinna obowiązywać jedna podstawowa zasada: instytucje, bez których mechanizm finansowy nie jest w stanie funkcjonować, nie mogą podejmować nadmiernego ryzyka. W latach 30. na banki komercyjne nałożono wymogi kapitałowe i ograniczono zakres inwestycji, w które mogły się angażować, w zamian za co objęto je gwarancjami federalnymi. Teraz podobne przepisy należy rozciągnąć na znacznie większy obszar systemu.

Musimy również przemyśleć kwestię globalizacji finansowej. Po kryzysie azjatyckim w latach 90. pojawiły się głosy, że międzynarodowe przepływy kapitałowe należy ograniczyć na stałe, a nie tylko na czas kryzysu. Apele te w większości odrzucono na rzecz strategii gromadzenia dużych rezerw walutowych zabezpieczających przed przyszłymi kryzysami. Teraz wszystko wskazuje na to, że strategia ta nie zdała egzaminu. Takie kraje jak Brazylia czy Korea przeżywają koszmar: mimo wszystkich działań prewencyjnych tamten kryzys powrócił. Trudno powiedzieć, jaka powinna być następna reakcja, ale globalizacja finansowa z pewnością okazała się jeszcze bardziej niebezpieczna, niż sądziliśmy.

Czytelnicy zapewne zdążyli się już domyślić, że moim zdaniem żyjemy w nowej epoce ekonomii recesyjnej oraz że John Maynard Keynes - ekonomista, który pomógł nam zrozumieć Wielki Kryzys - jest dzisiaj bardziej aktualny niż kiedykolwiek. W zakończeniu swego opus magnum zatytułowanego "Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza" napisał, że zasadniczą rolę w życiu gospodarczym odgrywają idee ekonomiczne.

Można dyskutować, czy rzeczywiście tak jest w okresach dobrej koniunktury, ale teza ta na pewno potwierdza się w czasach kryzysu.

Fundamentalna zasada ekonomiczna brzmi, że "nie ma nic za frajer": zasoby są ograniczone, a zatem jeśli chcesz mieć więcej czegoś, musisz się zgodzić na mniej czegoś innego. Ekonomia recesyjna zajmuje się jednak sytuacjami, kiedy pewne rzeczy można dostać za nic: istnieją bezczynne zasoby, które można zaprząc do pracy. Innymi słowy podobnie jak w czasach Keynesa brakuje dzisiaj nie kapitału, tylko zrozumienia sytuacji.

Nie osiągniemy tego zrozumienia, jeśli nie spojrzymy na nasze problemy nieuprzedzonym okiem i nie pójdziemy za wnioskami z naszych przemyśleń. Niektórzy mówią, że nasze problemy gospodarcze mają charakter strukturalny i nie dysponujemy szybkim lekarstwem. Moim zdaniem jest tylko jedna poważna przeszkoda strukturalna na drodze do powszechnego dostatku: przestarzałe doktryny, które zamulają ludzkie umysły.

By Paul Krugman
© 2008 The New York Review of Books
Distributed by The New York Times Syndicate

przeł. Tomasz Bieroń

p

*Paul Krugman, ur. 1953, amerykański ekonomista i publicysta. Za stworzenie tzw. Nowej Geografii Ekonomicznej - teorii wyjaśniającej m.in. zjawiska związane z procesem globalizacji - otrzymał w 2008 roku Nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii. Wykładowca na Uniwersytecie w Princeton, komentator "New York Times". Autor wielu publikacji, wśród nich głośnej książki "The Conscience of a Liberal" (2007), w której tłumaczy, jak polityka gospodarcza USA doprowadziła do skrajnej nierówności ekonomicznej społeczeństwo amerykańskie.