- Sojusz z Niemcami byłby sojuszem nieprzyjemnym, zawartym z paskudnym totalitarnym reżimem. Był jednak sojuszem koniecznym. Tak jak dla Amerykanów i Brytyjczyków konieczny był sojusz zawarty ze znacznie większym ludobójcą niż Hitler – Stalinem – napisał w 2012 r. Piotr Zychowicz w "Pakcie Ribbentrop-Beck, czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki". Popularność książki sprawiła, że idea, obecna dotąd na marginesie dyskusji o przeszłości, o której wspominali dwaj wybitni historycy Jerzy Łojek i Paweł Wieczorkiewicz, błyskawicznie zamieniła się w jeden z gorętszych sporów. Zachwycili się nią miłośnicy Realpolitik. A zwłaszcza część prawicowych publicystów, jak Rafał A. Ziemkiewicz czy Sławomir Cenckiewicz, lubiący odwoływać się do dzieł Władysława Studnickiego czy urzekającej polotem eseistyki Stanisława Cata-Mackiewicza.

Przez ostatnie lata na pomyśle sojuszu z III Rzeszą udało się już wybudować porywające wizje alternatywnej przeszłości. W nich polskie wojska wspólnie z Wehrmachtem maszerują na Moskwę, by odbyć zwycięską defiladę na placu Czerwonym. Co więcej, II RP wcale nie zostaje jedynie satelitą Tysiącletniej Rzeszy. Gdy Niemcy zaczynają przegrywać wojnę z zachodnimi aliantami, wówczas Warszawa dokonuje odwrócenia sojuszy i przechodzi do obozu zwycięzców, dzięki czemu zdobywa Ziemie Zachodnie, nie tracąc Wilna i Lwowa. Można nawet pomarzyć sobie o programie maksimum, jak Marcin Wolski w powieściach „Wallenrod” i „Mocarstwo”. W jego alternatywnej rzeczywistości, dzięki umiejętnie wykorzystanemu sojuszowi z III Rzeszą, wojna światowa przynosi Rzeczpospolitej status najpotężniejszego mocarstwa w Europie, rozciągającego się między Bałtykiem a Morzem Czarnym. Trudno się dziwić czytelnikom, że łatwo ulegają tej zachwycającej wizji, bo mocarstwowe marzenia w Polsce nigdy nie umierają (o czym najlepiej świadczą spory na internetowych forach).

Ten nowy trend w patrzeniu na przeszłość niemal zupełnie ignorują środowiska akademickie, okazując jak zawsze milczącą pogardę domorosłym historykom, przez co ci ostatni dzierżą w społeczeństwie "rząd dusz". Zaś profesorowie żyją sobie spokojnie, pisząc naukowe monografie o końcu II Rzeczpospolitej, tak fascynujące, że nawet najbliżsi krewni nie mają ochoty do nich zajrzeć. Są jeszcze tzw. media liberalne, w których tezy o zbawiennym sojuszu Polski z III Rzeszą kwituje się serią standardowych oskarżeń wobec ich propagatorów o faszyzm. Gorący spór trwa jedynie po prawej stronie. Tam miłośnicy Realpolitik (w ich samoocenie) i sojuszu z Hitlerem natrafili na twardy opór przeciwników wszelkich konszachtów z nazistami. Skłócone obozy licytują się na alternatywne wizje przeszłości, w których decydujące znaczenie ma rachunek możliwych zysków lub strat dla II RP, co z wielką uwagą śledzą liczne grona kibiców. Tak oto luźna idea przeobleka się w coraz konkretniejsze kształty. Niestety zachwyt nad fantasmagoriami przesłania realne zagrożenia.

Wiara, że Polska mogła zostać sojusznikiem Hitlera, jak najbardziej wpływa na jej obecny wizerunek. Teza ta jest wręcz pożądana dla propagandowych celów putinowskiej Rosji i dla już otwarcie wrogiej wobec rządu w Warszawie Francji. O Berlinie nawet nie wspominając. Czyni bowiem z II Rzeczpospolitej nie ofiarę, lecz współwinną wybuchu II wojny światowej. A zupełnie inaczej patrzy się na kraj napadnięty przez dwa totalitarne mocarstwa, pozostawiony bez pomocy przez swych sojuszników, a inaczej na choćby potencjalnego sprzymierzeńca Hitlera. Zwłaszcza gdy uwypukli się to drugie i doda, że Polacy sami sprowokowali tragiczny bieg wydarzeń. Największym paradoksem owej intelektualnej zabawy jest zaś to, że nie zaistniały do niej żadne realne przesłanki. Pomimo bowiem starań przywódców III Rzeszy jakikolwiek jej sojusz z Polską nigdy nie był możliwy.