Mieczysława Łysik, wówczas Malawska, choć była wtedy małą dziewczynką, tamte wydarzenia pamięta do dziś. Pani Mieczysława mieszkała z mamą, nauczycielką, w polsko-ukraińskiej wsi Sarańczuki niedaleko Tarnopola. Jej ojciec, również pedagog, w obawie przed sowieckimi represjami uciekł wcześniej na zachód. Mieczysława Łysik wspomina, że wszystko zaczęło się nad ranem 10 lutego 1940 roku. W nocy do okna zapukał ukraiński stróż, mówiąc, ze we wsi jest pełno funkcjonariuszy NKWD i radząc, by jak najszybciej uciekać. Jednak, jak mówi Mieczysława Łysik, jej matka nie czuła się niczemu winna, postanowiła więc zostać do rana. Około godz. 8 na podwórze domu wjechały sanie, z których wysiadł funkcjonariusz NKWD. Po wejściu do domu spojrzał na zegarek i powiedział: - Za pół godziny wyjeżdżacie.

Na pytanie matki dokąd, odpowiedział tylko: - Uwidisz.

Pani Mieczysława mówi, że w tamtej chwili przytomnością umysłu wykazała się służąca - Ukrainka, która spakowała najpotrzebniejsze rzeczy. Właściwie dzięki pomocy tej kobiety udało jej się przeżyć deportację - ona i jej matka utrzymywały się później między innymi ze sprzedaży przedmiotów z domu.

Mieczysława Łysik bydlęcym wagonem została przewieziona w okolice Permu na Uralu. Jak mówi, warunki "podróży" były tragiczne. W wagonach było kilka prycz, malutkie, zakratowane okienka, piecyk i utwór kloaczny. Pociągi często były przepełnione, wagony wprost "pękały w szwach", NKWD-ziści ładowali do nich po kilkadziesiąt osób. Ścisk, brak higieny i kilkudziesięciostopniowe mrozy spowodowały, że już w czasie drogi zmarło wielu deportowanych.

Pani Mieczysława wspomina też, że Sowieci lubili drwić sobie z religijności Polaków. Kiedy młody chłopak próbował roztopić śnieg z dachu wagonu, by mieć z niego wodę, zauważył go NKWD-zista i zagroził mu bagnetem. - Jeśli jesteś taki wierzący, to niech ci Bozia da wodę - powiedział do niego.

W miejscu deportacji Polacy, a zwłaszcza mężczyźni, byli traktowani jak bydło. - To wyglądało jak targ niewolników. Przychodzili nadzorcy i patrzyli, kto może im się przydać, a potem ich zabierali - wspomina. Najgorzej mieli ci, którzy trafili do wyrębu lasów w tajdze. Wycieńczająca praca zbierała tragiczne żniwo. Pani Mieczysława i jej matka miały więcej szczęścia. Trafiły do baraków, zamieszkałych przez Białorusinów, przesiedlonych jeszcze w czasach Wielkiej Kolektywizacji. Jak mówi, deportowanym Polakom dokuczały nie tylko mrozy, ale też robactwo: wszy, komary i meszki.

Później pani Mieczysława z mamą zostały przewiezione w pobliże Saratowa na południu Rosji, gdzie po wojnie zostały objęte repatriacją. Ze wzruszeniem w głosie wspomina, że wówczas, po 5 latach katorgi, wszyscy bali się, że do ojczyzny wcale nie wrócą. - Wreszcie pociąg ruszył, ale nikt z nas nie był pewien, czy jedziemy do Polski, czy dalej na wschód, na stepy Kazachstanu. Mieliśmy paszporty, dokumenty repatriacyjne, a jednak nadal się baliśmy - mówi. W końcu, pociąg dojechał do Saratowa, a potem ruszył na zachód, w stronę Polski.