31 sierpnia 1982 roku z Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Legnicy wychodziły teleksem depesze do Warszawy. Głogów. Siły porządkowe przy użyciu gazu i armatek wodnych rozproszyły tłum, a niektórych ujawnionych prowodyrów zatrzymano”. „Legnica. Gromady wyrostków i młodzieży powiększające się o gapiów (...) rozproszone perswazją patroli MO. (...) Z nastaniem zmierzchu rozruchy przekształciły się w kilkanaście drobnych ognisk zapalnych, likwidowanych przez organa porządkowe”. „Lubin. Wskutek podjętej akcji są ranni. Wiadomość o ranionych dotarła już do załóg górniczych. Dalej trwa akcja uspokajania zacietrzewionych demonstrantów. Dwóch rannych zmarło w szpitalu, natomiast 18 jest hospitalizowanych”.

Za tymi suchymi komunikatami kryły się dramaty.

Władza spodziewała się, że druga rocznica podpisania porozumień gdańskich może przynieść rozruchy w całym kraju. Lech Wałęsa, który 31 sierpnia 1980 roku w Stoczni Gdańskiej stawiał zamaszysty podpis pod przyjętymi przez rząd postulatami robotników, trzymając w dłoni wielki długopis z wizerunkiem Jana Pawła II, od ponad ośmiu miesięcy siedział w ośrodku internowania. „Obowiązują rygory stanu wojennego” – przypominały 31 sierpnia 1982 roku na pierwszych stronach gazety w całym kraju w komunikacie zatwierdzonym przez Wojskową Radę Ocalenia Narodowego z generałem Wojciechem Jaruzelskim na czele. Jakiekolwiek uczestnictwo w strajku lub manifestacji zagrożone jest karą od aresztu lub grzywny do pięciu lat więzienia – ostrzegały dzienniki.

Solidarność brała te groźby na poważnie, dlatego nawoływała do zachowywania ostrożności i unikania starć z milicją. „Nie dajmy się sprowokować, złóżmy z kwiatów krzyż, odśpiewajmy hymn i rotę” – ulotki takiej treści pojawiły się na murach w Lubinie. W niektórych miejscowościach województwa legnickiego – jak raportował wojewódzki komitet PZPR – manifestacje ograniczyły się do układania krzyży z kwiatów przed lub po nabożeństwach w kościele. W Chocianowie, Chojnowie, Prochowicach i Ścinawie ludzie spokojnie rozeszli się do domów. W Polkowicach około 100 demonstrantów zebranych na placu PKWN głośnymi okrzykami domagało się uwolnienia Lecha Wałęsy. Miejscowy ksiądz ostudził jednak wzburzone nastroje, a grupa wkrótce rozeszła się po apelu duchownego o spokojne rozwiązanie manifestacji.

Największa tragedia wydarzyła się w Lubinie.

Zaczęło się od aresztowania załogi karetki pogotowia. Pielęgniarka i kierowca zatrzymali się w Rynku i zaczęli układać na jezdni krzyż z kwiatów. Natychmiast zatrzymał ich milicyjny patrol i zabrał na komisariat. Wokół pozostawionej karetki zaczęli gromadzić się ludzie. „Uwolnić Wałęsę! Uwolnić Wałęsę! Niech żyje Lech!” – krzyczeli, śpiewali pieśni patriotyczne. Tłum gęstniał, rosła również nerwowość po stronie obserwujących tę scenę milicjantów. Sytuację próbował opanować przewodniczący Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego „Solidarność” Stanisław Śnieg. Zaapelował do zgromadzonych, by w spokoju rozeszli się do domów. Wtedy zaatakowali ZOMO-wcy.

Pełną emocji relację zamieściło opozycyjne pismo „Solidarność Zagłębia Miedziowego”.

„Najpierw petardy z gazem i strumienie wody w tłum, ludzie zakotłowali się, rozpierzchli w boczne ulice i na rozległe tereny zielone, pojedynczo i w grupach. Rozproszyli się na wielkiej przestrzeni od Rynku do osiedla Świerczewskiego. Ścigani petardami chronili się na podwórza domów, ale wokół zamknięci byli pierścieniem pojazdów milicji. Tłum skupia się, faluje, rozprasza, skupia znowu, szukając w grupie samoobrony. Budzi to gniew. Wozy MO w ciągłym ruchu, na jezdniach setki pojemników z gazem spadają na ludzi, mężczyźni niektóre odrzucają w stronę atakującej milicji, parząc sobie ręce. Jest szaro od gryzącego dymu, ludzie płaczą od oparów gazu i duszą się. W kościołach duszą się kobiety z dziećmi, przypadkowo znalazłszy się na miejscu pacyfikacji, na przykład te co stały w kolejce po buty dla dzieci. Do kościoła wrzucono petardę. Ksiądz wyprowadza kobiety i dzieci w bezpieczne miejsce. Do kanonady pojedynczych wystrzałów armatek gazowych dołącza się odgłos strzałów z broni palnej”.

„Fotografuj pan to skurwysyństwo!”

Krzysztof Raczkowiak, młody fotoreporter tygodnika „Konkrety”, ocknął się z przerażenia, kiedy przebiegający obok niego mężczyzna wykrzyczał te słowa. Chwycił za aparat i znów zaczął robić zdjęcia. Chwilę wcześniej stał w tłumie z aparatem fotograficznym na piersiach. Słyszał, jak oficer krzyczał do zgromadzonych na Rynku ludzi: „Daję wam 3 minuty na rozejście się”. Widział, jak niemal od razu w górę poleciały granaty z gazem łzawiącym. Robił zdjęcia. Kiedy rozległy się strzały, zaczął uciekać. – Nie miałem w nawyku bohaterstwa. Normalnie, po ludzku bałem się. Tłumu, że weźmie mnie za ubeka. Milicji, że mnie zwinie i spałuje – wspomina po latach.

Michał Adamowicz, górnik z kopalni „Lubin” wychodził rano z domu na szychtę z przekonaniem, że dziś wróci później. Z ust do ust przekazywano wiadomość, że o godz. 16 trzeba stawić się w centrum miasta, zamanifestować swój protest wobec stanu wojennego. Kiedy o godz. 14 kończył zmianę i wyjeżdżał z kopalni, na rynku zaczynały zbierać się już grupy opozycjonistów. Poszedł w grupie kolegów, jak żartował, by „trochę powalczyć z komunistami”. Układał krzyż z kwiatów, wykrzykiwał hasła do kryjących się w cieniach kamienic zomowców. Kiedy gruchnęła pierwsza salwa z ostrej amunicji, tak jak i inni rzucił się do ucieczki. O godzinie 17.30, gdy przebiegał przez mostek na rzeczce, trafiła go w głowę kula wystrzelona z milicyjnej broni. Rozerwała mu część twarzy w okolicach ucha z prawej strony.

Tego dnia było więcej ofiar.

„Gdy zaczęli strzelać w ziemię, asfalt rozpryskiwał się, a gdy kula trafiała w nawierzchnię, widać było małe płomyczki”. „Leciały kawałki cegieł, kruszyły się mury, w które trafiały kule i rykoszety” – relacjonowali po latach w procesie zomowców świadkowie, którzy wtedy uciekali przed oddziałami milicji.

„Nagle jeden z biegnących mężczyzn przewrócił się przed moim samochodem. Prawie równocześnie zobaczyłam, jak drugi mężczyzna pada na chodnik, również obok mojego samochodu” – zeznała przed prokuratorem Helena M., która przyjechała do Lubina służbowym Żukiem po części zamienne i zatrzymała się przy piwiarni „Gwarek”. – „Patrząc na tego drugiego padającego mężczyznę, już kiedy on upadł, zobaczyłam, że na lewym policzku ma on dziurę jak palec, z której leci jakby fontanna krwi” – zapisano w protokole.

Ci dwaj mężczyźni to 31-letni Andrzej Trajkowski i 25-letni Mieczysław Poźniak. Pierwszy postrzelony w głowę, drugi – w brzuch. Obaj zmarli.

Krzysztof Raczkowiak uciekał z Rynku, czym prędzej w kierunku rzeczki i mostku. Wtedy zrobił zdjęcie, które stało się ikoną tragedii lubińskiej. Zauważył, że czterej mężczyźni podnoszą zakrwawionego człowieka. Po chwili go puszczają i rzucają się w trawę, gdy z milicyjnej nysy, która wjeżdża na łąkę, padają kolejne strzały. Nisko przy ziemi czekają, aż zomowcy odjadą. Potem znów dźwigają zwisającego bezwładnie towarzysza. Ruszają biegiem, a Raczkowiak robi naciska spust migawki. Na fotografii odciska się ich przerażenie. Niesiony Michał Adamowicz wygląda jak martwy, choć wiadomo, że jeszcze żył. Spieszą się. Na czele, ze swetrem w dłoni Jerzy Stężowski, 26-letni górnik kopalni „Rudna”. Chwilę wcześniej Stężowski stał w grupie niedaleko Adamowicza. Pamiętał, że kule przecinały powietrze, świszcząc. Sweter ze zdjęcia był potem cały zakrwawiony, bo Stężowski podłożył go Adamowiczowi pod głowę, gdy chwilę później złapanym na ulicy dużym fiatem pędzili do szpitala. Blondyn z torbą w dłoni, biegnący tuż za nim to Mateusz Borkowski, również górnik z „Rudnej”. Nazwiska trzech innych mężczyzn ze zdjęcia do dziś pozostają nieznane.

Raczkowiak zrobił więcej fotografii. Większość z ukrycia. Każda ma jakąś historię. Kiedy ogląda się je po kolei, widać, jak gwałtownie rozwijała się pacyfikacja. ZOMO-wcy z długą bronią, chmury gazu ścielące się na ulicach, ludzie uciekający przed armatką wodną. Na jednym ze zdjęć wąsaty milicjant spogląda prosto w obiektyw. Tę fotografię Krzysztof Raczkowiak wykonał, wychodząc z klatki schodowej bloku przy lubińskim Rynku. – Kiedy podniosłem do oka aparat, zomowiec sięgnął do pasa, odpiął kaburę i wystrzelił w moim kierunku – relacjonuje. Pocisk utkwił w daszku nad klatką schodową.

Adamowicz trafił do szpitala w krytycznym stanie.

Prawdopodobnie umierał jeszcze przez kilka dni. Przez ten czas milicja intensywnie zacierała ślady. W raporcie Wojewódzkiego Komitetu Obrony z 31 sierpnia 1982 roku można przeczytać, że funkcjonariusze musieli strzelać w obronie własnej.

„Jedna z interweniujących grup milicyjnych została otoczona i bezwzględnie atakowana (kamieniami i butelkami z benzyną) przez najagresywniejszych demonstrantów. Wobec bezpośredniego zagrożenia życia funkcjonariuszy, spośród których wielu zostało rannych, użyto broni. Doszło do tragedii, bowiem spośród rannych demonstrantów dwie osoby zmarły, mimo udzielenia natychmiastowej pomocy lekarskiej. W Lubinie w zajściach ulicznych ogółem zostało rannych 14 osób cywilnych oraz 11 funkcjonariuszy MO. Około godz. 22 ustały zamieszki uliczne”.

Milicyjne karabiny i pistolety użyte w pacyfikacji lubińskiej nigdy nie zostały rzetelnie sprawdzone. Choć w sumie 31 sierpnia 1982 roku w Lubinie wystrzelono ponad tysiąc pocisków ostrej amunicji, tylko kilka sztuk broni trafiło do analizy i to dopiero cztery miesiące po tragedii. Badanie nic nie wykazało, ponieważ przed oddaniem do laboratorium wszystkie zostały przestrzelone. Aby nikt nigdy nie miał już okazji ustalić, z którego pistoletu czy karabinu zginęli Adamowicz, Trajkowski i Poźniak, w połowie lat 80. broń wykorzystana do tłumienia manifestacji została wywieziona do Algierii.

Tylko trzech milicjantów zostało skazanych za zbrodnię lubińską. Ich proces ruszył w 1993 roku i ciągnął się przez ponad dziesięć lat. Bogdan G., były zastępca komendanta wojewódzkiego MO w Legnicy usłyszał wyrok – 15 miesięcy więzienia. Tadeusz J., dowódca plutonu ZOMO strzelającego ostrą amunicją trafił za kraty na dwa i pół roku. Jan M., były zastępca komendanta miejskiego MO w Lublinie – na trzy i pół.

Bibliografia:

Jadwiga Burdzy-Wardach, „To było jak safari”, Panorama Dolnośląska, nr 5/2004
Cezary Łazarewicz, „Zdjęcie nr 76”, Przekrój, nr 50/2006
Edyta Golisz, „Ulicami płynęła krew”, Słowo Polskie Gazeta Wrocławska, 31 sierpnia 2007 r.
Jarosław Kałucki, „Dokąd tak uciekasz?”, Rzeczpospolita, 31 sierpnia 2012 r.
Jerzy Kordas, „Wydarzenia 31 sierpnia 1982 r. na Dolnym Śląsku. Geneza, przebieg, skutki”, Oficyna Wydawnicza Politechniki Wrocławskiej, Wrocław 2010