Anna Sobańda: Czy interpretacja tekstów noblistki to szczególne wyzwanie?

Krystyna Czubówna: Nie traktuję tego w ten sposób. Może dlatego, że ze Swietłaną Aleksijewicz jestem w tym sensie zaprzyjaźniona, że na kartki jej książek zaglądałam już niejeden raz. Zaczęło się 5 lat temu, kiedy ukazał się u nas tytuł „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. Wówczas wydawnictwo Czarne poprosiło mnie o zrobienie audiobooka. A że udźwiękawiałam również kolejne jej książki, uznaję, że Swietłana jest już moja. To, że zdobywa kolejne nagrody, łącznie z tą będącą marzeniem każdego, kto para się piórem, sprawia, że kibicuję jej jak komuś dobrze znanemu, do kogo mam przyjacielski stosunek.

Czy miałyście panie okazję się poznać?

Owszem, w maju, kiedy Swietłana odbierała nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. Jako że ja w czasie gali czytam fragmenty nagrodzonych książek, miałam więc okazję poznać autorkę osobiście.

Domyślam się jednak, że nie każdą literaturę chciałaby pani firmować swoim głosem. Co zatem jest takiego w twórczości Aleksijewicz, że tak chętnie czyta pani jej książki?

Bardzo wysoko cenię styl tej literatury, chylę także czoło przed panem Jerzym Czechem, który tłumaczy wszystkie książki Aleksijewicz. Każdy dobrze napisany tekst jest dla lektora wielką frajdą w interpretacji. To jest tak, jakbyśmy mieli do czynienia z najszlachetniejszą tkaniną, tak doskonałą, że musi z niej powstać coś wybitnego. Jest to więc wyzwanie - oddać całą urodę tej formy, ale przy okazji zainteresować też samą treścią.

Jednak poza literackim, książki Aleksijewicz mają również duży walor reportersko-dziennikarski. Czy fakt, iż pani również zajmowała się dziennikarstwem, ma wpływ na ocenę tej literatury?

Spośród wszystkich rodzajów literackich najbardziej odpowiadają mi właśnie reportaże. W przeciwieństwie do powieści, nie żałuję na nie ani czasu, ani pieniędzy. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, dlaczego tak właśnie jest. W dużej części przecież są to książki o brzydocie tego świata, a nie jest ona czymś, czym lubiłabym się napawać. Ja z całą pewnością nigdy nie byłabym dobrym reporterem. To nie jest zawód dla mnie

Dlaczego tak pani uważa?

Chyba nie mam w sobie tej reporterskiej żyłki. A może nie jestem wystarczająco kreatywna? Może jestem tylko odtwórcza? A może, mając dar empatii i rozumienia sensu słów napisanych przez kogoś innego, tylko na tym się już koncentruję? Wydaje mi się, że zabrakłoby mi inwencji w wymyślaniu tematów i kopania w nich. Zaczęłam swoje życie zawodowe od bycia lektorem i przy tym zostałam, hołdując zasadzie, że lepsze jest wrogiem dobrego. Lektoruję od ponad 40 lat i jeszcze mi się to nie znudziło.

Jak to możliwe, że od tylu lat fascynuje panią czytanie cudzych tekstów?

Mam do czynienia z ogromną liczbą tekstów, a każdy kolejny daje mi frajdę tworzenia czegoś nowego i przekazywania tego słuchaczom. Nie mówiąc już o tym, że to niebywale poszerza horyzonty. Książki, teksty czy listy dialogowe często opowiadają mi o tematach, którymi sama bym się nie zainteresowała, otwierają mi oczy na pewne zagadnienia. Ale czytając zawodowo tak wiele książek, wiem doskonale, że doczekaliśmy czasów, w których nie tylko śpiewać, ale i pisać każdy może. I wiem też, na jak różnych poziomach może być współczesna literatura.

Zwłaszcza jeśli uwzględnimy teksty, które oferuje nam Internet.

Ja jestem wrogiem świata wirtualnego, w ogóle mnie on nie interesuje. Smartfon mam tylko po to, by móc szybko odpisywać na maile. Pozostanę książkowo-papierowym czytelnikiem i miłośnikiem zdobywania wiedzy przez zaczytywanie się w leksykonach, tudzież encyklopediach.

Od ponad 40 lat zajmuje się pani lektorowaniem, ale dużą częścią pani życia zawodowego było także dziennikarstwo.

Tak, bo zaczynałam bardzo wcześnie. Mam też wrażenie, że w życiu zawodowym spotkało mnie wiele szczęścia. Zaczynałam jako nieopierzone dziewczę i od razu znalazłam się w zespole, który przygotowywał Lato z Radiem. W latach 70-tych ta audycja była hitem nad hitami. Młodzi ludzie, którzy tych czasów nie przeżyli, nie są w stanie sobie tego wyobrazić. Dotychczas bowiem radio grało z taśmy, a tutaj nagle mieliśmy do czynienia z trzygodzinną audycją na żywo.

Jak trafiła pani do tego programu?

Koleżanka, która się tam najęła do pracy, chciała wyjechać na wakacje. Jej szef zgodził się, pod warunkiem, że przyprowadzi zastępstwo. A że ja nigdzie nie wyjeżdżałam, przyprowadziła mnie. Kiedy w redakcji dowiedzieli się, że mam już kartę mikrofonową, sprawdzono mnie, szef kazał napisać felieton na jakiś lekki temat i zaproszono mnie do zespołu. Powodzenie audycji spowodowało, że ten sam zespół od jesieni zaczął redagować „Sygnały dnia’, czyli kolejny hit. Stało się więc tak, że zawsze byłam w zespole awangardy dziennikarskiej – czegoś, co było nowością.
Zwykle jednak jeśli na początku jest idealnie, potem wszystko zaczyna karleć. Dlatego po paru latach opuściłam ich i zdecydowałam się na redakcję dzienników. Marzyłam, że kiedyś kobiece głosy przestaną być uznawane za niewiarygodne i będę miała szansę robić autorski dziennik. W końcu doczekałam tego momentu, ale po drodze byłam także spikerką Polskiego Radia i jednocześnie współpracowałam z IAR-em. Cały czas jednak równolegle uprawiałam lektorowanie.

Jak trafiła pani przed kamerę?

Przed tą decyzją broniłam się przez lata. Zawsze uważałam bowiem, że moim miejscem na ziemi jest dziupla lektorska i nie ma sensu szukać czegoś innego.

Dlaczego tak bardzo się pani broniła?

Może dlatego, że w telewizji oprócz tego, że widzowie nas słuchają, to jeszcze trzeba wyglądać. To był niepotrzebny dla mnie balast, ewidentna strata czasu. Telewizja ma jednak swoje wymogi i nie można było tak sobie sauté stanąć przed kamerą, choćby było się miss świata. Zawsze mnie to irytowało. Pamiętam, że wpadałam w ostatniej chwili do charakteryzatorni i mówiłam: „poproszę męski makijaż” (śmiech).

Męski, czyli jaki?

Szybki – tylko puder, żeby zmatowić twarz. Na więcej szkoda było mi czasu. Kiedy panie próbowały malować mi oczy, protestowałam i tłumaczyłam, że i tak nic nie będzie widać, bo mam okulary. Dzisiaj telewizje działają inaczej, są dodatkowe osoby dbające o wygląd prezenterów, ich ubiór. Kiedyś tak nie było. Z mizernych honorariów trzeba było odłożyć na jakieś ciuchy, które w dodatku miały się jeszcze dobrze fotografować. Metodą prób i błędów sama musiałam więc dochodzić, czy moje ubrania dobrze czy źle się filmują.
Ale nie tylko w tym zakresie byłam zdana na siebie. Tworząc jakiś materiał dziennikarski, sama byłam dla siebie researcherem, sekretarką, redaktorem, czyli sterem, żeglarzem i okrętem, a nawet i oceanem, jak mawiał Aleksander Bardini. Przywykłam do tego rodzaju pracy, ale zżymałam się, że muszę się jeszcze ciuchami zajmować. A jak źle wyglądałam, to mnie szef łajał.

Czyli za telewizją pani nie tęskni?

Nie, w ogóle. Zawód dziennikarza jest ciężki, zależnie od specjalizacji bywa niebezpieczny. Im jestem starsza, tym więcej racji przyznaję mojemu pierwszemu szefowi, Aleksandrowi Tarnawskiemu. Był to człowiek przedwojenny, który zawsze mówił, że miejsce kobiety jest w domu, a już na pewno nie w zawodzie dziennikarza.

A to dlaczego?

Ponieważ ten zawód wymaga dyspozycyjności 24 godziny na dobę. Dziś pewnie można powiedzieć, że życie korporacyjne polega dokładnie na tym samym. Świat oszalał i poszedł nie w tę stronę, w którą trzeba. Ale na pewno to zawsze była cecha dziennikarstwa. A już telewizja, zresztą radio również, żądają wyłączności, nie dając nic w zamian. Do dziś radiowcy za pracę są wynagradzani bardzo skromnie. W telewizji są troszkę lepsze honoraria, ale nie jest to wielka różnica. Tylko ci tak zwani celebryci dziennikarscy są na gwiazdorskich kontraktach. W przypadku zwykłych redaktorów, nawet tych nagradzanych, nie przekłada się to na brzęczącą monetę.

Od pani odejścia z TVP minęło już kilkanaście lat. Czy coś się w kondycji telewizji publicznej od tego czasu zmieniło?

Jak zdecydowałam się przyjąć ofertę pracy w budującym się właśnie zespole „Panoramy”, to było kapitalne dziennikarstwo. Kiedy zaś to wszystko zaczęło się zmieniać, a przekazywane przez nas informacje z rzetelnością nie zawsze miały wiele wspólnego, był to dla mnie sygnał, że należy odejść.
O stanie telewizji publicznej dziś nie jestem w stanie nic powiedzieć, bo jej nie oglądam, nie mam nawet telewizora. O tym, co się dzieje na świecie, wiem wyłącznie z przekazu radiowego.

Zapytam zatem o autorytety telewizyjne. Nowy prezes TVP, tłumacząc swoją decyzję o rozstaniu z Tomaszem Lisem i Janem Pospieszalskim, stwierdził, że telewizja publiczna musi wychować sobie własne autorytety.

Przecież oni są właśnie z telewizji, tam wyrastali. Pamiętam początki Tomka Lisa w „Wiadomościach” TVP1. Pospieszalski też wszystko co zrobił, to właśnie w tej stacji. Czy to znaczy, że nie są to autorytety na dzisiejsze czasy? Poczekam zatem i zobaczę, kogo oni wychowają.

A czy słuszne jest, pani zdaniem, oskarżania mediów o uleganie tabloidyzacji?

Tak, to jest bardzo widoczne i ja nad tym boleję. Właśnie dlatego zrezygnowałam z telewizji. Wychowałam się w czasach, w których informacją nie było to, że ktoś coś powiedział, lub że ktoś coś myśli. Owszem mogę być ciekawa opinii kogoś, kto jest dla mnie autorytetem, kogo poważam. Nie interesują mnie jednak jakieś przypadkowe gadające głowy. Czasami zastanawiam się, czy to obniżenie poziomu mediów przypadkiem nie doszło do punktu kulminacyjnego i teraz będzie się już tylko poprawiać.

Pomysł na naprawę mediów ma także nowy rząd. Jak pani go ocenia?

Wszędzie na świecie tak jest, że media publiczne są tubą Rządu. Ale niech to będzie jeden program radiowy i jeden telewizyjny.

Rozumiem, że powinna to być kwestia jawna - widzowie wiedzą, z jaką stacją mają do czynienia.

Oczywiście, widzowie powinni wiedzieć, że dane kanały są rządowe, cała reszta zaś ma robić swoje, czyli dobry program.

Czegoś jeszcze by sobie pani życzyła w mediach publicznych? Co jako widza, mogłoby skłonić panią do powrotu do telewizji?

Żyjemy w wolnym kraju, jesteśmy wolnymi obywatelami i mamy prawo do informacji, a nie do sprzedawanego nam czyjegoś punktu widzenia. Dziennikarze jako wolni ludzie powinni móc uprawiać ten zawód rzetelnie, a nie podlegać sterowaniu. Powinno być dużo miejsca na publicystykę, ale nie w wykonaniu gadających głów, tylko ekspertów. Chciałabym powrotu reportaży. Zależy mi na tym, żeby moje wnuczki żyły spokojnie, w dobrze rządzonym kraju, w którym media są źródłem rzetelnej informacji i wiedzy.