Dzięcioł trójpalczasty to jeden z największych ewenementów polskiej przyrody. Ma tylko trzy szpony, bardzo charakterystyczne, bo dwa z nich zwrócone są ku tyłowi, a jeden wygięty do przodu. Wypatrzenie trójpalczastego ptaka jest nie lada wyzwaniem. Największe szanse na spotkanie z nim mamy w Puszczy Białowieskiej na granicy Polski i Białorusi. Dzięcioł trójpalczasty i dzięcioł białogrzbiety występują tam, gdzie las obfituje w obumarłe, pełne korników drzewa.

Stare, spróchniałe świerki Białowieży pełnią funkcję jadłodajni dla tych sympatycznych ptaków. Dzięcioły trójpalczaste gustują w małych larwach korników, a dzięcioły białogrzbiete - w grubych, tłustych larwach grubości małego palca. By dostać się do wnętrza spróchniałego pniaka, zapamiętale kują w drewnie, używając dziobów jak młotów.

Dzięcioły białogrzbiete wykuwają swoje dziuple dość wcześnie, bo na przełomie marca i kwietnia. W kwietniu samica składa w gnieździe 3 - 4 jaja, z których po kilkunastu dniach wykluwają się młode. Pisklęta dzięcioła białogrzbietego są wyjątkowo ciche - gdy rodzice nadlatują z pokarmem, małe nie zaczynają histerycznie popiskiwać, ale cierpliwie czekają na posiłek. Młode dzięcioły opuszczają swoje dziuple już w maju – w porze gdy większość ptaków dopiero zakłada rodziny.

Wieści z Puszczy Białowieskiej są bardzo niepokojące. Jak wynika z badań doktora Wiesława Walankiewicza z Akademii Podlaskiej w Siedlcach, w ciągu ostatnich 14 lat liczba dzięciołów białogrzbietych w Puszczy Białowieskiej zmalała aż o dwie trzecie. Niewiele lepiej mają się dzięcioły trójpalczaste, które badali naukowcy z Uniwersytetu Wrocławskiego pod kierunkiem prof. Tomasza Wesołowskiego. "Poza rezerwatem ścisłym nie mają już gdzie żyć" - alarmuje naukowiec.

Długo zastanawiano się, co się dzieje z dzięciołami. Odpowiedź jest prosta - po prostu brakuje im pożywienia. Dzięcioły obu gatunków żywią się kornikami i innymi owadami, które żyją w umierających świerkach. Takie drzewa są jednak konsekwentnie wycinane i wywożone z lasu jako potencjalne siedliska kornika drukarza.

Ten groźny owad szczególnie upodobał sobie świerki stare, liczące ponad 60 lat. Atakuje je, składając larwy w cieńszych warstwach kory. Chore drzewo próbuje bronić się przed szkodnikiem, zalewając żywicą miejsca, które wygryzł kornik. To dlatego na niektórych pniach świerków widać całe jej strugi. Z zaatakowanego przez kornika drukarza świerka najpierw odpada kora, potem igły. W końcu drzewo umiera. "Wycinanie chorych świerków nazywa się cięciami sanitarnymi" - opowiada prof. Wesołowski.

Ale przy okazji oskarża: ratowanie przed kornikami to typowy pretekst, dzięki któremu można uzyskiwać drewno z zaatakowanych świerków. To jedna z głównych pozycji w dochodzie wielu nadleśnictw. "Kornika nazywają pół żartem pół serio sponsorem" - mówi.

Leśnicy odrzucają oskarżenia. "Wycinając drzewa, ratujemy las, bo korniki atakują w postępie geometrycznym" - ripostuje Andrzej Jaworski, z-ca nadleśniczego z Białowieży. Naukowcom takie argumenty wydają się niedorzeczne, ich zdaniem korniki drukarze w puszczy były od zawsze i walka z nimi nie ma sensu. "Dla dzięciołów oraz wielu innych gatunków zwierząt wycinanie starych drzew to tak jakby zalanie puszczy betonem" - mówi prof. Wesołowski.