Passent: Nie warto było ratować komunizmu
"Uważałem, że Solidarność ma skrzydła Ikara. Moskiewskie słoneczko ją spali" - wspomina lata 80. publicysta Daniel Passent. Jak dodaje, o nadciągających zmianach ustrojowych wiele rozmawiał z Mieczysławem Rakowskim i Jerzym Urbanem. "Widzieli, że system się wali" - mówi Passent.
- "Szczelna kłoda pod nogi"
- Rocznicowe piekło wokół Okrągłego Stołu
- Passent tropem wywiadów Mazurka
- Niemcy mają już dość kapitalizmu
- Jaruzelski o Rakowskim: Niezłomny patriota
- TVP: Daniel Passent donosił służbom PRL
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-22

temp. min 6°C max. 31°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
RAFAŁ WOŚ: Co Pan czuł, gdy dwadzieścia lat temu, w nocy z 29 na 30 stycznia 1990 r. pański przyjaciel Mieczysław Rakowski, wówczas I sekretarz PZPR, wydał polecenie „sztandar wyprowadzić!”?
DANIEL PASSENT*: Widziałem to w telewizji. Sam nie czułem nic, nigdy nie byłem członkiem partii. Współczułem Rakowskiemu. To była jego życiowa klęska. Długo był wierzącym komunistą. Przez kilka dziesięcioleci wierzył, że można połączyć realny socjalizm ze zdrowym rozsądkiem, wierzył w socjalizm z ludzką twarzą. Ale będąc jednocześnie dobrym dziennikarzem i przyzwoitym człowiekiem, coraz wyraźniej dostrzegał, że jego ideały nie sprawdzają się w życiu. Przechodził ewolucję w kierunku rozgoryczonego, rozczarowanego krytyka. Widać to w jego dziennikach, słychać było w rozmowach. Mniej było to widoczne w jego wystąpieniach publicznych i na łamach Polityki.
Dziś trudno w to uwierzyć, ale w latach 60. czy 70. Rakowski był ulubieńcem warszawskich salonów i czołowym liberałem pośród przaśnych polskich komunistów. Dziś przez dużą
część opinii publicznej kojarzony jest niemal wyłącznie jako partyjny aparatczyk, jeden z ojców stanu wojennego, który razem ze swoją partią poszedł na śmietnik historii. Jak do tego
doszło?
Zaraz, zaraz, niech pan tak prędko nie wyrzuca na śmietnik twórcy najlepszego czasopisma od Berlina do Władywostoku. Rakowski nie był aparatczykiem. Siedział wprawdzie w środku aparatu
partyjnego, w kieszeni miał legitymację partyjną, w młodości uważał się za komunistę, później zaliczał rozmaite szkolenia i konwentykle. Ale jednocześnie redagował najlepsze pismo w
obozie, a wieczorami chodził do teatru, a nawet – wraz z Andrzejem Jareckim – popełnił niezbyt udaną sztukę teatralną. Był akceptowany przez ówczesną elitę: pisarzy,
muzyków, aktorów. Miał na Mazurach mały domek, gdzie całe to towarzystwo się zjeżdżało. Przychodzili też do redakcji na tradycyjne bale. To był człowiek z innej ligi niż reszta
komunistów.
To po co się w ogóle z nimi zadawał? O tym, że polski realny socjalizm jest nie do uratowania, Rakowski pisze w swoich dziennikach po raz pierwszy bodaj w 1964 r. Mimo tego przez dwie
następne dekady buduje system, przyjmując kolejne posady partyjne.
Rakowski coraz lepiej zdawał sobie sprawę, że służy systemowi, który jest nieludzki, łamie charaktery i nie służy dobrze Polsce. Ale jednocześnie miał świadomość, że tuż obok jest
radziecka potęga, jest Jałta i że tego zmienić nie może. On, czy szerzej, my wszyscy w redakcji Polityki byliśmy w latach 60. i 70. naprawiaczami rzeczywistości, najwyżej reformatorami. Ale w
żadnym wypadku nie byliśmy po drugiej stronie barykady. Nie byliśmy w więzieniach. Tam gdzie Kuroń, Moczulski, Michnik, Modzelewski. Raczej czuliśmy intuicyjnie, że oni mają rację, ale nie
mieliśmy odwagi do nich przystąpić.
Czytaj dalej >>>


























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!