Ich książka liczy 800 stron, z czego około 500 stanowią kserokopie archiwalnych dokumentów. Na tydzień przed oficjalnym ukazaniem się jej na rynku, zdobyliśmy najważniejszy jej fragment - autorskie omówienie wyników historycznych badań. W tym fragmencie nie ma tzw. aneksów: pierwszej części zawierającej kserokopie dokumentów oraz części drugiej - ilustracji. Mamy też materiały prokuratury na temat śledztwa dotyczącego zaginięcia niektórych dokumentów SB w sprawie Lecha Wałęsy.

Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk podkreślają, że ich książka nie jest biografią Wałęsy ani historią "Solidarności”, ale jedynie "próbą wyjaśnienia niejasności związanych z przeszłością Lecha Wałęsy i losami archiwaliów SB”.

W pierwszej części publikacji - na podstawie dokumentacji - została odtworzona historia współpracy Lecha Wałęsy jako TW "Bolek”. W rekonstrukcji tej autorzy wskazują na następujące punkty:

1. Potwierdzenie współpracy TW "Bolek”

Autorzy powołują się na zapisy odnalezione w wielu miejscach "ewidencji operacyjnych”, m.in. w notatce służbowej dwóch oficerów SB, którzy rozmawiali z Lechem Wałęsą 6 października 1978 r. w godzinach 11 - 12.20 - jak piszą w raporcie - "w celu ponownego pozyskania Wałęsy do współpracy z SB”. Jak wynika z dokumentacji gdańska SB złożyła w wydziale C (archiwum i ewidencja operacyjna) akta agenturalne TW pseud. "Bolek” 19 czerwca 1976 r. pod numerem I -14713 "z powodu niechęci do współpracy”.

2. Opis działalności TW "Bolek” w latach 1970 - 1976

Według dokumentacji cytowanej przez autorów był on agentem, przed którym stawiano zadania doraźne, takie jak np. informowanie o tym, kiedy mają odbyć się strajki, kiedy sabotowane będą demonstracje pierwszomajowe, czy ustalenie tożsamości inspiratorów takich wydarzeń oraz innych poważnych zagrożeń. I tak np. od 22 kwietnia 1971 r. TW "Bolek” był wykorzystywany do operacji pod kryptonimem "Ogień” w związku z pożarem, jaki dwa tygodnie wcześniej wybuchł w budynku KW PZPR w czasie prowadzonego tam remontu. 17 kwietnia zaś, jak wynika z raportów SB, "Bolek” doniósł, iż słyszał od pewnego ślusarza - "którego nazwiska nie zna, ale może to nazwisko ustalić, bo mieszka on nad delikatesami” - że podpalono po raz drugi tę siedzibę.

3. Ocena wartości TW "Bolek”

Oficerowie prowadzący TW "Bolka” (w ciągu sześciu lat było ich trzech) uznali, że był on współpracownikiem aktywnym, który szczególnie na początku lat 70. "przekazywał szereg cennych informacji dotyczących destrukcyjnej działalności niektórych pracowników Stoczni”. Za swoją działalność "był on wynagradzany i w sumie otrzymał 13 100 zł; wynagrodzenie brał chętnie”. Oficer w swej notatce zauważa, że "żądał również zapłaty za przekazywane informacje, które nie stanowiły większej wartości operacyjnej”. Jednocześnie był współpracownikiem posłusznym. Wykonywał zadanie operacyjne nawet w okresie zwolnienia lekarskiego. "Dał się poznać jako jednostka zdyscyplinowana i chętna do współpracy” - to cytat z raportu funkcjonariusza gdańskiej SB. TW "Bolek” jednocześnie przestrzegał i dbał o zasady konspiracji. Przekazując informacje, mówił swoim oficerom prowadzącym, że był on jedynym świadkiem danej rozmowy lub zdarzenia i mogą to wykorzystać, ale tak, żeby go nie zdekonspirować.

4. Narodziny figuranta o kryptonimie "Bolek”

Skuteczna próba urwania się Lecha Wałęsy SB miała miejsce w połowie lat 70. Przełomem tego życiowego zwrotu stało się jego wstąpienie do Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża w czerwcu 1978 r. Wtedy to esbecja założyła teczkę figuranta o kryptonimie "Bolek” w związku z prowadzeniem przez Wałęsę "wrogiej działalności”. Nastąpiło to po ostatniej nieudanej próbie zwerbowania go. W półtoragodzinnej rozmowie - raportują esbecy - współpracę ocenił jako swój błąd, z którego zwierzył się znajomym z opozycji. Już wtedy wiedzieli, że Wałęsa bierze udział w "kolportażu materiału opublikowanego przez nielegalne wydawnictwo w kraju”. Wałęsa błyskawicznie wyrósł na jednego ze znaczących działaczy Wolnych Związków. Między innymi to on zainicjował akcję niszczenia propagandowych tablic i afiszy PZPN.

Niszczenie

Największe zainteresowanie wzbudzą prawdopodobnie ostatnie fragmenty książki poświęcone niszczeniu materiałów dotyczących współpracy Lecha Wałęsy z SB. Autorzy podają daty, zamieszczają też wykaz zniszczonych dokumentów. Według ich ustaleń robił to sam Lech Wałęsa, a ułatwiali mu to ludzie z kierownictwa MSW i UOP. Robiono to zarówno w Warszawie, jak i w Gdańsku.

» Początek akcji niszczenia dokumentów nastąpił zaraz po obaleniu rządu Jana Olszewskiego w nocy z 3 na 4 czwerwca 1992 r. Wtedy stało się jasne, że w Warszawie zgromadzone są akta TW "Bolka” i to one stały się podstawą umieszczenie nazwiska Lecha Wałęsy na słynnej liście Antoniego Macierewicza. Po przewrocie Wałęsa powołał nową ekipę kierującą MSW i UOP, a ta posłusznie wykonywała jego polecenia.

» Odtworzenie procederu zniszczenia dokumentów stało się możliwe dzięki dokładnemu spisowi materiałów sporządzonemu komisyjnie w ostatnich godzinach urzędowania szefa UOP Piotra Naimskiego. Już dwa dni później materiały te udostępniono Lechowi Wałęsie w gabinecie Konstantego Miodowicza, szefa kontrwywiadu UOP. Miesiąc później Wałęsa wypożyczył te materiały - zapewne za zgodą szefa MSW Andrzeja Milczanowskiego - do Belwederu. Akta te wróciły pod koniec września do MSW, ale mocno przetrzebione. Pułkownik Wiktor Fonfara stwierdził, że w miejscach, gdzie znajdowały się doniesienia TW "Bolek”, widniały strzępy powyrywanych kartek. Obraz tych zniszczeń możliwy był do ustalenia dzięki protokołom, jakie sporządzano w momencie wypożyczania Lechowi Wałęsie teczek operacyjnych TW "Bolek” oraz teczek obiektowych, w których pojawiają się informacje przekazywane przez TW "Bolka”.

» Drugi etap niszczenia miał miejsce w pod koniec września 1993 r., gdy zwycięzcą ówczesnych wyborów parlamentarnych okazały się SLD i PSL. Prezydent Lech Wałęsa telefonicznie poprosił Milczanowskiego o ponowne pilne wypożyczenie dokumentów. Zwrócił je pod koniec stycznia 1994 r. Bez sprawdzania, co z nich zostało, zostały zapakowane i opieczentowane, a następnie włożone do sejfu w gabinecie Gromosława Czempińskiego. Dopiero w lipcu 1996 r. nowy minister spraw wewnętrznych Zbigniew Siemiątkowski komisyjnie rozpakował te materiały. Okazało się, że brakuje w nich podstawowych dokumentów dotyczących współpracy Lecha Wałęsy z SB. W ten sposób zniknęły oryginały, m.in. doniesienia od Wałęsy, pokwitowania odbioru pieniędzy za działalność agenturalną, a nawet materiały związane z jego internowaniem. W sumie około 280 kart.

» Niezależnie od niszczenia, jakie miało miejsce w centrali MSW w Warszawie, od września 1993 r. rozpoczęła się zmasowana akcja zacierania śladów po agenturalnej działalności Wałęsy w delegaturze UOP w Gdańsku, gdzie odwołano z szefostwa płk. Adama Hodysza. Na jego miejsce Gromosław Czempiński powołał protegowanego Lecha Wałęsy - mjr. Henryka Żabickiego. Jego zastępcą został kpt. Zbigniew Grzegorowski. Obaj byli oficerami SB, a w latach 80. zajmowali się inwigilacją samego Wałęsy. Śledzili go, fotografowali i sporządzali raporty. W latach 1989 - 90 nadal opiekowali się Wałęsą, ale już jako oficerowie BOR. Nowa ekipa gdańska starannie niszczyła kopie dokumentów przekazanych do Warszawy.

Śledztwo

Jesienią 1996 r. Zbigniew Siemiątkowski i nowy szef UOP gen. Andrzej Kapkowski powiadomili prokuraturę warszawską o zaginięciu dokumentów. Śledztwo prowadziła prokurator Małgorzata Nowak. Uznała, że winni ich zaginięcia są szef MSW Andrzej Milczanowski oraz kolejni szefowie UOP - Jerzy Konieczny i Gromosław Czempiński. Lech Wałęsa zaprzeczał, jakoby zabrał jakiekolwiek materiały. Samo skierowanie sprawy do prokuratury uznał za "polityczną prowokację SLD”.

» Po półtorarocznym śledztwie, w lutym 1998 r. prokurator Małgorzata Nowak zarzuciła Milczanowskiemu, że wbrew przepisom o ochronie tajemnicy państwowej i służbowej dwukrotnie - od sierpnia 1992 r. do września 1993 r. - wydał Koniecznemu polecenie osobistego przekazania Wałęsie sześciu tomów akt archiwalnych wydziału ewidencji oraz materiałów operacyjnych byłej SB opatrzonych klauzulą "tajne specjalnego znaczenia”. 25 kwietnia 1994 r. udzielił zaś zgody Gromosławowi Czempińskiemu, szefowi UOP, by przekazać prezydentowi 54 mikrofilmów z materiałami operacyjnymi dotyczącymi Wałęsy, przez co nieumyślnie doprowadził do ich częściowej utraty. Podobne zarzuty postawiono Koniecznemu i Czempińskiemu.

» W całą sprawę zaangażowała się prokuratura krajowa, która wytknęła braki dotychczasowego śledztwa. Za podstawową jego wadę uznano brak badań na temat zabezpieczeń dokumentów w siedzibie Kancelarii Prezydenta. O zniszczenia nie można więc było posądzić urzędników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, bo nastąpiły one poza miejscem ich kompetencji. W ten sposób w maju 1999 r. umorzono śledztwo. Zdaniem autorów książki charakterystyczne dla całej sprawy jest to, że informacje o przebiegu śledztwa nie mogły przedostać się do opinii publicznej, ponieważ nadano śledztwu klauzulę tajności.