Barbara Kasprzycka: Rosja niemal dwukrotnie podnosi ceny gazu dla Ukrainy. Ukraina rzekomo podkrada gaz z tranzytu. Czy w tej rozgrywce jest bohater pozytywny?

Prof. Włodzimierz Marciniak*: Jeśli ten konflikt rozpatrywać jako czysto handlowy spór o cenę, to racje są po obu stronach. Racją Gazpromu jest uzyskanie jak najwyższej ceny za dostarczany gaz, a racją Kijowa jest usiłowanie zapłacenia jak najmniej.Trzeba jednak pamiętać o okolicznościach tego sporu. Handel gazem to są kontrakty długoterminowe. 31 grudnia upłynęła ważność trzyletniego kontraktu dostaw dla Ukrainy. I można prognozować, że w perspektywie miesięcy ceny gazu będą spadały - tak jak w ostatnich miesiącach dramatycznie spadała cena ropy naftowej. Ukraina nie chce więc godzić się na wysoką cenę za gaz, bo spodziewa się, że wkrótce jego ceny na świecie spadną i Ukraińcy pod koniec roku będą poważnie przepłacać.

Ceny ropy spadają, a Gazprom podwyższa cenę gazu. Dlaczego?

Gazprom jest w bardzo trudnej sytuacji. Jesienią nie był w stanie zapłacić nawet odsetek od kredytów zaciągniętych w bankach komercyjnych - nie mówiąc o spłatach samego zadłużenia. Otrzymał nawet pomoc państwa. Stara się więc wycisnąć od Ukrainy jak najwięcej, żeby ratować swoją pozycję.

A Ukraina zaczyna podkradać gaz przeznaczony dla Europy Zachodniej.

Kwestia "kradzieży" to tylko i wyłącznie retoryka Gazpromu. Skoro wygasła stara umowa kupna - sprzedaży gazu, a nowej nie zawarto, to nie obowiązują też umowy o tranzycie gazu przez terytorium Ukrainy. Gaz który Gazprom - jak twierdzi - tłoczy do ukraińskich rurociągów z ukraińskiego punktu widzenia jest gazem niczyim. Doprowadzenie do takiego stanu świadczy tylko o nieodpowiedzialności Rosjan, którzy - wiedząc, że są uzależnieni od Ukrainy jako głównego państwa tranzytowego - pozwolili sobie na kolejną wojnę handlową.

W całym sporze rolę grają jeszcze czynniki polityczne.

No właśnie. Jest już nową świecką tradycją, że 1 stycznia Rosjanie komuś coś zakręcają. To chyba ich sposób na świętowanie Nowego Roku. Trzy lata temu zakręcili kurek Ukrainie, potem to samo zrobili Białorusi. To już chyba rytualne działania mające na celu demonstrację mocy, jaką państwu rosyjskiemu sprezentowała natura w postaci złóż gazu. W warunkach wewnętrznego kryzysu takie napinanie muskułów jest w dużym stopniu skierowane do samych Rosjan.

Jak mają rozumieć ten przekaz?

To ma być sygnał, że reżim autorytarny, który ma wyraźne tendencje przekształcenia się już w zwykłą dyktaturę - o tym świadczą zmiany polityczne i prawne zachodzące w ostatnich miesiącach - ma uzasadnienie i rację bytu. Jest to wreszcie także próba wpływu na sytuację wewnętrzną Ukrainy. Rosjanie próbowali się wmieszać w konflikt wewnętrzny między prezydentem Juszczenką a premier Tymoszenko, ale zdaje się, że ich działania okażą się przeciwskuteczne. Wstrzymanie dostaw gazu wywołuje już w Kijowie efekt konsolidacji, a zupełnie nie o to Rosjanom chodziło.

Tylko że wszyscy wiedzieli, że kontrakt się kończy. Dlaczego żadna strona nie doprowadziła do porozumienia przed 31 grudnia?

To jest normalna praktyka handlowa w krajach postsowieckich. Przerwanie dostaw gazu Ukrainie jest szczególnie spektakularne, ale stawianie kontrahenta pod ścianą jest w tamtym rejonie taktyką powszechną. Szantaż to jest ich sposób negocjowania. Widać zresztą, że obie strony się przygotowywały na takie zaostrzenie relacji. Ukraińcy zgromadzili przecież duże zapasy gazu. Poza tym - jak wspomniałem - obie strony mają całkiem przeciwne interesy. Ze względu na wahania cen Gazpromowi zależy na długoletnim kontrakcie, Kijowowi wręcz przeciwnie. Być może więc obie strony dążyły do tego sporu i do postawienia sprawy na ostrzu noża po to, by siłą przeforsować swoje racje.

Jak długo ten klincz potrwa?

Wydaje się, że Ukraina jest dość zdeterminowana i przygotowana na poważną i długotrwałą próbę sił. Tym bardziej, że Gazprom jest także zdeterminowany fatalną sytuacją swoich finansów, co w ciągu najbliższych miesięcy grozi poważnymi perturbacjami. Być może okaże się nawet, że Gazprom nie jest dłużej w stanie wywiązywać się z umów na dostawy do krajów Europy Zachodniej.

Polska odczuje to na własnej skórze?

Polskie władze zapewniają, że odbiorców indywidualnych to nie dotknie, bo ich potrzeby pokryje wydobycie wewnętrzne gazu w Polsce. Dla polskiej energetyki gaz nie odgrywa większej roli - nasze elektrownie wciąż opierają się o rodzimy węgiel. Problemy z dostawami z Rosji najmocniej mogą uderzyć w przemysł chemiczny, który używa importowanego gazu jako surowca. Wstrzymanie produkcji i wysłanie pracowników na przymusowy urlop tylko spotęguje efekty nadchodzącego spowolnienia gospodarczego.

* Włodzimierz Marciniak - politolog, specjalista spraw rosyjskich