Jeżeli ktokolwiek miał wątpliwości, czy kryzys gazowy dotknie Unii, to od dzisiejszego poranka już ich mieć nie może. Wstrzymanie dostaw dotknęło Grecję, Bułgarię, Węgry, Austrię. Dotknęło też państw, przez które biegnie tranzyt do Unii, wreszcie dotknęło Ukrainy - partnera uprzywilejowanego Wspólnoty Europejskiej. Z tych wszystkich powodów Unia niejako z urzędu musi być zainteresowana rozwiązaniem konfliktu.

Co prawda prezydencja czeska zdystansowała się od roli mediacyjnej, ale Parlament Europejski zdecydował się podjąć coś na kształt mediacji. Rząd rosyjski zwrócił się do nas z propozycją wysłuchania, które odbędzie się we czwartek o godz. 11 na posiedzeniu unijnej Komisji Spraw Zagranicznych. Gościć będziemy szefa komisji spraw zagranicznych albo europejskich Dumy i Aleksieja Millera, szefa Gazpromu. Zdecydowaliśmy się również - dla zachowania bezstronności i uzyskania pełnego oglądu - zaprosić przedstawicieli parlamentu Ukrainy i szefa Naftohazu.

Oznacza to, że Unia Europejska reaguje na redukcję dostaw gazu dla krajów członkowskich. Nikt nie jest pozostawiony samemu sobie, żeby negocjować z Moskwą, jak to kiedyś bywało. Oczywiście pozostaje pytanie o szybkość i skuteczność unijnych działań. Fakt, że Gazprom wbrew porozumieniu z Kijowem skokowo podniósł ceny gazu dla Ukrainy, dowodzi, że w tym sporze chodzi o coś więcej niż o energię i o ceny - chodzi o politykę. W tej sytuacji jedynym wyjściem jest wspólny głos Unii i łączne negocjowanie warunków dostaw dla krajów członkowskich, a także ujęcie się za wschodnimi sąsiadami, którzy zostali postawieni w sytuacji szantażu energetycznego.