Przerwany właśnie bojkot TVN był błędem PiS. Nie klęską, nie tragedią, ale właśnie błędem.

Nie dlatego, że politycy jakiejkolwiek partii mają obowiązek rozmawiania z dziennikarzami jakiegokolwiek medium. Nie mają. Dlatego, że nie potrafili wytłumaczyć przekonująco powodów tak drastycznej decyzji i nie przygotowali żadnego scenariusza wycofania się z niej rakiem. A było jasne, że we współczesnej, wybitnie medialnej demokracji nie wytrzymają długo rozstania z komercyjną opiniotwórczą stacją.

Gdy w lipcu ubiegłego roku komitet polityczny PiS podejmował tę decyzje - wbrew przestrogom zwykle skłóconych, tym razem jednomyślnych partyjnych PR-owcow: Adama Bielana i Jacka Kurskiego - nie zdarzyło się nic, co by uzasadniało ten krok. Jeśli TVN był wobec partii Kaczyńskiego tendencyjny, czy nieżyczliwy, to przecież od dawna. Zdawkowość wyjaśnień, co właściwie różni telewizję Waltera od innych stacji telewizyjnych czy radiowych, skazywała PiS na wizerunek partii kłótliwej i obrażalskiej, nieczującej mediów. Nienowoczesnej.

Politycy PiS mogli być zmyleni reakcjami swoich wielbicieli na różnych internetowych formach. Ci TVN-u nienawidzą, więc przyklasnęli Kaczyńskiemu. Problem w tym, że walczy się nie o już przekonanych, którzy stanowią z reguły front zwarty, ale wybitnie mniejszościowy. Większość niczego nie rozumiała, a kanały komunikacji z nią uległy skurczeniu. Nic dziwnego, że posłowie PiS czuli się zmuszeni do sztuczek, aby ich wypowiedzi ukazywały się jednak w programach informacyjnych TVN i TVN 24, a niektórzy zakazy po prostu łamali.

Skoro jednak taką decyzję już podjęto, trzeba się jej było trzymać trochę dłużej. Politycy PiS cieszyli się ukradkiem, że oglądalność TVN 24 siada. Przypisywali to wykastrowaniu telewizyjnych debat z realnej kontrowersji. Rzeczywiście, wymiany zdań w audycjach politycznych TVN z udziałem koalicji i lewicy (ewentualnie dawnych członków PiS) nie grzeszyły zbytnim dramatyzmem. Skoro jednak tak, trzeba było poczekać i sprawdzić, czy ten domniemany spadek oglądalności to rzeczywiście realny proces, czy zbiór przypadków. No i przygotować argumenty na ewentualność rezygnacji z bojkotu. Bo tak straty z jego tytułu zostały poniesione, a z hipotetycznych korzyści zrezygnowano zbyt szybko.

Kaczyńskiego łatwo teraz przedstawiać jako obrażalskiego, ale na dokładkę nieskutecznego. a jego kolegom wymawiać, że ulegli parciu na szkło. Jeśli chciano rzucić dziennikarzy i ich szefów na kolana, to po takim doświadczeniu będą oni wobec nielubianych polityków jeszcze bardziej bezceremonialni.

Czy PiS miał merytoryczną rację? Bez wątpienia większość dziennikarzy wszystkich komercyjnych mediów (łącznie nawet z kierowaną przez prawicowców "Rzeczpospolitą") odnosi się do Kaczyńskich co najmniej z rezerwą. W TVN było to często widać, choć nie zawsze, a ukochane przez wykształciuchów "Szkło kontaktowe"" to lekcja satyry łatwej (prowadzący zbyt często schlebiają swoim nie najmądrzejszym widzom). Ale liderzy PiS muszą się nauczyć z tym żyć. I brać przykład z tych co rozsądniejszych polityków swojej partii, którzy przy wszystkich niewygodach umieją sobie ułożyć z mediami stosunki. Z pewnością straty z powodu przerwanego bojkotu wielkie nie są. Ale nie było to arcydzieło strategii. Raczej bezrozumna szarża zakończona rejteradą.