BARBARA KASPRZYCKA: Podobno zagrała w panu pycha i wycofał się pan z plebiscytu Wiktorów, bo nie chce pan być oceniany w tej samej kategorii co Kasia Cichopek.
KAMIL DURCZOK*: Tysięczny więc raz powiem, że pani Katarzyna Cichopek jest miłą, zdolną i niezwykle ambitną osobą, i w ogóle nie chodziło mi o ocenę jej dokonań. W swoim liście do kapituły Wiktorów prosiłem jedynie, żeby w kategorii prezenter nie brano mnie pod uwagę. Nie ma w tym żadnej pychy ani wywyższania się. Chcę tylko zwrócić uwagę, że kategorie tej nagrody nie przystają już do rzeczywistości. Bo nie ma już prezenterów telewizyjnych. Nawet autorzy zapowiedzi w TVP 1 bardzo często zamiast tylko zapowiadać program czy film, przeprowadzają rozmowę z jego autorem czy reżyserem.

I to już jest dziennikarstwo?
Nie wiem, gdzie się zaczyna dziennikarstwo. Chciałem jedynie zwrócić uwagę, że osoby prowadzące programy informacyjne w telewizji są w ogromnej większości ich autorami albo współautorami. Pomijając więc fakt, że kategoria prezenter od jakiejś dekady nie istnieje, po prostu czymś zupełnie innym jest profesja, którą uprawia sympatyczna pani Cichopek, Kinga Rusin czy Krzysztof Ibisz, a czym innym to, co robi Durczok. I jest to oczywista oczywistość, że zacytuję klasyka. Tylko kapituła Wiktora jakoś od kilku lat nie chce tego zauważyć.

A gdyby pana konkurentką nie była pani Cichopek, tylko pani Hanna Lis?
Jeżeli pani powie Hannie Lis, że jest prezenterką programu informacyjnego, to się obrazi. Bo ona jest jego autorką: wymyśla tematy, rozmawia z reporterami, czuwa nad realizacją, adiustuje teksty i dopiero na sam koniec pokazuje swój autorski dziennik. W "Faktach" ten model dziennika autorskiego ma jeszcze dłuższą tradycję i nie wyobrażam sobie, żebym jako szef zespołu ingerował jakoś w tematy, które proponuje np. Justyna Pochanke.

A gdyby zamiast ślicznej, młodej i dziewczęcej Kasi Cichopek konkurował pan np. z Szymonem Hołownią, też by pan protestował?
To by zależało, w jakiej kategorii byłby zgłoszony. Jeśli jako prowadzący "Mam talent", to pewnie tak. Jeśli jako autor programu publicystycznego w Religia.tv, tobym się nie buntował, bo można w naszych działaniach znaleźć wspólne kryteria: oryginalność pomysłu, dobór gości, temperatura programu… Ale na Boga, co można porównać w prowadzonym przez panią Cichopek programie "Jak oni śpiewają" i w programie informacyjnym pt. "Fakty"? Jeśli można porównać "Fakty" z "Jak oni śpiewają", to dlaczego nie porównać "Faktów" z "Szymon Majewski Show", który jest świetną rozrywką przecież?

To dlaczego TVN zgłosił pana w kategorii prezenter, a nie np. najlepszy dziennikarz, komentator, publicysta?
Nie wiem. Do kategorii dziennikarz, publicysta byłem zgłoszony dwa czy trzy razy, raz dostałem w niej statuetkę. Tym razem ktoś uznał, że do autorstwa programu informacyjnego spośród możliwych kategorii najlepiej pasuje prezenter. Ktoś inny uznał, że to tej kategorii pasuje pani Cichopek. Ale to naprawdę nie jest mój problem.

Wygląda, że właśnie jest i powstaje pytanie, czy pretensji nie powinien pan skierować do własnych przełożonych.
Nie mam pretensji do nikogo, naprawdę. Nie mam nawet pojęcia, kto mnie zgłosił. Istotne jest to, że sama kategoria jest nieostra i archaiczna.

A może pora się pogodzić z tym, że jest pan celebrytą na równi z Kingą Rusin czy Krzysztofem Ibiszem i dlatego znalazł się pan w tej, a nie innej kategorii? Pudelek.pl donosi, że pan się rzekomo rozwodzi, że pan trafił do szpitala, że szarżuje pan na motorze…
Nie jestem celebrytą. Jestem dziennikarzem, autorem programu informacyjnego i szefem najlepszego zespołu dziennikarskiego w Polsce. Natomiast prawdą jest, że osoby funkcjonujące na szklanym ekranie muszą też przyjąć wynikające z tego zainteresowanie mediów lekkich, łatwych i przyjemnych. Mam się dziwić, że mnie ludzie rozpoznają? Tabloidyzacja życia publicznego jest faktem i bez wysiłku mogę pani wskazać menedżerów, lekarzy czy pisarzy, których też można znaleźć w rubrykach towarzyskich. Ale istotą i sensem mojej pracy pozostaje chęć robienia dobrego programu informacyjnego.

A gdyby to o panu Piotr Pacewicz napisał, że jest pan "niedziennikarzem" - jak napisał o Bogdanie Rymanowskim, który w konkursie Grand Press otrzymał tytuł "dziennikarza roku" - bo pan w "Faktach po Faktach" tylko podkręca pyskówki. Co by pan odpowiedział?
Znowu się narażę na opinię, że jestem bufonem, ale nic bym nie odpowiedział. Nie widzę powodu, dla którego miałbym komentować głupie sądy. Ale Piotr Pacewicz nic takiego o mnie nie napisał.

W odniesieniu do Bogdana Rymanowskiego miał uzasadnienie?
Nie. To był bardzo niesprawiedliwy tekst. Jeśli prawdą jest - w co bardzo chciałbym wierzyć - że napisał to, chcąc zwrócić uwagę na problem tabloidyzacji debaty publicznej, to muszę powiedzieć, że spieprzył tę szansę koncertowo. Bo to nie był tekst o tabloidyzacji mediów, ale prymitywny atak ad personam. Nie znalazłem w nim jednego choćby argumentu merytorycznego. Myślę, że cała ta otoczka debaty o jakości mediów była wyłącznie przykrywką dla personalnego ataku na kolegę z branży.

Wice naczelny "Wyborczej" pytał: "Co takiego ważnego Rymanowski ma do przekazania Polakom? Co ujawnia, czego byśmy nie wiedzieli?". Czy to złe kryteria oceny dziennikarskiej roboty?
To są pytania z gatunku: "Czy mi się bardziej podoba pani redaktor X czy Y". Ja pytam, co nowego w swoich tekstach przekazuje pan redaktor Pacewicz? Pytam i wiem, że nie dostanę sensownej odpowiedzi. Dziennikarstwo Rymanowskiego w filmie "Szpieg" pokazało nam kawał najnowszej historii Polski w jej bardzo skomplikowanym obszarze służb specjalnych. Żaden tekst pana Pacewicza mi tego nie dostarczył. Ale za chwilę ktoś powie, że pan Pacewicz napisał taki i taki tekst, czego nikt inny nie zrobił. I tak się mamy przerzucać? Nie my jesteśmy od takich ocen. Nas oceniają widzowie i czytelnicy. I niech pan Pacewicz z wyższością właściwą "Gazecie Wyborczej" zostawi to im.

Gdybyśmy dawali widzom i czytelnikom tylko to, co ma najwięcej odbiorców, to w kółko byłaby tylko Kasia Cichopek z Januszem Palikotem i świńskim ryjem na zmianę.
Tylko jak przy takim założeniu wytłumaczyć, dlaczego tak wielka widownia regularnie skupia się przy programach publicystycznych, przy Bogdanie Rymanowskim i Tomaszu Lisie? I dlaczego rekordy oglądalności biją "Fakty" i jedynkowe "Wiadomości"?

Pan wierzy w to, że ludzie chcą poważnego dziennikarstwa?
Moja wiara nie ma tu nic do rzeczy. Ja patrzę na wyniki oglądalności i badania, skąd ludzie czerpią wiedzę o świecie. Podobno w USA okazało się, że przede wszystkim z programów rozrywkowych. Być może. Ale w całej pozostałej części znanego mi świata po to, żeby dowiedzieć się, co się wydarzyło, ludzie włączają programy informacyjne.

I pan, twarz programów informacyjnych, poszedł do programu Szymona Majewskiego.
Skorzystałem z trzeciego kolejnego zaproszenia i też z poważnym wahaniem: "Co ja mam ludziom do powiedzenia o sobie?". Miałem mieszane uczucia i nadal mam. Oglądałem swój występ bez zachwytu, chociaż Szymon robił, co mógł i był w tym świetny, tyle że ja o sobie nie mogę powiedzieć tego samego. Nie mam przekonania, czy było to mnie albo moim widzom do czegoś potrzebne.

No właśnie. Chcemy być poważnymi dziennikarzami, a tak naprawdę "życie jest gdzie indziej": w wielkich show, na pudelkach, kozaczkach i w "Tańcu z gwiazdami".
To nieprawda. To programy informacyjne regularnie skupiają największą widownię. Ale myślę, że naturalną potrzebą moich widzów jest wiedzieć też trochę o tym, jaki jestem prywatnie. Część tej prywatności mogę pokazać, ale każdy sam sobie musi wyznaczyć granicę, której nie przekroczy.

Naprawdę pan uważa, że trzeba pokazać ten kawałek prywatności?
Tak, coś się widzom należy. Chciałem uniknąć tego przykładu, ale niech będzie: kiedy kilka lat temu pokazałem się na ekranie łysy, rozpętała się burza plotek, co się stało, czy przegrałem jakiś zakład z kolegami itp. Długo się zastanawiałem, po jaką cholerę ludziom potrzebna jest wiedza o tym. Przecież przekazywałem im informacje rzetelnie i porządnie. Fala plotek była jednak tak wielka, że zrozumiałem, że widzom należy się ta informacja, i powiedziałem o raku. Czy to jest sprzedawanie prywatności?

*Kamil Durczok, szef "Faktów" TVN