"Ekonomiści mają weselszy temperament niż historycy, politolodzy, socjolodzy i kapłani. Jest tak zapewne dlatego, że cierpią oni na niemal całkowitą amnezję historyczną; o ile w ogóle kiedykolwiek uczyli się historii" - tak niedawno na temat przewidywań co do politycznych skutków wielkiego kryzysu pisał Robert Skidelsky. Ten oksfordzki profesor, jednocześnie ekonomista i historyk, atakował zbytni optymizm analityków, którzy uznali, że wielki kryzys nie przyniesie światu zachodniemu jakichś bezpośrednich zagrożeń z zewnątrz. Skidelski woli bowiem utożsamić się z poglądem historyków, choć oni „mają tendencję do pesymizmu, ponieważ jedyną przyszłością, jaką potrafią sobie wyobrazić, jest przeszłość”.

Słowa wybitnego brytyjskiego naukowca warto zadedykować dwóm znanym polskim ekonomistom, którzy kilka dni temu na łamach związanego z DZIENNIKIEM pisma ekonomicznego „The Wall Street Journal. Polska” postulowali szukanie jeszcze większych oszczędności w budżecie Ministerstwa Obrony Narodowej. Andrzej Rzońca i Jarosław Kantorowicz zaapelowali: „nie ma co oszczędzać MON-u. To MON powinien oszczędzać”.

Słowo „oszczędzać” nie oddaje tu istoty apelu. Bo co do oszczędności rozumianych jako unikanie marnotrawstwa i rozrzutności to powinna być powszechna zgoda. Obaj ekonomiści apelują jednak o coś innego: zdecydowana redukcję wydatków na obronę. Kwestionują zalecenie Paktu Północnoatlantyckiego, w Polsce usankcjonowane przez odpowiednią ustawę, by utrzymywać wydatki na wojsko w wysokości 2 proc. produktu krajowego brutto. Zalecają rezygnację z tej reguły. I podają, że większość krajów NATO tego nie przestrzega. Np. Łotwa mimo zapisu ustawowego nie osiągnęła tego poziomu, a Kanada chce zejść tylko do 0,87 proc. PKB. Podają też przykład kraju spoza NATO, ale mu przyjaznego - Japonii - która określiła górny pułap wydatków. I jest to tylko 1 proc. PKB.

Trudno uznać, co o czym mają świadczyć podane przykłady. Łotysze z pewnością nie byliby ucieszeni z tego wyróżnienia, bo żyją w ciągłym stresie, że kiedyś czołgi z sowiecką gwiazdą (cały czas używaną jako znak rosyjskich sił zbrojnych) znów pojawią się na ulicach Rygi. A gdyby było ich stać, to pewnie wygrzebaliby nie 2 proc, a 12 proc. PKB. Kanada może sobie redukować do woli - kto nie wie dlaczego, niech spojrzy na mapy. Teoretycznie zdemilitaryzowana po 1945 Japonia ma tak wielki budżet państwa (do niedawna drugi po USA), że redukując wydatki zbrojeniowe do 1 promila, i tak byłaby nadal potęgą militarną.

Jest zrozumiałe dlaczego politycy szukali oszczędności w MON. Zrozumiałe, ale nie do zaakceptowania. MON ze swoimi dwudziestokilkumiliardowymi wydatkami jest teoretycznie najbogatszym resortem. Inne mają po kilkaset milionów złotych do wydania. Rzecz jednak w tym, że połowa pieniędzy MON-u to pensje i emerytury, plus inne nieredukowalne wydatki socjalne. Tylko reszta jest sensu stricte wydatkami na obronę.

I nie jest tak, że można to obciąć, bo generałom marzy się coraz więcej i więcej czołgów lub samolotów. Nie, polska armia od 1989 r. przechodzi ciągłą niezbędną zmianę. Jej celem jest przekształcenie nieruchawego molocha modelowanego doświadczeniami z II wojny światowej na armię zdolną do działań w XXI wieku. Zaprzestanie tej reformy będzie oznaczało konserwowanie struktury niesprawnej i nie gwarantującej obrony państwa. Po co komu więc taki skansen? Albo to modernizować, albo rozwiązać.

A wojna w Gruzji, sąsiedztwo z Obwodem Kaliningradzkim, wewnątrzunijne debaty, jak zabezpieczyć przed rosyjską agresją kraje bałtyckie (w końcu członków NATO i UE) oraz Ukrainę - to wszystko udowadnia, że historia jeszcze się nie skończyła. I w dramatycznych momentach to ekonomia jej będzie musiała ustąpić.