List Kaczyńskiego jest zrównoważony, grzeczny, ponadpartyjny, mówi ciepło i lojalnie o ustępującym Bushu, co musi podobać się prawemu skrzydłu Republikanów, a jednocześnie z nadzieją wita nową administrację Obamy, co musi z kolei budzić zadowolenie republikańskich centrystów, których Obama chętnie zatrudnia. Ale tekst polskiego prezydenta w najważniejszej konserwatywnej gazecie Wschodniego Wybrzeża ma jeszcze jedną funkcję, może najważniejszą: przypomina Amerykanom o istnieniu Polski, co tylko w oczach ludzi wierzących w to, że jesteśmy dla Amerykanów drugim Izraelem albo drugą Wielką Brytanią, innymi słowy tylko dla Wildsteina, Krasnodębskiego czy Szczygły może się wydawać banałem.

W rzeczywistości jesteśmy dla Amerykanów, niestety, raczej drugą Słowacją. Wiedza o naszym kraju, a także o meandrach polskiej polityki, jest dzisiaj w USA "zmierzająca do zera". A w tej sytuacji medialna prezentacja polskiego prezydenta jako polityka przewidywalnego, sympatyzującego z USA, jest jednym z tych promocyjnych sukcesów, których Polsce za oceanem tak bardzo brakuje.

Jest też w tym wszystkim cień tak bardzo przez wielu z nas pożądanej komplementarności polityki zagranicznej PiS-u i PO, zamiast zwyczajowego wzajemnego podstawiania sobie nogi, także na forum międzynarodowym. To w końcu dobrze, że kiedy Radosław Sikorski stara się nawiązać kontakty z nową administracją, spotykając się z Hillary Clinton, a nawet - mam nadzieję - dzwoniąc od czasu do czasu do Rona Asmusa, Lech Kaczyński dba o podtrzymanie kontaktów z republikańską opozycją.

Jest tylko jeden problem. Polityka zbliżenia z USA - obojętne, czy prowadzona przez PiS, czy przez PO - ma sens, kiedy jest rozumiana jako uzupełnienie polityki zbliżenia z Europą, polityki pogłębienia i przyspieszenia integracji Polski z UE. To są dwa najważniejsze fronty polskiej polityki zagranicznej. I rząd, ze zmiennym szczęściem, walczy na obu, podczas gdy opozycja, której jednym z liderów jest Lech Kaczyński, wciąż wierzy, że polityka entuzjazmu pod adresem USA (niestety zazwyczaj entuzjazmu jednostronnego), może stanowić alibi dla realnego i bardzo dla Polski kosztownego eurosceptycyzmu.

Lech Kaczyński uważa, iż można prosić Amerykanów - tym razem na łamach „Washington Times” - o głębsze wciągnięcie Polski w ich globalną strefę wpływów, a jednocześnie realnie blokować integrację eujopejską, nie ratyfikować traktatu lizbońskiego, solidaryzować się raczej z Irlandią niż z Francją, budować własne polityczne poparcie w kraju na straszeniu brukselskim zepsuciem obyczajów i brukselskim pieniądzem.

Kaczyńscy marząc o uprzywilejowanych stosunkach z USA, bo ich zdaniem one suwerenność Polski jedynie zwiększają, i bojąc się integracji europejskiej, która w ich mniemaniu polską suwerenność jedynie podmywa, prowadzą politykę asymetryczną, skaczą na jednej nodze. A jest to wątpliwa formuła budowania sobie trwałego autorytetu państwowych przywódców.