O ile jeszcze tydzień temu część bardziej niecierpliwych ekonomistów i publicystów ogłaszała rychły koniec kryzysu, tak wczoraj mieliśmy jego głośny powrót. Cóż takiego się stało, że znowu znaleźliśmy się w szponach dołującej gospodarki, a rzeczywistość zmieniła barwy z różowej na ciężką, głęboką czerń?

Sprawił to spadek produkcji przemysłowej w Polsce. Większy, niż spodziewał się rynek, bo licząc rok do roku wyniósł 4,6 proc. Na dziennikarsko-ekonomicznej giełdzie obstawiano spadek w okolicach 3 proc., stąd te – w niektórych przypadkach – ponure nastroje.

Co ciekawe, nie poddała się im warszawska giełda, która po bardzo niemrawej, minusowej sesji pod koniec handlu ruszyła do góry. Powód był prosty – nasi inwestorzy dosyć gładko przełknęli dane o produkcji i zaczęli się wpatrywać w to, co się dzieje na parkietach w Stanach, a tam doszło do lekkiej poprawy nastrojów.

I trudno im odmówić racji. Oczywiście, że lepiej byłoby, gdyby ów nieszczęsny spadek produkcji wyniósł u nas 3 proc. albo mniej, ale wczorajsze dane w niczym nie zmieniają generalnych prawd znanych już od miesięcy. Przede wszystkim tej, że polska gospodarka radzi sobie dobrze. Wystarczy spojrzeć po sąsiadach, po innych krajach europejskich, które potrafią spadać po kilkanaście procent. Na tym tle jesteśmy – i obyśmy nim pozostali – ewenementem.

Dlatego znacznie bardziej interesujące od uderzania w alarmistyczne tony jest przyjrzenie się szczegółom, co się w przemyśle naprawdę dzieje. A tutaj najbardziej rzucają się w oczy dwie sprawy. Po pierwsze – spory, 10-procentowy, wzrost budownictwa. Świadczy to o ożywieniu w tej branży, ale należy też pamiętać o tzw. efekcie bazy. Po prostu już rok temu budownictwo zaczęło nam dołować, dlatego obecne wzrosty są tak widoczne.

Po drugie – duży, 18-procentowy, spadek w branży motoryzacyjnej. Eksperci tłumaczą to między innymi wyczerpywaniem się potencjału europejskich planów wspomagających sprzedaż nowych aut. Zaczynają się kończyć pieniądze na specjalne premie, którymi klientów salonów samochodowych hojnie obdarowywały zachodnie rządy albo – i tak jest w większości przypadków – brakuje już chętnych do wymiany odpowiednio starych pojazdów na nowe. Tak czy inaczej, cierpią na tym nasze fabryki, z których prawie cała produkcja trafia na zagraniczne rynki.

Nie ma jednak co z tego budować czarnego obrazu, a z drgnięcia w budownictwie robić hurraoptymistycznej sensacji. Kryzys ma bowiem najbardziej banalną barwę – szarą. Lepsze wiadomości będą się przeplatać z gorszymi jeszcze przez długie miesiące. A wychodzenie z gospodarczej zapaści będzie bardzo mozolne, stopniowe, prawie niedostrzegalne. Nie nastąpi żadne dotknięcie czarodziejskiej różdżki, które sprawiłoby, że cofniemy się o te kilkanaście miesięcy do dobrych czasów. Niestety.