Jeżeli do rzecznika praw obywatelskich przychodzi rocznie kilkadziesiąt tysięcy wniosków, to tylko w niewielkim zakresie dotyczą one naruszenia prawa, a w ogromnej części - usług prawnych. Przede wszystkim są to prośby o pomoc: co zrobić, jak się zachować wobec tego czy innego urzędu.
Drugi problem to fakt, że w życiu korporacji występowały i do pewnego stopnia wciąż występują elementy półkorupcyjne, nie zawsze czytelne. Znane są przecież historie osób, które miały kłopoty z dostaniem się do zawodu. Trudności te nie wynikały tylko z ostrych kryteriów merytorycznych, ale także z tego, że ludzie ci nie byli częścią tej całej wspólnoty rodzinno-towarzyskiej.

Ta naganna praktyka szczęśliwie trochę zmienia się w ostatnim czasie. Wynika to m.in. z działań Prawa i Sprawiedliwości zmierzających do ograniczenia przywilejów korporacji prawniczych. Pamiętać należy, że wszelkie zmiany zawsze dokonują się przy dużym oporze. W tym przypadku protestują korporacje prawnicze. Podam przykład: jakiś czas temu minister sprawiedliwości w rządzie SLD doprowadził do tego, że radcowie prawni mogli uczestniczyć w procesie sądowym jako adwokaci. Jakiż wtedy podniósł się krzyk! Adwokaci krzyczeli, że zbliża się upadek adwokatury. Czas pokazał, że do żadnego upadku adwokatury nie doszło. Wniosek: proces unormalnienia sytuacji w tej dziedzinie następuje, ale z wielkimi oporami. I zawsze będą towarzyszyć mu reakcje, nie zawsze zrównoważone, części środowiska prawniczego.

Nasze życie układamy w coraz mniejszym stopniu w oparciu o obyczaje, a w coraz większym stopniu w oparciu o prawo. Dlatego nasze życie zależne jest od instytucji prawnych. W związku z tym dostępność prawa, jego skuteczność i usługi prawne są sprawą kluczową. Tu napotykamy jednak na problemy. Prawnicy lubią powoływać się na idee samorządności. Unikają przy tym słowa „korporacja” albo wręcz zaprzeczają jej istnieniu. Kto w tej sytuacji odważy się powiedzieć coś złego przeciw samorządowi?

Z jednej strony mamy zatem interes owych korporacji, albo - jak wolą ich członkowie - samorządów, a z drugiej strony interes obywateli. Tę rozbieżność interesów szczególnie widać było ostatnio. Kiedy rząd podjął działania, których celem było ukrócenie niektórych nadmiernych przywilejów korporacji prawniczych, te podniosły ogromny krzyk. Jednak posunięcia rządu spotkały się z aprobatą większości społeczeństwa. W odbiorze społecznym konflikt PiS z prawnikami został wygrany przez PiS. Wynika to z faktu, że społeczeństwo nie traktuje organizacji prawniczych jako samorządu, tylko jako pewną grupę, która broni swoich przywilejów i swojego monopolu.

Poza tym, prawnicy wciąż reagują histerycznie i wyolbrzymiają niektóre sprawy. Kiedy nie tak dawno byłem na zjeździe korporacji prawniczych, słuchałem wystąpień przedstawicieli różnych korporacji - adwokatów, notariuszy, radców, komorników. Język, którym się posługiwali, był językiem katastroficznym. Przedstawiali wizję państwa totalitarnego, które chce im odebrać samorząd. A na czym ma to odebranie polegać? Na przykład na tym, że państwo chce ustalić maksymalne stawki na niektóre usługi prawnicze. Retoryka tych ludzi była absolutnie nieproporcjonalna do realnej sytuacji.

Nikt nie likwiduje przecież samorządów, tylko chce zmienić pewne, zwykle bardzo drobne, rzeczy. Kolejny przykład: rozważana w Sejmie i Senacie nowelizacja ustawy o adwokaturze. Poprawka ministra szła w tym kierunku, że można ukarać finansowo korporację czy władze korporacji, jeśli nie reaguje na notoryczne absentowanie adwokatów, czyli notoryczną nieobecność na procesach, co odwleka postępowanie. A było to bardzo konkretne sformułowanie, mające na celu przyspieszenie prac sądu.

I co się stało? Parlamentarzyści, którzy byli adwokatami, podnieśli krzyk, że to zamach na swobody adwokatury, że będzie można teraz dyscyplinować adwokatów. To tak, jakby nie zrozumieli, co tam było napisane. Nie chodzi przecież o ingerowanie w działania adwokatów, tylko o notoryczne nieprzychodzenie na rozprawy. Niechęć prawników wynika też z tego, że wprowadzane zmiany po prostu utrudniają im życie. Np. sądy 24-godzinne sprawiają, że adwokaci, którzy będą wyznaczeni do tych spraw, będą musieli czasem pracować również popołudniami i wieczorami.

Nie ma więc żadnej wojny PiS z samorządami prawniczymi. To piramidalna bzdura. Rzecz dotyczy usunięcia pewnych zjawisk, które są bardzo kłopotliwe i robią wiele złego klientom oraz utrudniają prace wymiaru sprawiedliwości. Rząd nie jest jednak w stanie sam uzdrowić jakiegokolwiek środowiska, zwłaszcza takiego jak prawnicze, które cieszy się dużą samodzielnością. Jeśli nie będzie więc woli samego środowiska, to na zasadnicze zmiany nie ma co liczyć. Zamiast podnosić wrzawę, że dzieje im się krzywda, lepiej, by prawnicy sami rozpoczęli usuwanie tych problemów. Przebiega to jednak bardzo powoli. Podobnie jest w innych zamkniętych środowiskach, np. akademickim. Najgorsze jest reagowanie plemienne, zamiast obiektywnego i odpowiedzialnego spojrzenia.