Oczywiste problemy i kłopoty skłaniają do oczywistych propozycji wyborczych. Jednak łatwość przedstawiania takich pomysłów i składania obietnic polega na tym, że nie mówi się nic lub niemal nic na temat środków, które miałyby doprowadzić do proponowanych celów.

Ponieważ nieco się na tym znam, poprzestanę na wyrównywaniu szans edukacyjnych. Otóż problem rozpoczyna się w pierwszych klasach szkoły, a może wcześniej. Bardzo wiele zależy od tego, czy w domu są książki, co na wsi jest wciąż rzadkością i tak będzie w czasach zmniejszającego się powszechnie czytelnictwa. Potem – nauczyciele. Otóż na wsi czy w małym miasteczku nauczyciel to wygodna posada stosunkowo dobrze płatna, więc dobór kadry w szkołach często wynika ze znajomości i stosunków, a nie jest rezultatem wysokich kompetencji. Zresztą ktokolwiek nieco bardziej wykształcony znajdzie lepszą pracę, więc na przykład z nauczycielami obcych języków są dramatyczne problemy. Często dzieci poprawiają niedouczonych nauczycieli, co kończy się naturalnie konfliktami.

Potem pojawia się problem liceum. Z reguły do liceum trzeba dojeżdżać, ale po pierwsze w rezultacie skasowania tysięcy linii autobusowych po prostu nie ma czym, a nawet jeżeli uda się dojechać, to powrót często odbywa się wieczorem i kiedy młody człowiek ma odrobić lekcje? Licea prowincjonalne (są chwalebne wyjątki) z reguły gorzej przygotowują do matury, co wiemy na podstawie tegorocznych wyników egzaminu. Mimo starań o obiektywny charakter ocen jakoś tak się dzieje, że w tych liceach stopnie nie są gorsze niż w znanych wielkomiejskich. Więc dalejże na studia.

Jednak studia stacjonarne, na przykład w Warszawie, dla osoby ze wsi lub z małego miasteczka, to koszt minimum 2000 zł, a raczej więcej, jeżeli uwzględnić mieszkanie, jedzenie, bilety na komunikację miejską, podręczniki i kilka złotych na rozrywki. Jest to suma dla normalnego rolnika, który ma kilkoro dzieci, nieosiągalna. Tylko lekarza czy notariusza stać na wysłanie dzieci na takie studia. Istnieje wprawdzie sporo fundacji starających się pomóc zdolnym dzieciom z prowincji, ale wszystko razem to kropla w morzu, a rzeczywista pomoc kosztowałaby państwo kolosalne pieniądze, których po prostu nie ma. Wyrównywanie szans kończy się zatem na studiach zaocznych (z reguły jednak nieco gorszych) czy na licencjacie w pobliskiej wyższej szkole publicznej lub niepublicznej, ale marnej.

Podobnie jest z kobietami, bezrobotnymi, rolnikami. Rozwiązanie wielu oczywistych problemów, które ich dotyczą, wymaga dwu rzeczy: inteligentnych metod działania oraz pieniędzy. A w Polsce nie ma ani jednego, ani drugiego. Dlatego wysłuchując postulatów i obietnic formułowanych przez partie polityczne przed wyborami, nie dajmy się zwieść. Pytajmy przede wszystkim, jak zamierzają te postulaty zrealizować w aktualnej sytuacji finansowej państwa. W dziedzinie edukacyjnej powinien istnieć rozbudowany system stypendialny, który by promował najzdolniejszych. Trzeba zapomnieć w tym zakresie o równości, bo równanie polega jedynie na równaniu w dół, i zapewnić zdrowy elitaryzm. To jednak nie jest popularne, a ponadto polski system edukacyjny jest nastawiony nie na wychwytywanie najlepszych, lecz na przepychanie z klasy do klasy najsłabszych. Od tego przecież zależy ocena poziomu szkoły.

Politycy niewiele tu pomogą, obietnic nie dotrzymają, nawet nie ze swojej winy, ale dlatego że nie są w stanie. Byłoby jednak przyzwoiciej, gdyby po prostu zrezygnowali z oferowania projektów, które są skazane na porażkę. Ale co dla polityka znaczy słowo „przyzwoiciej”?