W powstającej Europejskiej Służbie Działań Zewnętrznych prym wiedli Francuzi, Niemcy, Brytyjczycy i Belgowie. Polacy, Czesi czy Węgrzy nie mieli dostępu do najważniejszych stanowisk. Wówczas polski rząd – odpowiedzialny za promowanie naszych ludzi w ESDZ – tłumaczył, że unijna dyplomacja dopiero powstaje, a równowaga geograficzna pojawi się z czasem. Również Catherine Ashton zapewniała Parlament Europejski, że różnice szybko zostaną nadrobione. Dziś jej zastępcy – omawiając rok działalności instytucji w PE – z czystym sumieniem będą mogli zameldować, że zadania nie udało się wykonać. Jest również okazja, by zapytać polski rząd, dlaczego tak niewielu Polaków pracuje w ESDZ, a organizacja nadal pozostaje pod pełną kontrolą starej Europy. I dlaczego Ashton, która obiecała Parlamentowi Europejskiemu uczynienie z ESDZ instytucji wspólnotowej, skutecznie ją betonuje.

Gdy rok temu opisywaliśmy raport o ustawianiu ESDZ pod Londyn, Paryż i Berlin, z rządu płynęły zapewnienia, że jest za wcześnie, by mówić o porażce. Oceńmy to zatem z perspektywy czasu. Od powstania ESDZ zdobyliśmy dwie placówki (Seul i Amman) i jedno prestiżowe stanowisko w centrali unijnej dyplomacji. Kraje byłego ZSRR, które są kluczowe dla Polski, choćby z powodu programu Partnerstwa Wschodniego, pozostają poza naszym zasięgiem. Nie udało nam się również obsadzić przedstawicielstwa UE w Kabulu. Teraz rząd musi zrobić wszystko, by Polak został szefem unijnej ambasady w Kijowie. A Ashton musi zaakceptować kandydata z kraju, który od lat lobbuje za europejską Ukrainą. Nie możemy przegrać kolejnej strategicznej stolicy.