Tak to już z opinią publiczną bywa, że jedne idee nijak do niej dotrzeć nie mogą, a inne – w chwilę są podchwytywane. Zmienia się to jak w kalejdoskopie, ale klucza próżno tu szukać. Wpływ mediów i polityków na społeczeństwo jest przeceniany. Jednej wiosny Kaczyński zły, innej – jak mąż opatrznościowy wypatrywany, jednego lata Tusk nadzieją, innego – hamulcowym. Dziś w dobrym tonie jest wieszać psy na absolwentach. Nic nie wiedzą, nic ich nie interesuje, ręce owszem mają, ale nie do pracy, tylko klepania w smartfony, a jeśli chodzi o przyszłość, to chcieliby dużo małym kosztem. Jeden z pracodawców ogłosił nawet ostatnio, że młodych do pracy nie przyjmuje, bo się nie nadają.

Mają pracodawcy sporo racji, bo o marnej jakości studiów nie trzeba nikogo przekonywać, a o tym, że wcale nie jest pożądane, by połowa ludności legitymowała się nic nieznaczącym dyplomem uniwersyteckim, przypominać też wypada. Ale, jak to z tłumem, żadnych niuansów ani odstępstw, głos jasny i wyraźny. Zbyt wyraźny.

Czy aby na pewno absolwenci są do niczego? Czy wszyscy? Czy rzeczywiście tylko inżynierów Polsce potrzeba? Czy specjalista od badań rynkowych, student tak poniewieranej, nikomu niepotrzebnej socjologii, naprawdę w gospodarce się nie odnajduje? Czy wszyscy powinni studiować budowę dróg, mostów i informatykę? To może herezja, ale nie kwestia jakości studentów jest najważniejsza, ale ilości. Rynek nie potrzebuje tylu magistrów. Możemy się oczywiście przekonywać, że i z tego, iż sprzedawca w supermarkecie ma dyplom studiów wyższych, są korzyści, ale czy naprawdę na tym państwu zależy?

W sprawie absolwentów krąży jedna jeszcze ciekawa opinia. Że to studia mają nauczyć ludzi pracować. Ciekawe to zestawienie frazeologiczne, sugeruje, że uczelnie są nie od zdobywania wiedzy, ale od wysyłania do pracy. Bo przecież tylko w jeden sposób można nauczyć się pracować – pracując. Teoria teorią, ale póki absolwent nie wejdzie do firmy, jego pojęcie o rzeczywistości będzie mgliste. Pewnie taniej by było, gdyby posiadł piętnastoletnie doświadczenie zawodowe, ale naprawdę nie ono jest najważniejsze, by zmieniać świat. Historia zna inne przypadki. Pamiętają państwo źle wykształcone społeczeństwo, niemające pojęcia o ekonomii, wydajności i finansach? To ono po 1989 roku zbudowało liberalną gospodarkę.