Niewielu z nas zapewne wie, iż zużycie tradycyjnych nośników energii (ropa, gaz) czy różnych metali, a z drugiej strony produkcja śmieci (np. plastikowych opakowań) czy emisja gazów cieplarnianych na głowę mieszkańca jest w krajach rozwiniętych (USA, państwa Europy Zach., Japonia, Australia) wyższa niż w krajach rozwijających się przeszło... 30 razy! Innymi słowy, około miliarda mieszkańców bogatych krajów zużywa w przeliczeniu na głowę przeszło 30 razy więcej bogactw ziemi niż 6 miliardów mieszkańców pozostałych krajów. Albo jeszcze inaczej – nieliczni bogaci niszczą naturalne środowisko globu pięciokrotnie bardziej niż liczni biedni!

W świetle tych danych może jednak mniej powinniśmy martwić się rosnącą populacją krajów biednych, a bardziej pomyśleć o ograniczeniu rozbuchanej konsumpcji w świecie bogatych? W końcu w porównaniu z 30-milionową ludnością Kenii tylko dziesięciokrotnie większa populacja Stanów Zjednoczonych zużywa aż 300 razy więcej naturalnych bogactw globu! Do niedawna nikt w krajach ubogich z tego powodu nie protestował. Dzisiaj kształtowana przez wszechobecny przekaz medialny świadomość sytuacji staje się wspólnym mianownikiem wielu działań politycznych i społecznego niezadowolenia. A rosnąca niechęć do bogatych, przeradzająca się w skrajnych przypadkach w nienawiść, sprzyja groźnym dla światowego ładu działaniom ekstremalnym. Naiwna wydaje się wiara, że uda się stale łagodzić narastające konflikty bez odniesienia się do tej drastycznej nierówności konsumpcyjnej.

Problem jawi się jako kolosalny. Prosty rachunek wskazuje bowiem, że postępujący wzrost poziomu konsumpcji we wszystkich krajach biednych, pozostając nawet daleki od standardów w krajach bogatych, spowodowałby zużycie zasobów ziemi uniemożliwiające jakikolwiek trwały rozwój. Jesteśmy przecież skłonni zgodzić się, że będziemy w stanie zaspokajać energetyczne i żywnościowe potrzeby przewidywanej na połowę bieżącego wieku 9-miliardowej ludności globu. Ale jak wyobrazić sobie sytuację świata, jeśli wyrównywanie konsumpcyjnych aspiracji w skali całego globu spowodowałoby konieczność zużywania trzykrotnie bądź nawet pięciokrotnie większych zasobów? Czyli, mówiąc obrazowo, zaspokajania potrzeb porównawczej 30- bądź 50-miliardowej populacji świata! Przykład Chin wskazuje jednoznacznie, że aspiracje krajów uboższych będą w tym zakresie szybko rosły.

Jako jedyne wyjście jawi się więc, odważmy się to dobitnie powiedzieć, redukcja konsumpcyjnej niefrasobliwości ludności krajów bogatych. Nawet niewielkie ograniczenie apetytów miałoby statystycznie wielkie znaczenie, modyfikując w dodatku fatalny wzorzec zachowań, za którym tak chętnie podążają kraje na dorobku. Tylko jak to osiągnąć? Po pierwsze uświadamiając sobie, że obecna rozrzutność jest zaprzeczeniem idei trwałego rozwoju i jako taka i tak niebawem dojdzie do ściany. Po drugie zauważając, że jakość naszego życia tylko pozornie związana jest ściśle z dominującym dzisiaj modelem konsumpcji. Przykładowo zużycie ropy na głowę mieszkańca jest w USA prawie dwukrotnie wyższe niż w krajach Europy Zachodniej, a poziom życia mierzony śmiertelnością niemowląt, dostępem do opieki medycznej, długością urlopów czy średnią długością życia jest za oceanem istotnie niższy. Bardzo dalekie od optymalnych, tj. zrównoważonych i zapewniających dalekosiężne korzyści, są takie sektory światowej gospodarki jak energetyka (niewykorzystany potencjał źródeł odnawialnych i energetyki rozproszonej, braki połączeń i straty na przesyłach), transport (słabość komunikacji publicznej, zatory w ruchu drogowym), budownictwo (złe termiczne charakterystyki budynków), leśnictwo czy rybołówstwo (rabunkowa eksploatacja). Nie sprzyjają ograniczaniu marnotrawstwa tradycyjne systemy edukacji i niedostateczne zachęty dla energo- i materiałooszczędnych innowacji. Przy wszystkich licznych strategicznych znakach zapytania naprawdę wiele rzeczy można – i trzeba – zacząć realizować od zaraz!