Magdalena Birecka: W środę idziecie państwo do Sejmu z wnioskiem o referendum ws. sześciolatków. Będzie spotkanie z marszałek Ewą Kopacz? A może z premierem?

Tomasz Elbanowski, stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców: Delegacja rodziców ma się spotkać z panią marszałek Kopacz.

Zabieracie sobą wszystkie podpisy? To już ponad 930 tysięcy...

Do Sejmu idziemy ze wszystkimi podpisami, razem z przedstawicielami różnych miejscowości. Chcemy, żeby było widać, ile tego jest – zbudujemy ścianę z pudeł.

Podpisy wciąż przychodzą?

W poniedziałek przyszły 22 kilogramy poczty a były dni, gdy odbieraliśmy nawet 60 kilogramów listów. Poza tym tylko w poniedziałek dostarczono nam osobiście ponad 17 tysięcy podpisów. Teraz musimy to wszystko doliczyć. Zbliżamy się do miliona.

A czy głosy w Sejmie też liczyliście?

Nie liczyliśmy, ale myślę, że sytuacja jest dynamiczna.

Dynamiczna? A nie jednak przesądzona?

Nie. Rząd upiera się przy tym projekcie od pięciu lat, a my od pięciu lat mówimy co jest w nim nie tak i dlaczego się na niego nie zgadzamy. Gdybyśmy kalkulowali politycznie, to może dalibyśmy sobie spokój od razu. Ale okazało się, że rząd w tym czasie już trzy razy zmieniał zdanie. Ostatnio w kwietniu pani minister się zarzekała, że rok 2014 to termin ostateczny. Okazało się, że premier ma inne zdanie. Również wewnątrz Platformy pojawiają się głosy za referendum w tej sprawie. Dlatego nie kalkulujemy politycznie, robimy swoje.

A gdyby jednak się nie udało, to jaki jest plan B?

Myślę, że wniosek o referendum poparty przez blisko milion obywateli nie może zostać zignorowany przez polityków.

Ale dwa miliony podpisów pod wnioskiem o referendum ws. wieku emerytalnego nie wystarczyło.

To był inny moment kalendarza politycznego, tuż po wyborach. Teraz jest bliżej do kolejnych. Poza tym temat jest inny. Zła zmiana w oświacie wpływa na to jak rozwijają się nasze dzieci, jak się czują, wpływa też na codzienną organizację życia milionów rodzin. Problemów z reformą nie da się zamieść pod dywan.

Musicie jednak brać pod uwagę, że będzie polityczny opór. Co wtedy? Jaki może być wasz kolejny ruch?

Trudno o narzędzie mocniejsze niż wniosek o referendum. Jego złożenie w sejmie jest właśnie naszym następnym krokiem. Proszę mi wierzyć: ta reforma nie wejdzie w życie. Tu nie chodzi już nawet o opór rodziców, nauczycieli i psychologów. Infrastruktura szkolna tego nie uniesie. Już teraz warunki w polskich szkołach chwilami przypominają kraje trzeciego świata. W Koduniu malutkie dzieci jeżdżą do szkoły z więźniami, a wójt mówi rodzicom, że to bardzo dobre i tanie rozwiązanie. Podobnie kuriozalne sytuacje są raczej normą niż marginesem. Dlatego zbieramy takie relacje w raportach o stanie edukacji i przedstawiamy je ministerstwu, premierowi i innym instytucjom, również międzynarodowym. Nie wierzę, żeby politycy mogli lekceważyć bez końca rzeczywistość.

Tym bardziej, że za rok wybory...

Nasza akcja nie jest w żaden sposób związana z polityką partyjną i łączy rodziców o różnych sympatiach, również tych, którzy głosowali na partie rządzące. Politycy muszą potraktować nasz głos poważnie, jeśli nie z przyzwoitości to choćby z kalkulacji politycznej.

A co musiałby się stać, żebyście dopuścili ideę obniżenia wieku szkolnego? Czy istnieje jakiś poziom przygotowania szkół, po osiągnięciu którego zmienilibyście zdanie?

Sześciolatki w Polsce mają obowiązek edukacji już od wielu lat. Nam zależy przede wszystkim na tym, żeby ta edukacja była dobrej jakości. Nasza akcja jest m.in. obroną zerówek przedszkolnych. Edukacja przedszkolna w Polsce wciąż jest prowadzona na najwyższym światowym poziomie. Dzieci wychodzą z przedszkoli doskonale wyedukowane i mają tam najlepszą opiekę. I dlatego sposób zaplanowania tej reformy – bez standardów i bez pieniędzy – jest dla nas absolutnie nie do przyjęcia. Poza tym nie ma sensu mówienie o jakichś abstrakcyjnych projektach obniżenia wieku szkolnego, mówimy przecież o konkretnym projekcie, wdrażanym na siłę, wbrew obywatelom, których dotyczy.

A gdyby się pojawił nowy projekt, który zakładałby inną ścieżkę obniżania wieku szkolnego?

 Jeśli chcemy objąć dzieci młodsze wysokiej jakości edukacją - inwestujmy w przedszkola. Nauczyciele przedszkolni są jedną z najlepiej wykształconych grup nauczycieli w Polsce. Programy edukacji przedszkolnej przed reformą były doskonałe. Dwa lata temu złożyliśmy w sejmie obywatelski projekt ustawy, w którym znalazł się zapis o subwencji oświatowej na przedszkola. Chodzi o to, żeby państwo wzięło na siebie odpowiedzialność finansową za przedszkola, a nie zostawiało wszystkiego na głowie samorządów.

A rozmowa o przeformułowaniu systemu wczesnej edukacji jest w ogóle możliwa?

Po co psuć coś co dobrze działało. Prawdziwym motywem reformy obniżenia wieku szkolnego nie jest poprawa jakości edukacji ale oszczędności.

Katarzyna Hall, była minister edukacji, która tę reformę wprowadzała, powiedziała mi ostatnio, że kampania medialna przeciwko wysyłaniu sześciolatków do pierwszej klasy sprawiła, że małe dzieci boją się iść do szkoły. 

Pani minister zachowuje się jak człowiek, który ma pretensję do meteorologów, że jest brzydka pogoda. My tylko nazywamy problemy, które Katarzyna Hall stworzyła. Jako minister zniosła np. obowiązkową diagnozę gotowości szkolnej. Teraz borykamy się ze skutkami tej decyzji. Wiele sześciolatków zostało posłanych do szkoły pod wpływem rządowej propagandy, bez względu na indywidualne uwarunkowania. A tymczasem pojęcie gotowości szkolnej zostało wypracowane naukowo, opisane i jest diagnozowane w poradniach psychologiczno-pedagogicznych. Pozwala określić, czy dziecko emocjonalnie jest gotowe na uczestnictwo w edukacji szkolnej, czy jest już w stanie rozróżniać dźwięki, które każe mu zapisywać nauczyciel, czy ma nadgarstek wykształcony na tyle by uczyć się pisania. To wszystko dotąd funkcjonowało, tymczasem zmiany wprowadzone przez panią minister Hall oznaczają cofnięcie się o parę dekad. Zniesienie obowiązkowej diagnozy gotowości szkolnej sprawiło, że wiele dzieci poniosło porażki edukacyjne, a dodatkowym okrucieństwem jest fakt, że przepisy nie pozwalają w takiej sytuacji na cofnięcie się dziecka do grupy rówieśniczej. Te dzieci przeżywają swoje małe dramaty, bo sobie nie radzą. To tak, jakby dziecko półroczne uczyć chodzić. W niektórych przypadkach falstarty szkolne kończą się nerwicami. Mówię o konkretnych dzieciach, którym pomagaliśmy. Z jednym przypadkiem zgłosiliśmy się również do pani minister Hall – dziewczynka z Częstochowy, będąca w drugiej klasie, miała stwierdzony zespół Aspergera i nie umiała czytać. Szkoła się uparła, że nie cofnie jej do pierwszej klasy.

I jak ta sytuacja się skończyła?

Pani minister obiecała, że tym zainteresuje. Nic mi nie wiadomo o tym, by podjęła jakąś interwencję. Szkoła uległa dopiero po interwencji dziennikarzy.

A jak oceniacie państwo współpracę z minister Krystyną Szumilas?

Bardzo źle.

Ale jakiś kontakt jest? Wymiana argumentów, dyskusja?

Nie ma. Nie chcę używać mocnych słów, ale przez pierwsze miesiące pani minister nie wydawała się gotowa do uczestniczenia w życiu publicznym: nie rozmawiała ani z nami, ani z dziennikarzami. Przez te trzy miesiące wysyłaliśmy maile, dzwoniliśmy do sekretariatu pani minister codziennie, zawsze z prośbą o spotkanie. Początkowo usłyszeliśmy obietnicę spotkania ale do dziś nie doszło do skutku. Pani minister nie chce słyszeć trudnych pytań o sześciolatki i reformę.

Ale np. Instytut Badań Edukacyjnych, jednostka podległa MEN, przekonuje, powołując się na badanie trzecioklasistów, że dzieci, które poszły do szkoły w wieku sześciu lat, nie odbiegają od średniej właściwej starszym kolegom.

Tak jak pani mówi IBE podlega ministerstwu a jego szefem, kreującym się na niezależnego naukowca, jest Jacek Federowicz, były członek gabinetu politycznego Katarzyny Hall. Minister Szumilas, powołując się na badania IBE twierdzi, że młodsze dzieci lepiej niż ich starsi koledzy radzą sobie z nauką tych samych rzeczy. To sprzeczne z logiką i stanem wiedzy nauk pedagogicznych stanowisko, każe podchodzić do podobnych badań z dużą rezerwą.

Wciąż czekamy także na raport Najwyższej Izby Kontroli na temat stanu przygotowań szkół. Ma być gotowy jesienią.

Kilka miesięcy temu w czasie panelu w NIK słyszałem wstępne wyniki badań. Na przyjęcie sześciolatków jest gotowa mniej niż co piąta badana szkoła. W dniu nagłośnienia wstępnych wyników raportu przez „Rzeczpospolitą” NIK zamieściła na swojej stronie oświadczenie, że część szkół nie jest jeszcze gotowa, ale będzie gotowa na czas. To kuriozalne wystąpienie, bo NIK nie jest wróżką od przewidywania przyszłości tylko instytucją, która ma opisywać rzeczywistość. Oświadczenie wygląda na efekt politycznych nacisków na Izbę.

>>> Katarzyna Hall w dziennik.pl: Przez kampanie medialne dzieci boją się szkoły >>>