I to nie kibolom czy lumpen klasie średniej, tylko politykom głównego nurtu i poważnym gazetom. Gdy w Holandii bezrobocie rośnie z 3 proc. do niemal 7 proc., Geert Wilders przestaje być niszowym wariatem opowiadającym bajki o zapijaczonych Polaczkach. Takie argumenty z chęcią podchwyci polityk uznający się za orędownika postępu. Choćby Lodewijk Asscher, wicepremier, minister pracy i polityki społecznej, socjaldemokrata. W Wielkiej Brytanii, gdy pojawia się zjawisko wyzerowanych (Brytyjczyków pracujących na zasadach, które u nas są określane mianem umów śmieciowych), to nie tabloidy włączają się w spory o zatrudnianie Polaków w Tesco czy Next. Wyręczają ich politycy lewicowej Partii Pracy i liberalny "Guardian".

Te same osoby, które jednego dnia bronią praw mniejszości seksualnych i walczą o lepszy byt niedźwiedzi polarnych czy bezdomnych psów, drugiego bez problemu dają do zrozumienia, że pracownik z Europy Środkowej to balast, który nie daje zarobić "naszym".

W biedniejącej Europie mamy do czynienia z ultraciekawym zjawiskiem: w rolę potępianych, brunatnych radykałów wcielają się postępowcy z wielokolorową flagą. Z polskiego punktu widzenia to zjawisko niebezpieczne. Niechęć do pracowników z Europy Środkowej wychodzi z niszy. Nie jest już tylko domeną pism bulwarowych. Szybko zyskuje wpływowych sojuszników na stanowiskach rządowych.

O ile droga do zamknięcia rynków pracy jest daleka (wymagałaby albo złamania, albo zmiany prawa europejskiego, do tego pracodawcy na razie w Polaków nie zwątpili), o tyle należy to zjawisko szczegółowo obserwować. Mamy ponad dwa miliony "wyjechanych" (nie "wyzerowanych") Polaków, z czego ponad połowa pracuje. Ciężko pracuje. I transferuje do Polski około 4 mld euro rocznie (ponad 17 mld zł). To grupa, która nie siedzi na garnuszku państwa. Jest mobilna i odporna na niedogodności. Pomysły ograniczania możliwości pracy Polakom za granicą i akty agresji wobec nich powinny być szczególnie uważnie analizowane przez nasz rząd. A "wyjechani" powinni być grupą, której należy się wsparcie.