Pierwszy raz zrobił to, więżąc byłą premier Julię Tymoszenko (reguła: walczymy brudnymi metodami, ale nie wsadzamy się za kraty). Drugi – rozpędzając siłą demonstrantów w centrum Kijowa (reguła: każdy ma swoich siłowików, ale nie daje rozkazu do pałowania i/lub strzelania). Trzeci raz to nowelizacja kodeksu karnego, w myśl której np. okupowanie budynków rządowych jest nielegalne, a masowe naruszenie porządku publicznego zagrożone karą 15 lat więzienia (reguła: nihilizm prawny ma swoją granicę, są nią standardy białoruskie, których nie przekraczamy). Przed zaplanowanymi na 2015 r. wyborami Janukowycz pójdzie dużo dalej. Spróbuje wyeliminować z rywalizacji liderów opozycji: Witalija Kliczkę, Arsenija Jaceniuka i Ołeha Tiahnyboka. Może zmieni zasady wyboru głowy państwa (przez parlament, nie w powszechnych wyborach).

Idzie na całość. Wie, że jeśli straci władzę, jego przeciwnicy nie będą mieli dla niego tyle litości, ile po pomarańczowej rewolucji. Wówczas oskarżany o podrasowanie wyniku wyborczego Janukowycz mógł liczyć na politykę grubej kreski. Wrócił do polityki i w 2010 r. uczciwie wygrał wybory. Miał szansę na nowe otwarcie, którą zmarnował.

Wraz z postępami w budowaniu własnego klanu oligarchicznego (Rodziny) poczuł się zbyt pewnie. Jest jednak mało prawdopodobne, by współrządzący Ukrainą oligarchowie pozwolili mu zostać kieszonkowym Putinem. Co oznacza, że wybory w 2015 r. będą walką na śmierć i życie. Janukowycz jest zbyt silny, by iść na kompromis ze swoimi rywalami. I zbyt słaby, by domknąć system na wzór Putina.