Macierewicz atakuje NATO – to jeden z tytułów prasowych, jaki można było przeczytać w sobotę w Polsce. Jeszcze w piątek o nocnych działaniach szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego i dyrektora gabinetu politycznego ministra obrony Antoniego Macierewicza donosiły m.in. agencja Bloomberg czy "Financial Times".

Spróbujmy odtworzyć, co się stało. W nocy z czwartku na piątek (ok. 01.30) urzędnicy MON chcą wejść do pomieszczeń zajmowanych przez tworzone przy udziale Służby Kontrwywiadu Wojskowego centrum eksperckie NATO. Kierownik tej placówki (w randze pułkownika) został odwołany tydzień wcześniej, ale najwyraźniej swojego odwołania nie uznaje. Wszczęto też wobec niego procedurę sprawdzającą, czy może mieć dalej dostęp do informacji tajnych. Kierownik protestuje, urzędnicy wprowadzają jego następcę (innego pułkownika, który ma pełnić obowiązki). Na miejscu jest Żandarmeria Wojskowa, pomieszczenia zaplombowane pozostają zamknięte.

W tym kontekście warto przypomnieć kilka faktów. Po pierwsze, placówka, która jest dopiero tworzona (!) nie jest żadnym "centrum kontrwywiadu NATO", gdzie ma się śledzić rosyjskich szpiegów. Jest centrum doskonalenia, szkolenia itd. Ta instytucja nie jest jeszcze akredytowana przy Sojuszu, a podobnych zajmujących się m.in. kooperacją cywilów i wojska czy misjami stabilizacyjnymi jest w NATO 23. W tym jedna w Bydgoszczy. One mają usprawnić działanie Sojuszu. Nikt ze strony Paktu oficjalnie nie stwierdził, że janczarzy Macierewicza dokonali najazdu.

Po drugie, o tym, że placówka w Krakowie ma być złotym spadochronem dla jej szefostwa, mówi się od jakiegoś czasu. Pisał o tym m.in. portal Kulisy24.com, a potwierdzają nasi rozmówcy. Wiadomo było, że w służbach idzie miotła, a kierownictwo centrum eksperckiego oraz krewni i znajomi królika chcieli jej uniknąć.

Po trzecie, zgodnie z art. 3 ustawy o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego, szef SKW podlega Ministrowi Obrony Narodowej, z zastrzeżeniem określonych w ustawie uprawnień Prezesa Rady Ministrów lub Ministra Koordynatora Służb Specjalnych, w przypadku jego powołania. W czasie interwencji pułkownik SKW wezwał policję. Szkoda, że nie zadzwonił po straż miejską. Pułkownik Dusza jest żołnierzem i choć może się nie zgadzać z decyzjami przełożonych, to jednak podlega ministrowi obrony rządu wybranego w demokratycznych wyborach.

Wreszcie nie sposób pisząc o tej sprawie nie wspomnieć o godzinie akcji. Pierwsza trzydzieści to stosunkowo późna (albo jak kto woli – wczesna) pora. W telewizji lecą już same powtórki, a jedne z nielicznych czynnych przybytków to stacje benzynowe. I właśnie wtedy urzędnicy MON zapragnęli dokonać zmian. Tłumaczenia, że w wojsku takie decyzje wykonuje się natychmiast, są mydleniem oczu. Czy coś by się stało, gdyby ludzie Macierewicza weszli tam o dziewiątej rano? Na pewno cała sprawa odbiłaby się dużo, dużo mniejszym echem. Jeśli faktycznie zmiany były przygotowane od tygodnia, to trudno uznać, że pora była przypadkowa.

Wydaje się, że z naturalnego ruchu kadrowego nowe kierownictwo MON postanowiło zrobić wielki, bardzo głośny spektakl, w którym ochoczo wzięli udział politycy opozycji (m.in. były minister obrony Tomasz Siemoniak). W ten sposób obie strony politycznego sporu mogą zacierać ręce – polaryzacja dalej postępuje. Jedni powiedzą: ach, ten Macierewicz - nasz obrońca zasad, nawet nocą walczy z wrogami ojczyzny. Drudzy powiedzą: ojoj, ten Macierewicz, znowu robi nocny zamach stanu. Wszyscy zaangażowani w spór zyskują. Traci za to wizerunek Polski w kwestii lubiącej ciszę, czyli obronności. Bo choć nic się nie stało, a działania MON wydają się uprawnione, to niesmak pozostał.