Jeśli ktoś myślał, że postkomunizm mamy za sobą, to się myli. Dopiero trzeba go pokonać. Trawestując jednego z bohaterów „Pulp Fiction”: postkomunizm wraca w wielkim stylu. Przynajmniej takie wrażenie można odnieść, słuchając polityków PiS. Jarosław Kaczyński, przemawiając na zjeździe klubów „Gazety Polskiej”, mówił o tym, że należy go odrzucić. – Ten system właśnie się broni. Broni się dlatego, że ma swoich wewnętrznych i zewnętrznych profitentów, którzy bronią go we własnym interesie. Broni się również dlatego, że ma możliwości manipulacji – oświadczył lider PiS i zaznaczył, że na tle innych krajów postkomunistycznych jesteśmy w dobrej sytuacji. Z wywodu Jarosława Kaczyńskiego wynika, że rozszerza pojęcie postkomunizmu praktycznie na całą III RP. W podobny sposób mówi na ten temat wicepremier Piotr Gliński. – Obóz III RP, koalicja środowisk wyrosłych z komunizmu, stworzył majątki i kariery osobiste przez m.in. uwłaszczenia nomenklatury i dziedzicznie tych majtków – mówił w „Kropce nad i” w TVN 24. To pozwala objąć takim terminem już nie tylko partie wywodzące się z PRL, ale także w zasadzie większość opozycji, która sprzeciwia się rządom PiS. – W sposób symboliczny określam polską opozycję jako coś takiego, co można kojarzyć z obozem postkomunistycznym, bo to albo instytucje czy osoby wywodzące się z tamtych środowisk, elit postkomunizmu, albo osoby, które wspierają swoim działaniem interesy tego, co się nazywa Polską postkomunistyczną. I mentalnie, i genetycznie stąd się wywodzą – podkreślał wicepremier Gliński. Czyli nie trzeba być faktycznie beneficjentem przemian wywodzącym się z poprzedniego systemu, można się po prostu na ten epitet załapać.

W ten sposób postkomunistą może być wywodzący się z autentycznie postkomunistycznej formacji Włodzimierz Czarzasty, ale też ekonomista Ryszard Petru związany przez sporą część swojej kariery z Leszkiem Balcerowiczem czy Grzegorz Schetyna, lider PO, a przed 1989 r. działacz Solidarności Walczącej i Niezależnego Zrzeszenia Studentów. – Schetyna umożliwił trwanie układów, które powstały na bazie uwłaszczenia nomenklatury w Polsce. Przez osiem lat rządził Schetyna i nie zauważyłem, by był zaangażowany w rozbijanie interesów, które wywodzą się z postkomunizmu – mówił wicepremier Gliński.

Jak widać, nowa doktryna jest bardzo elastyczna i przewiduje, że aby zostać zaliczonym do postkomunistów, nie trzeba do tej formacji należeć, wystarczy w oczach polityków PiS być winnym grzechu zaniechania walki z postkomunizmem.

Jarosław Kaczyński stosuje schematy, które wymyślił na początku lat 90., gdy one znacznie bardziej odpowiadały rzeczywistości. W tym sensie można uznać pewną konsekwencję. Mówi to samo, co mówił 25 lat temu, ale przez te 25 lat Polska się zmieniła, i to nie jest tak, że ci, którzy są wrogami PiS, są postkomunistami. Tam oczywiście też są postkomuniści. Włodzimierz Czarzasty był na ostatnim marszu KOD. Ale mówienie, że to postkomuniści, to nieporozumienie – uważa politolog prof. Antoni Dudek.

Wszystko wskazuje, że PiS chce dodać jeszcze jedno znaczenie do słowa postkomunizm. A tych znaczeń i tak już dziś jest sporo. Politolog Rafał Matyja wskazuje trzy. Pierwsze to kwestia tożsamości i odwoływania się do przeszłości wynikającej z PRL. Drugie to formalne czy nieformalne układy, często gospodarcze, między ludźmi, których korzenie tkwiły w PRL, a które dawały konkretne korzyści i silną pozycję materialną czy udział we władzy w niepodległej Polsce. Wreszcie to nazwa epoki w historii politycznej państwa, które przestało być PRL, czy szerzej państwem należącym do bloku sowieckiego, a nie stało się jeszcze Zachodem.

Czy postkomunizm właściwie istnieje

Czy widmo postkomunizmu rzeczywiście krąży? Osoby, z którymi rozmawialiśmy, są wobec tej teorii sceptyczne. – Postkomunizm to m.in. złe mechanizmy prywatyzacji, niskie wyceny, pojawienie się ludzi bardzo bogatych, którzy mieli wcześniej powiązania ze służbami. To kwestie, które opisywałam jako kapitalizm polityczny jeszcze w latach 90. Tyle że Polska jest mniej skażona tym zjawiskiem niż Rosja, gdzie była pełna oligarchizacja. Postkomunizm, jako okres przejściowy przed dojściem do fundamentów wolności, rządów prawa i zachodniej cywilizacji, się kurczy. Ale niestety wracamy do mentalności łączącej wschodniość i zachodniość. To pewnego typu mentalność, która w Rosji występowała jeszcze przed komunizmem, a została przez niego przejęta, i którą właśnie określam mianem bolszewizmu – podkreśla prof. Jadwiga Staniszkis, która opisywała zjawisko postkomunizmu.

Zdaniem Antoniego Dudka, choć postkomunizm był faktycznie silny w Polsce ponad dekadę temu, dziś mamy jego resztki. – Postkomunizm to nie tylko formacja, ale również pozostałości starego reżimu i one nadal są w Polsce obecne w różnych obszarach życia – mówi politolog. Wskazuje, że chodzi o takie kwestie jak nazewnictwo ulic, ale też bardzo silny egalitaryzm przejawiający się w niechęci do płacenia osobom pełniącym funkcje publiczne godziwych uposażeń. – Mamy pozostałości po postkomunizmie w różnych obszarach życia. Ja najsilniej widzę je w mentalności Polaków, choć są też w sferze instytucjonalnej. Kiedyś była rzecznik praw obywatelskich Irena Lipowicz zwróciła uwagę, że struktura aparatu rządowego w Polsce jest tą wypracowaną w PRL i mimo różnych zmian rządowego centrum nie udało się tego zmienić. Przykład to dominująca rola ministra finansów albo to, że szefem resortu zdrowia niemal przez cały czas jest lekarz, choć powinien to być wybitny menedżer, bo służba zdrowia ma problemy z zarządzaniem, wobec czego wiedza lekarska ministra jest kompletnie wtórna – podkreśla Antoni Dudek.

Przy okazji wskazuje: sama biologia powoduje, że postkomunizm jako formacja jest zjawiskiem, które musi odchodzić w przeszłość. – Są różne układy i układziki, które się wywodzą z tamtej epoki, ale myślę, że mówienie o postkomunizmie jest diagnozą coraz mniej aktualną. Aczkolwiek wymyślono na to receptę. W postaci resortowych dzieci – podkreśla Antoni Dudek.

Także zdaniem politologa dr. hab. Rafała Chwedoruka trudno dziś mówić o postkomunizmie jako istotnym zjawisku. – Bo kim jest były esbek, który jest dyrektorem osiedlowego parkingu (co podobno jest częstym przypadkiem), na tle dyrektora międzynarodowego banku z budżetem porównywalnym z budżetem wielu państw. Te struktury przestały istnieć. Czym są biura turystyczne powiązane ze Zrzeszeniem Studentów Polskich na zderegulowanym rynku usług turystycznych? W sytuacji przejęcia 60 proc. sektora bankowego w Polsce jakiś bank o nomenklaturowym rodowodzie jest podrzędnym graczem – zauważa Chwedoruk. Dodaje, że dowodem na zmierzch tego zjawiska jest brak istotnych rosyjskich graczy w polskiej gospodarce. Rosjanie grają dużą rolę w handlu surowcami. Ale to rola zewnętrzna, bo trudno uznać za liczącą się obecność stacji koncernu Łukoil.

Jak się narodził i kiedy

Początków postkomunizmu można szukać jeszcze w połowie lat 80. Może nawet w czasach Jurija Andropowa, gdy na Kremlu zaczęło się rodzić przekonanie, że system sowiecki trzeba będzie gruntownie zmienić, ale tak by sowieckie elity nie utraciły władzy. Podobny scenariusz miał być rozegrany w krajach satelickich. Władcy Kremla chcieli przeprowadzić operację, która udała się potem w Chinach – rozszczelnić system i poprawić sytuację gospodarczą, ale nie utracić władzy. Ta idea padła na podatny grunt w Polsce. Powód był prosty. – W Polsce komunizm przeżywał stan zagrożenia opozycją i upadkiem od 1980 r., podczas gdy w tym czasie np. czescy komuniści słodko spali. To oznaczało uruchomienie lepszych procesów selekcji, na których wypłynęły takie polityczne talenty jak Leszek Miller czy Aleksander Kwaśniewski. W porównaniu z przeciętnym aparatczykiem z lat 80. to wybitne postacie i np. w Czechach nikogo takiego nie było, bo Husak rządził tam do końca – zauważa politolog Rafał Matyja. Jak dodaje, do tego dochodziły jeszcze dwa zjawiska: na skutek konfrontacji z Solidarnością gwałtownie rozbudowywano wojsko, milicję i służbę bezpieczeństwa z jej armią tajnych współpracowników. Gromadzono wiedzę o przeciwnikach politycznych, którą można było wykorzystać potem do bieżących rozgrywek. Z kolei znaczna część ludzi obozu władzy, często powiązana ze służbami specjalnymi, zaczęła być aktywna w biznesie. Zjawisko nabrało rozpędu po dojściu do władzy Mieczysława Rakowskiego, a zwłaszcza po przyjęciu ustawy Wilczka. W 1989 r. okazało się, że scenariusz powolnego dopuszczania opozycji do władzy nie wypalił. Powstał rząd Tadeusza Mazowieckiego. Zaczęły się przemiany. Ludzie powiązani z obozem władzy mieli sporą przewagę na starcie. Opozycji – i w biznesie, i w polityce – brakowało majątku i wiedzy, przy tym często skupiała się na rzeczach trzeciorzędnych.

Ludzie dawnego systemu znali się na sprawowaniu władzy. To nie jest wyrafinowana umiejętność, ale można sobie wyobrazić różnicę między kimś, kto 30 lat bawi się w rządzenie ludźmi i wie, jak organizować zasoby często już nawet intuicyjnie, a kimś, kto przez 20 czy 30 lat w opozycji pisze gazetki. Przewaga była ogromna i trudna do wyrównania. Symboliczne było to, że dla większości struktur prawicowych posiadanie faksu i kserokopiarki to były wielkie zdobycze, a SLD miał lokale w całej Polsce. W większości miast wojewódzkich przejmowano majątek, zakładano spółki. Postkomuniści mieli przewagę w zasobach materialnych – podkreśla Rafał Matyja. W ten sposób rodził się system przejściowy między tym, co było przed 1989 r., a Zachodem, do którego zmierzała Polska, system, którego beneficjentami w dużej mierze byli właśnie postkomuniści.

Postkomunizm, łącznie z takimi zjawiskami jak kapitalizm polityczny, był zgniłą formą, ale jednocześnie zapobiegł rozlewowi krwi, bo nomenklatura zyskała interes w zmianie. To oszczędziło drastycznych wydarzeń. Wydawało się, że on się skończy wejściem w kapitalizm, który osłabi te procesy, a wejście do Unii to ułatwi. Ludzie chcieli tego, by osłabić arbitralność władzy – zauważa Jadwiga Staniszkis.

Ale na początku lat 90. siła polityczna i gospodarcza obozu postkomunistycznego rosła. Ułatwiły to waśnie w obozie solidarnościowym, czego efektem było „zgilotynowanie” w wyborach 1993 r. partii centroprawicy. – Apogeum tych wpływów było w okresie rządów SLD i prezydenta Kwaśniewskiego, czyli w latach 1993–2005. Oczywiście był rząd Buzka, ale on był blokowany przez Kwaśniewskiego, o czym świadczy fakt, że na 28 prezydenckich wet udało się obalić tylko jedno w sprawie powołania IPN (dzięki PSL). To pokazuje siłę tego układu – podkreśla prof. Antoni Dudek.

Znamienne, że SLD miał swój udział w dwóch historycznych decyzjach: o wejściu do NATO i do Unii Europejskiej. Choć w sukcesie formacji postkomunistycznej tkwiły zalążki klęski. Nasi rozmówcy są na ogół zgodni, że początkiem końca formacji postkomunistycznej była afera Rywina.

Wówczas pękł pewien sposób robienia interesów, załatwiania spraw. Konsekwencją była porażka – zauważa Rafał Matyja. Brak skruchy i butne podejście do afer takich jak Rywina, orlenowska czy starachowicka i szorstka przyjaźń liderów postkomunistycznej lewicy uruchomiły proces rozpadu SLD. Upadek formacji zbiegł się także ze zmniejszeniem gospodarczej roli postkomunistycznych struktur. – Postkomunizm odegrał rolę jako pośrednik i dystrybutor aktywów, które w ramach globalizacji weszły w krąg międzynarodowego rynku – podkreśla Rafał Chwedoruk.

Ale to właśnie międzynarodowe rynki powodowały, że znaczenie postkomunizmu malało. Prywatyzacja sprawiała, że ośrodki dyspozycyjne wielu firm przenosiły się za granicę. Z kolei wyhamowanie prywatyzacji przez PiS, a potem – po chwilowym ożywieniu – także przez PO spowodowało wzrost roli państwowych firm, którymi steruje rząd. – Odwołanie się w kampanii 2010 r. i przez Donalda Tuska, i przez Jarosława Kaczyńskiego do postaci Edwarda Gierka było pogrzebem postkomunizmu. Można trawestować słynną kwestię Joanny Szczepkowskiej, że wówczas skończył się w Polsce postkomunizm – zauważa Rafał Chwedoruk.

Postkomunizm w służbie PiS

PiS nie tylko nie zgadza się z tą diagnozą. Ma wręcz przeciwną. Z cytowanych wypowiedzi wynika, że jest on jednym z głównych zagrożeń, z którymi chce walczyć partia. Nasi rozmówcy uważają na ogół, że to głównie kwestia politycznej retoryki. – To słowo kompletnie zmieniło sens. Stało się jedną z politycznych obelg, tak jak słowo lewak, które w nomenklaturze Wojskowej Akademii Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego oznaczało trockistów, anarchistów itd., a dziś jest wytrychem w zasadzie w każdej dyskusji. Podobnie ze słowem postkomunista – podkreśla Rafał Chwedoruk.

Możliwe, że PiS szuka słowa klucza, którym może określić wszystkich swoich przeciwników, a to z jednej strony liberałowie, ale też lewica czy centrum. Trudno wrzucić wszystkich do jednego worka. Ale jeśli przyjąć optykę, że są oni obrońcami III RP i beneficjentami transformacji, a PiS jest adwokatem tych, którzy na przemianach nie skorzystali – taka narracja zyskuje polityczne znaczenie. Nie tyle na poziomie opisu sytuacji, ile w języku walki politycznej. – Dziś gdy Kaczyński mówi o postkomunizmie czy rebelii, stygmatyzuje przeciwników politycznych. Używa języka, który był trafny 25 lat temu, ale coraz mniej rozumie rzeczywistość, która go otacza pod koniec drugiej dekady XXI w. To problem, który będzie narastał – uważa Antoni Dudek.

W samej partii stygmatyzowanie postkomunizmu i wysuwanie go na pierwszy plan może odnieść sukces. – To dostarczenie łatwej tożsamości. Dziś walka z postkomunizmem nie wymaga odwagi czy ryzyka finansowego. Przy okazji jest rekompensatą dla wielu osób, które mogły uczestniczyć w opozycji antykomunistycznej w PRL, a tego nie robiły. To rodzaj antykomunizmu po latach, który jest rekompensatą własnych zaniedbań – podkreśla Rafał Matyja i przypomina, że choć skala jest inna, w Niemczech poważny ruch antyfaszystowski powstał trzydzieści lat po wojnie, a nie zaraz po niej.

Zdaniem Jadwigi Staniszkis może też chodzić o bardziej praktyczne cele. – Mówienie dziś o postkomunizmie to raczej sposób zastraszania np. Zygmunta Solorza, właściciela Polsatu, niż realnego dochodzenia sprawiedliwości. Przy czym te nadużycia były możliwe, bo prawo traktowano jako instrument interesów i władzy. I jeśli tak samo stosuje się prawo dziś, to państwo niszczy się podobnie, choć w innym celu – podkreśla Staniszkis.

Profesor jest krytyczna wobec działań partii Jarosława Kaczyńskiego i jej zdaniem prawdziwe zagrożenie polega na czymś innym, niż głoszą politycy PiS. – Postkomunizm się skurczył, bo zwiększył się obszar quasi-komunizmu. To kwestia mentalności bolszewickiej, o której mówię, czyli marzenia o przekształcaniu samego społeczeństwa przez konflikt, stawianie na wolę przy instrumentalnym stosowaniu prawa. Co było typowe w komunizmie: odrzucanie dzisiejszych empirycznych argumentów w imię przyszłości, która ma się zdarzyć. Stawianie na władzę, a nie państwo, w którym ciągłe reorganizacje i towarzysząca im arbitralność stają się źródłem władzy kosztem przewidywalnego zarządzania. To było głęboko zakorzenione w ideologii komunistycznej, a teraz odradza się tego typu mentalność oparta na koncepcji kontroli, i tego jest więcej niż w ostatnich latach, w okresie postkomunizmu – przestrzega Staniszkis.

Zdaniem najbardziej znanej badaczki tego zjawiska kurs, jaki obrał PiS, może mieć wpływ nie tylko na nas, ale także na sąsiednie kraje. – Wydawało się, że jesteśmy na osi zbliżania się do Zachodu. A okazało się, że proporcje na linii Wschód–Zachód w naszym funkcjonowaniu pokazały część wschodnią. To denerwujące i niepokojące zwłaszcza dla wszystkich krajów naszego regionu, także dla części Rosjan, którzy widzą, że uzachodnienie się nie udaje, że próba skorygowania tych patologii postkomunizmu pcha nas z powrotem w stronę wschodnią. Bo idzie się na skróty drogą wyznaczaną przez bolszewicką mentalność. I to jest błąd. To nas izoluje nawet nie w UE. Wspólnota jest skonsternowana. Natomiast dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej to rzeczywiście szok, że to się mogło w Polsce zdarzyć – podsumowuje Staniszkis.

Postkomunizm, jako okres przejściowy przed dojściem do fundamentów wolności, rządów prawa i zachodniej cywilizacji, się kurczy. Ale niestety wracamy do mentalności łączącej wschodniość i zachodniość. To pewnego typu mentalność, która w Rosji występowała jeszcze przed komunizmem, a została przez niego przejęta, i którą właśnie określam mianem bolszewizmu – podkreśla prof. Jadwiga Staniszkis