Magdalena Rigamonti: Gratulacje.
Marcin Wolski: Raczej wyrazy współczucia.

Jak pan sobie życzy.
Mam do napisania jeszcze kilka powieści, kilka dzieł, a przez to, że zostałem dyrektorem, musiałem to zawiesić na jakiś czas. Sądzę jednak, że ten czas nie jest długi, nie dłuższy niż półtora roku. Zresztą, nie chciałbym, żeby trwało dłużej. I można to przyjąć jako moją deklarację.

Mówi pan tak, jakby tylko pan mógł zostać dyrektorem Dwójki.
Uchowaj Boże, uważam że w życiu nic się nie dzieje przypadkiem, bo okazuje się, że to, że gdzieś kiedyś zdobyłem jakieś umiejętności, może się teraz przydać. Trochę ubódł mnie ostatnio tekst panów Mazurka i Zalewskiego. Panowie dworowali sobie, że w Dwójce zamieniono Chmiela na Wolskiego, czyli człowieka, który znał się na telewizji, na człowieka, który się na telewizji nie zna.

Co pana ubodło, przecież napisali prawdę?
Spędziłem w tej firmie co najmniej 48 lat.

Nigdy na takich wysokich stanowiskach.
Mój Boże, najpierw jako bardzo młody człowiek byłem kierownikiem redakcji audycji rozrywkowych Trójki.

To radio.
Potem szefem Jedynki.

To też radio.
Potem byłem w TVP doradcą prezesa Andrzeja Urbańskiego. Stanąłem też do konkursu na członka poprzedniego zarządu TVP, kiedy prezesem był Janusz Deszczyński. I dobrze wypadłem, tyle że zmieniła się koncepcja i powołano nowego prezesa – Jacka Kurskiego. Wtedy pomyślałem, że będę już tylko widzem telewizyjnym. Ale i to się zmieniło. Pytała mnie pani o doświadczenie – zrobiłem ponad dwa tysiące audycji radiowych i z tysiąc telewizyjnych. Nie ma wiele osób z takimi kwalifikacjami. Byłem na urlopie na Majorce, zadzwonił do mnie prezes Kurski i rzucił propozycję. Niewygodną dla mnie, bo zaczęła mi się rozwijać audycja „W tyle wizji”, z której będę musiał zmniejszyć mój udział. Przyjdą inni, lepsi ode mnie.

Złogi poprzedniego systemu będzie pan wyrzucał?
Już nie bardzo jest kogo wyrzucać. Większość odeszła sama. Jeśli jednak będzie trzeba to zwolnię.

Kraśki i Tadle, jak pan pisał, a których pan nie cierpiał, „odleciały na bardzo długą zimę”.
Trudno było cierpieć, jak się nie było do tej telewizji wpuszczanym przez wiele lat. Całkowita blokada. Byłem przekonany, że pewnie gdybym wpadł pod tramwaj, umarł, to słowem by o mnie nie wspomniano. Być może pani żyje w jakiejś innej rzeczywistości, ale poprzednia epoka, jeśli idzie o wykluczanie inaczej myślących, nie była porównywalna z żadną inną, włącznie z czasami dziadka Gomułki. Czy pani zdaje sobie sprawę, że przez te lata, może ze trzy biblioteki w kraju odważyły się mnie zaprosić?

Może pan ma zbyt wygórowane mniemanie o swojej twórczości.
Nie, nie mam. Ofert było więcej, ale ile razy się jakaś pojawiała, to zaraz zostawała odwoływana bez podania racjonalnych przyczyn. Naprawdę, czułem się Żydem w III Rzeszy.

I teraz się pan mści.
Nie, ale trudno żałować tych, co całe lata korzystali z dobrodziejstw monopolu.

Miał pan przez cały czas autorską audycję w Trójce.
I muszę powiedzieć, że Magda Jethon zachowywała się wobec mnie bardzo przyzwoicie. W Trójce, co prawda po północy, ale miałem swoje miejsce, audycję, do której nikt mi się nie wtrącał.

Teraz do Dwójki nie wpuści pan nikogo, kto myśli inaczej niż pan, niż ludzie PiS?
Każdego wpuszczę. Jak pani pewnie zauważyła, Skiba jest. Prowadziłem też rozmowy z Michałem Ogórkiem, ale jakoś nic z tego nie wyszło.

Jan Pietrzak będzie na pewno.
Nie wiem, czy u mnie. Na pewno coś w telewizji będzie robił.

Może zostanie dyrektorem Jedynki. Pan będzie szefował Dwójce i wszystkim będzie do śmiechu.
On pewnie by już nie chciał. Ma 80 lat. 20 lat temu to byłby świetny pomysł, bo Janek się na tym zna, ma talenty menedżerskie, poza tym kandydował na urząd prezydenta. Na pewno chciałbym zrobić mu wielki jubileusz, taki, jakie kiedyś Nina Terentiew robiła benefisy artystom. Zresztą mnie też zrobiła.

Teraz dzwoniła, mówiła, żeby pan nie roztrwonił tego, co ona stworzyła?
Ona akurat nie dzwoniła. Przed nią Dwójkę tworzyli inni. Przede wszystkim Mariusz Walter.

Jacka Fedorowicza z jego „Dziennikiem Telewizyjnym” też pan wpuści?
Miałbym jedną wątpliwość, optyczną.

Co to znaczy?
Że po prostu, brutalnie powiem, troszeczkę się zestarzał. Źle wygląda, po prostu.

Pan nie ma problemu, żeby się pokazywać, a nie wygląda pan jak latynoski młodzieniec.
I nigdy nie wyglądałem, ale lepiej wyglądam teraz niż kiedyś. Ale nie o mnie tu chodzi.

O pana też. Pan się może pokazywać, przystojniaki takie, jak Ryszard Makowski, Paweł Dłużewski czy Marek Majewski też, a Fedorowicz nie, bo pan ma optyczne zastrzeżenia.
Nie tylko moje. Ludzie mi o tych zastrzeżeniach mówią. Gdybym kierował anteną radiową, nie miałbym żadnych oporów przed zaangażowaniem Fedorowicza, przed zamawianiem u niego tekstów.

Bez cenzury?
Cenzurowane musi być wyłącznie chamstwo.

Kto jak kto, ale Federowicz nie jest chamski. Pan bywa.
Niech mi pani znajdzie tekst, w którym śmiałem się z grobów, ze śmierci.

Pana tekst „Owsiaki i inne glisty ludzkie” był chamski.
Miało być owsiki. Korekta zmieniła.

Sam pan sobie nie wierzy. Do tej pory wisi tekst na stronie internetowej, może niech pan tu zaapeluję o zmianę.
Niech zmienią, oczywiście.

Czyli nie miał pan Owsiaka na myśli?
Miałem, ale w sposób nawiązujący. Jednak nawet nazwanie kogoś owsikiem i inną glistą ludzką jest czym innym niż plucie na groby, niż tekst „wypatroszyć Kaczora” czy żart w rodzaju, że „Jarosław żyje z mamusią”. To jest dla mnie nieporównywalne, to się nie mieści w obrębie mojego poczucia humoru.

„Studio Yayo” się mieści?
Nie jestem fanem „Studia Yayo”, ale nie przeszkadza mi, że w którymś odcinku Paweł Dłużewski parodiował Beatę Szydło.

To naprawdę łaskawe z pana strony.
Z polityków też trzeba się śmiać. Pamiętam Lecha Wałęsę. On miał poczucie humoru, śmiał się ze swoich karykatur. Jarosław Kaczyński też ma.

A pan?
Wyłącznie. Proszę pamiętać, że to ja wraz z Andrzejem Zaorskim stworzyliśmy „Polskie zoo”.

Teraz by się pan nie odważył naśmiewać z władzy.
A miałem dotąd szansę? Czy ktoś zamówił u mnie audycję satyryczną w ciągu ostatnich piętnastu lat? Ostatnią szopkę napisałem w 2009 r. Ale „Polskiego zoo” już nie zrobię, bo byłby to autoplagiat. Polityka na początku lat 90. była przyjemniejsza, poza tym nie da się zrobić karykatury z czegoś, co wygląda jak karykatura samego siebie.

Ostro. To o prezesie Kaczyńskim?
Półtora roku temu wymyśliłem ten bon mot. Wtedy u władzy była PO. No, jak skarykaturować np. Niesiołowskiego?

A Kaczyńskiego jak?
Dałoby się. Nie miałbym problemu.

Z rodeo w tle?
Wierszyk o tym nawet napisałem, rysunek zamówiłem.

I wysłał pan najpierw na Żoliborz?
Nigdy niczego nie konsultowałem z prezesem. Zresztą z żadnym politykiem. Pamiętam, że w „Polskim zoo” traktowałem wyjątkowo ostro Antoniego Macierewicza, Jana Olszewskiego.

Dwa chomiki – to byli bracia Kaczyńscy.
Ale wyjątkowo sympatyczne chomiki. W rankingu sympatyczności miały drugie miejsce zaraz po hipopotamie – Jacku Kuroniu. Nie taję, że podczas „nocy długich teczek” byłem po stronie Wałęsy. Ale wynikało to z niewiedzy. Z biegiem lat dowiadywałem się wciąż nowych rzeczy, potrafiłem różne sprawy kojarzyć, analizować. Wtedy czasami zarzucano nam dworskość.

Teraz usłużność.
Na pewno nie. Ja jestem lojalny wobec idei, którą reprezentuje obecna władza. Nie uważam się za człowieka partyjnego, tylko za człowieka idei. I tak się składa, że ta ekipa jest najbliższa moim ideom, które kształtowały się wiele lat. Nie ukrywam, że mam na koncie też błędy i wypaczenia.

Należał pan do PZPR.
Właśnie o tym mówię.

Był pan sekretarzem podstawowej organizacji partyjnej w Trójce.
Owszem, byłem, ale moje sekretarzowanie to była rewolucja. Mnie wybrano na tego sekretarza we wrześniu 1980 r., kiedy już założyłem w Trójce Solidarność.

Sam?
Nie sam. Odbyło się burzliwe zebranie, na którym obalono dotychczasową egzekutywę, po czym zaczęto próbować wybierać władzę. Nikt się nie kwapił. Po pięciu godzinach, na swoje nieszczęście, powiedziałem: głosujmy tajnie, każdy na swojego kandydata, potem policzymy, i na kogo wypadnie, na tego bęc. Wygrałem zdecydowaną większością. Swoją funkcję przestałem pełnić, kiedy było jasne, dokąd to wszystko zmierza, kiedy zjazd partii nie okazał się reformatorski, a z partii wyrzucono Stefana Bratkowskiego. Chciałem złożyć także legitymację partyjną, ale poprosiły mnie władze Solidarności w Trójce, żebym został, póki mogę, póki jest co bronić. Dlatego zrobiłem to dopiero 13 grudnia. Po czym przeżyłem prawdziwą czystkę w 1981 r., dostałem zakaz pracy.

W PZPR był pan pięć lat.
Tak, długo. Gdyby ten akces miał nastąpić w 1976 r., po Czerwcu, tobym się nie zapisał. A wcześniej był nacisk. Byłem wtedy kierownikiem redakcji, miałem „60 minut na godzinę” i bałem się, że tę audycję stracimy. (Skądinąd stanowisko straciłem pół roku po tym, jak się stałem członkiem partii). A audycja żarła, zdobyła ogromną popularność, zdawałem sobie sprawę, że w tym zaczadzeniu społeczeństwa to jest taki lufciczek, który wpuszcza trochę świeżego powietrza. Nigdy nie byłem usłużny wobec władzy.

Niektórzy pana koledzy twierdzą inaczej.
Po tym, co napisał Jacek Fedorowicz, zrobiło mi się po prostu przykro. Gdyby on atakował brak mojego poczucia humoru albo nie takie poczucie humoru, to nie miałbym pretensji. A on napisał, że ja za komuny w Trójce miałem zawsze gotowe dwa scenariusze audycji, jeden ostrzejszy, a drugi na wszelki wypadek łagodniejszy. Owszem, zdarzało się, że pisałem drugi, ale to dopiero po interwencji cenzury. Nigdy nie kalkulowałem, nie pisałem pod władzę. Przecież i przed sobą, i przed kolegami bym się wstydził. Ja nigdy o Fedorowiczu nie powiedziałem złego słowa i dziś nie powiem. Nie jestem jak żona, która po rozwodzie nienawidzi męża od chwili poznania. Przeżyłem z Fedorowiczem najpiękniejszy okres swojego życia i choćby wygadywał teraz największe głupoty, to nie zabije tym tego Jacka z lat 1974–1981. Zresztą generalnie trzeba dużo wysiłku, żeby mnie do kogoś zrazić. Liczba ludzi, którym nie podam ręki, jest niewielka, dwie osoby z polityki: Urban i Palikot, i kilku kolegów, którzy powiedzieli o mnie strasznie nieprawdziwe rzeczy. Powiem pani coś, czego chyba nigdy nikomu nie mówiłem. Jesienią 1981 r., kiedy sprawy szły już bardzo źle, ktoś mnie wziął na rozmowę i mówi: wyrzuć Fedorowicza, a cokolwiek się zdarzy, ocalejesz ty i twoja audycja. Wtedy powiedziałem: nie ma takiej możliwości. Jacek tego może nie wiedzieć, że kiedy audycja była na krawędzi noża, to ja moim kolegom, współpracownikom mówiłem: jest świetnie, władza nas lubi. Wiedziałem, że w zespole można działać tylko wtedy, kiedy jest pozytywna energia. I brałem to na siebie. Zresztą tak na dobrą sprawę ani ja, ani Fedorowicz nie powinniśmy być już teraz satyrykami ani kabareciarzami, ponieważ uprawianie kabaretu jest zajęciem pokoleniowym. Humor, satyra jest domeną ludzi młodych, ponieważ to jest też zjawisko energetyczne.

Dlatego satyrycy tacy jak pan zostają dyrektorami.
Bo nie mają ochoty się wygłupiać, a jeszcze dysponują wiedzą.

I stają się politykami.
Ja?! Jestem przede wszystkim pisarzem, w końcu napisałem około 90 książek.

Jest pan człowiekiem ministra Krzysztofa Czabańskiego.
Zdecydowanie nie jestem niczyim człowiekiem. Podejrzewam, że min. Czabański nawet nie wiedział o mojej nominacji.

Przecież to on rządzi mediami narodowymi. Już był pana zwierzchnikiem w radiowej Jedynce. Tu w TVP potrzebował kogoś, kto będzie spełniał oczekiwania.
Nie rozmawiałem ani z min. Czabańskim, ani z prezesem Kaczyńskim. Jestem po rozmowach z Jackiem Kurskim.

Który przed nimi trzęsie portkami.
To pani powiedziała.

Stąd ta wymiana dyrektorów, stąd pan tutaj.
Ja nie trzęsę portkami. A propos Krzysztofa Czabańskiego, to on kiedyś, w 2007 r., zgodził się, bym przestał kierować Jedynką, a został doradcą prezesa Urbańskiego. I powiem szczerze, nie był to awans.

A teraz jest awans?
Jest, bo mam coś konkretnego do zrobienia.

Co konkretnie?
Chociażby to, żeby program był lepszy i bardziej oglądany.

Był oglądany, przyszedł PiS i oglądalność spadła.
Chciałem jeszcze swoje marzenie ziścić, żeby ten program był po prostu dobry. Gdyby się udało wprowadzić składkę, abonament, i tu będzie krytyka pod adresem ministra Czabańskiego, który miałby być elementem dużej reformy medialnej, to ja bym zabronił badania oglądalności.

Dlaczego?
Bo one sprowadzają nas wszystkich na poziom Kiepskich.

Jackowi Kurskiemu pan o tym mówił?
Chyba tak, ale nie pamiętam, jak zareagował.

Może myślał, że to żarty, że nieważne, czy Dwójkę ogląda 1 proc., czy 10 proc. narodu.
Ten brak badań oglądalności to ideał, ale wiadomo, że tu jest biuro programowe, jest bieżące życie. Oglądalność jest absolutnie nieważna dla bytu, narodu, dla rozwoju, zwłaszcza w takim programie jak Dwójka.

W której można prać mózgi tylko wąskiej grupie zwolenników PiS.
Pani mówi o praniu mózgów, ja mówię o kulturze. Uważam, że telewizja publiczna, przynajmniej jeden jej kanał, taki jak Dwójka, powinien być kanałem kulturotwórczym, trochę snobistycznym. Nie mówię, że zupełnie nieliczącym się z oglądalnością, bo w takim razie to można by nadawać po węgiersku. Mnie chodzi o to, żeby to był kanał w mniejszym stopniu nieuzależniony od oglądalności.

TVP Kultura już taka jest. Po co jeszcze drugi?
TVP Kultura jest po pierwsze kanałem niszowym, po drugie biednym. Dwójka powinna spełniać nie rolę ideologiczną, bo od tego ewentualnie jest TVP Info, lecz rolę kulturotwórczą. Chciałbym, żeby było troszkę jak za czasów Szczepańskiego, żeby kłębiło się od scenarzystów, pomysłów, żeby w tych pustych dziś studiach powstawały spektakle, widowiska. Czasy, kiedy był jeden albo co najwyżej dwa kanały telewizyjne, bezpowrotnie minęły. W tej chwili ludzie mają piloty, wybierają. Ale ja też wiem, że w tej roli kulturotwórczej bardzo ważny jest snobizm. Chciałbym, żeby modne było oglądanie Dwójki. Prowadzę rozmowy z Januszem Rewińskim, z kabaretem Mumio, niedługo pewnie będą sfinalizowane, a to przecież nie jest rozrywka tego najprostszego rechotu...

Nie wiem, czy prezes Kaczyński będzie się chciał z tego śmiać.
Wbrew pozorom nie robimy telewizji dla jednego widza. Choć niejeden widz na pewno wolałby zamiast opery mydlanej obejrzeć rozmowę, dajmy na to, Schopenhauera z Kierkegaardem. Pewnie nigdy pani nie rozmawiała ani z Lechem Kaczyńskim, ani z Jarosławem. A ja, powiem szczerze, nie uważam się za kretyna, ale kiedy Lech Kaczyński podczas jakiegoś spotkania zasunął kilka cytatów z „Czarodziejskiej góry” i „Doktora Faustusa” Tomasza Manna, to naprawdę mogłem się schować. A wiedza historyczna Jarosława Kaczyńskiego jest naprawdę wielka.

Czuję, że dla niego jakiś program w pańskiej Dwójce jednak powstanie.
Na pewno powstanie coś dla wymagających widzów.

„Voice of Poland” będzie?
Ależ ja z tego nie rezygnuję, ludzie to oglądają.

A pan?
Nawet właściciel restauracji nie jest zmuszony stołować się wyłącznie u siebie.

Panie dyrektorze, elitarna telewizja dla snobów to jest coś zupełnie nie po linii tego populistycznego rządu.
Pani usiłuje powiedzieć, że TVP to powinien być sklepik wyłącznie z włoszczyzną, a tymczasem to jest wielka galeria, w której jest miejsce i na sklepik z włoszczyzną, i na elegancki butik. Uważam, że telewizja publiczna powinna być bardzo zróżnicowana, i rozumiem, że dla masowej widowni możemy poświęcić prime time, potem pewna kategoria ludzi idzie spać, zostaje widz koneser i temu proponujemy to, co i jemu, i nam się podoba.

Który może przychodzić do pracy jak dyrektor Wolski, na 11.
Ale pracowałem wczoraj do północy. Jeśli oglądalność Dwójki będzie miała 10 proc., to będę człowiekiem spełnionym, jeśli 20, to będą mi z głowy wyrastać listki wawrzynu. Idea jest taka, że powinien być dla widza plus. Ten plus to ostatnio modne słowo – jest „500 plus”, „Mieszkanie plus”.

Słyszałam też o „Korycie plus”.
Nie słyszałem. Zresztą już się wycofali.

Gdyby pan był jeszcze satyrykiem, to od razu by pan to podłapał.
Pani uważa, że moje stanowisko jest polityczne? Gdybym był szefem Info albo radiowej Jedynki, to można by tak mówić. Tu w Dwójce nie mam programów politycznych, no, chyba że o „Pytaniu na śniadanie” można powiedzieć, że to program polityczny.

Dobór tematów, przegląd prasy – to jest polityka. Słuchałam przeglądu prasy w Trójce. Tylko „Gazeta Polska” i „Tygodnik Powszechny” zostały zakwalifikowane, o „Polityce” ani słowa.
To ciekawe, bo ja bym tego nie pomijał. Tak jakbym nie pomijał „Newsweeka”, który na okładce porównuje ludzi prowadzących „Wiadomości” z tymi, którzy prowadzili „Dziennik” w stanie wojennym. Co by się nie mówiło, ja uważam, że naszą ekipę tworzą ludzie wolni. W każdej chwili możemy odejść. Tylko że na razie nie mamy powodu, bo łączy nas idea, o której już pani mówiłem. Teraz mogę pani powiedzieć kilka rzeczy, które są dla mnie wręcz oszałamiające. Podejrzewam, że mamy najlepszą ekipę rządzącą od czasów Stefana Batorego, lepszą niż Piłsudskiego. A to dlatego, że Jarosław Kaczyński jest jedynym politykiem w tym cywilizowanym świecie, który ma wizję, co więcej – wizję niedogmatyczną.

Jeszcze słowo, a zostanie pan prezesem całej telewizji.
Siłą tej władzy jest też straszliwa słabość opozycji oraz to, że potrafi, mam nadzieję, uchronić Polskę przed tym, co się dzieje w całej Europie Zachodniej. Dostaliśmy podarunek od Opatrzności. Już raz tak było. Istnieje analogia historyczna. W XIV w. Polska jako jedyna nie padła ofiarą dżumy, czarnej śmierci. Podobno dzięki genom zaszczepionym nam przez Hunów.

Rozumiem, że teraz dla pana dżuma to uchodźcy.
Nie mam nic przeciwko uchodźcom, niech przyjedzie nawet miliard Chińczyków, mnie chodzi o niszczenie naszej kultury, cywilizacji, przejmowanie Europy. Przecież teraz to jest chyba dla wszystkich jasne. My w Polsce mamy ten komfort, że dzięki ekipie Jarosława Kaczyńskiego możemy patrzeć z boku na to, co się dzieje w Europie. I może dlatego to jest ekipa, która nie odda władzy, bo nie będzie musiała jej oddawać, ludzie jej zaufają.

Albo sfałszuje wybory.
Jestem absolutnie przekonany, że nie. Zresztą nie będzie musiała.

A co z tymi, jak pan pisze, glistami ludzkimi, które nie zgadzają się z polityką tej ekipy?
Jest jak w brydżu, rozdaje ten, kto bierze ostatnią lewę. Zasady są proste: były wybory, wygrała ta partia, więc trzeba się z tym pogodzić i morda w kubeł. Jeśli ktoś chce wygrać następne, to niech się do tego przygotuje, stworzy program i wygra.

Pan, panie dyrektorze, przez lata nie trzymał mordy w kuble.
Czy wołałem, żeby na ulicy obalić Tuska? W 2005 r. byłem wielkim zwolennikiem POPiS i nawet zastanawiałem się, czy nie głosować na PO, na Jana Marię Rokitę. Zresztą, po tamtych wyborach Platforma jakiś czas zachowywała się racjonalnie. Potem dopiero technika walki zdominowała praktykę życia politycznego. Ale jeszcze wszystko można było pogodzić. Tyle że przyszedł nieszczęsny Smoleńsk. Przeklęty z każdego powodu. Myślę, że Rosji chodzi o to, żeby ta sprawa była jak najdłużej nierozwiązana.

Myślę, że prezesowi Kaczyńskiemu również.
Doprawdy? Przecież w wyborach prezydenckich w 2010 r. nie chciał grać Smoleńskiem, a mogło to być dopalenie na miarę zwycięstwa.

Chciał, tylko jego doradcy, z którymi się później pożegnał, wybili mu to z głowy.
Polityka to jest również gra błędów.

Pogardza połową narodu, która nie popiera PiS.
Boże, chroń mnie od pogardy – śpiewał Gintrowski i ja się tego całe życie trzymam. A teraz, w ostatnich latach jeszcze bardziej. Pod koniec lat 70. zacząłem żmudnie szukać Boga, by znaleźć go dopiero mniej więcej cztery lata temu, kiedy wyruszyłem na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. I to, uprzedzam pani pytanie, nie jest żaden koniunkturalizm.

Coś jak ślub kościelny państwa Tusków przed wyborami. Nie wypadało, żeby propisowski polityk był niewierzący.
Ja jeszcze nie dojrzałem do ślubu kościelnego, żeby była jasność. No, ale już mówiłem, że nie jestem politykiem i już nigdy nie zapiszę się do żadnej partii.

Jak pan wie, nie trzeba się zapisywać, żeby być PiS-owcem.
Chyba trzeba, bo kilka osób się zapisało, żeby robić kariery, i robi kariery. A co do wiary, to światopoglądowo już byłem dawno przestawiony. Jednak co innego pojmować intelektualnie, a co innego praktykować. Teraz źle się czuję, kiedy nie pójdę na niedzielną mszę.

Rodzinę też pan nawrócił?
Rodzina zawsze była wierząca, to ja byłem odszczepieńcem. Są ludzie, którzy Boga traktują jak magię, mieszają go do wszystkiego.

Politycy PiS tak robią.
Dlatego nie jestem politykiem. Dla mnie Bóg jest sensem świata. Dochodziłem do niego intelektualnie. A w relacjach z innymi wychodzę z założenia, że nie ma ludzi złych, są tylko ci, w stanie skrajnego zacietrzewienia.

Jak prezes Kaczyński.
Nie jego miałem na myśli. Z prezesem Kaczyńskim można dyskutować, a są tacy, z którymi to niemożliwe. Choć moim zdaniem nie ma ludzi złych, poza paroma wyjątkami, tylko są źle poinformowani. Jeśli się nie ma danych, nie można podejmować racjonalnych decyzji.

Jeśli TVP tak dalej będzie robić „Wiadomości” i „Panoramę”, to wszyscy będą dobrze poinformowani.
A może ja bym inaczej robił te „Wiadomości” i „Panoramę”?

Jak? Jeszcze więcej propagandy?
Mamy sytuację pluralistyczną i inteligentny słuchacz może sprawdzić, co mówią w innych programach informacyjnych. Nie traktuję wszystkiego, co robi PiS, jako prawdy objawionej, nie uważam, że „dobra zmiana” jest dobra w całości, ale spośród ofert dostępnych na rynku ta mi najbardziej odpowiada i jeśli mogę w czymś pomóc, to pomagam.