„Rozmowa [z Aleksandrem Łukaszenką] była dobra, była serdeczna. I dużo dłuższa od planowanej, bo rozmawialiśmy grubo ponad godzinę (...). Zależy absolutnie panu prezydentowi Łukaszence na interesie Białorusi, to widać. I widać to, że jest człowiekiem takim ciepłym, o tak, jeśli mógłbym określić to spotkanie w olbrzymim pałacu (...). Chwilę czekałem na pana prezydenta (...). [Na Białorusi] nie ma w tej chwili więźniów politycznych. Byli i  nie ma, wie pan, to nie ma tematu” – mówił na antenie Radia Zet po powrocie z Mińska.

Białorusini w takich sytuacjach mówią, że ktoś dał sobie nawinąć makaron na uszy. Łukaszenka jest w tym mistrzem. Znakomicie potrafi dostosować przekaz do rozmówcy. Zachodowi skarży się na Rosjan, Rosję zapewnia o wieczystej przyjaźni. Wystarczyło, by marszałek wylądował na zmodernizowanym lotnisku w Mińsku, przejechał się przyzwoitą autostradą, zobaczył odnowione fasady w stolicy. Jeśli ma dobry wzrok, zauważył czyste chodniki i wiedział już, że trafił – jak śpiewał tamtejszy zespół RockerJoker – do „najczystszego miejsca na globusie”. Potem Łukaszenka zgodnie ze wschodnią tradycją go zmiękczył, przetrzymując na korytarzu („chwilę czekałem...”). I dalej przekonywał, do jakiego raju trafił.

Ile to już razy my jako Polska (i my jako Zachód) następowaliśmy na te same grabie. Poprzednio na obietnice Łukaszenki o wolności kiełkującej i wyborach swobodnych nabrał się w 2010 r. minister Radosław Sikorski. Za to, że prezydent złamał wszystkie obietnice, Białoruś zapłaciła karę najwyższą: minister Sikorski śmiertelnie się na ten kraj obraził. Tymczasem Łukaszenka zanotował sobie w kajecie wszystkie działające na niego wcześniej argumenty. Nie wątpię, że te same makaronowe słowa nawinął na uszy marszałkowi Karczewskiemu. Znów zadziałało.

Zmiana argumentów nie była konieczna. Odkąd Łukaszenka w 1994 r. wygrał wybory, Polska miała pięciu prezydentów, 11 premierów, 11 szefów MSZ, nie wspominając nawet o pięciu marszałkach Senatu. I nic dziwnego, w  demokracji podobne rotacje są naturalne. Tyle że wynika z nich pewna oczywista, a nie do końca uświadamiana przewaga białoruskiego przywódcy. On trwa, a jego rozmówcy się zmieniają. Jak jeden się obrazi, bo zostanie bezczelnie oszukany, jak to było w przypadku Sikorskiego, nie trzeba nawet wzorem klienta z „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?” jeździć do Bydgoszczy w poszukiwaniu nowego. Wystarczy odczekać do zmiany warty i znów sięgnąć po makaron. Zwłaszcza gdy ma się do czynienia z państwem takim, jak Polska, której pamięć instytucjonalna nie jest najmocniejszą stroną.

Pół biedy, że marszałek Karczewski wziął za dobrą monetę zapewnienia Łukaszenki. Gorzej, że jego zachwyt świadczy też o tym, że na – jak sam mówił – „najtrudniejszą moją wizytę zagraniczną” pojechał nieprzygotowany. Gdyby ktoś go przygotował, nic by go nie zaskoczyło. Ani to, że Łukaszenka umie przekonywać i jest demonstracyjnie miły. Ani to, że rozmowa planowana na kwadrans czy dwa przedłuża się ponad godzinę (to norma niezależnie od tego, z kim prezydent Białorusi się spotyka). Ani to, że musiał na niego poczekać na korytarzu (w ten sposób na Wschodzie pokazuje się, jak wygląda hierarchia). Ani wreszcie nie pozwoliłby sobie opowiadać o braku więźniów politycznych. Owszem, na wybory 2015 r. zostali oni wypuszczeni. Tyle że od tej pory pojawili się trzej nowi.

W całej sprawie nie chodzi o to, czy mamy rozmawiać z Mińskiem. Powinniśmy to robić, bo po aneksji Krymu zmieniła się sytuacja w regionie. Są rzeczy, o których z Białorusinami można dyskutować, o czym zresztą pisałem także na łamach DGP. Tyle że przy okazji dobrze wiedzieć, że Łukaszenka traktuje relacje ze światem trochę na zasadzie „kto kogo”. Łatwo się w tej sytuacji dać oszukać. A jeśli wchodzi się w kolejną odwilż z Mińskiem bez tej świadomości, nietrudno nastąpić na znane od dawna grabie.