Ponad 10 tysięcy osób oglądało nadawany na żywo przekaz ze spotkania marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego z przedstawicielami mediów. Nie w telewizji. Nie na portalu informacyjnym. Bez kamer, bez nagłośnienia i oświetlenia. Za pośrednictwem smartfona, z aplikacją Facebooka, przy użyciu opcji Facebook Live, czyli nadawania streamingiem. I to na smartfonie nie dziennikarza, lecz posła PO Sławomira Nitrasa. W sobotę, w środku nocy – wynik 10 tysięcy widzów zbliżał ten przekaz do zasięgów telewizji informacyjnych.

Nowe media stwarzają możliwości. Nie bez powodu mówi się już o „mobile journalism”, czyli „mobilnym dziennikarstwie”. Wystarczy sensowny smartfon z kamerą i dostępem do internetu, by na żywo móc pokazywać ważne wydarzenia zarówno te ze sfery prywatnej, marketingowej, jak i publicznej. Nie bez powodu wszystkie najważniejsze serwisy społecznościowe w ostatnim roku zainwestowały w wygodne mechanizmy do usługi transmisji wideo. Na Twitterze to Periscope, na Facebooku to Facebook Live. Nawet Snapchat i Instagram też w mniejszym zakresie i nie na żywo, ale opierają się coraz mocniej na wideo.

Co więcej, Facebook ze streamingiem eksperymentował już w ubiegłym roku, początkowo oferując usługę Mentions, dostępną dla zweryfikowanych stron i profili znanych osób. W Polsce jako jeden z pierwszych korzystał z niej prezydent Andrzej Duda. Szybko też te możliwości zaczęli oficjalnie wykorzystywać dziennikarze. Przykładowo Onet za pomocą Periscope relacjonował m.in. demonstracje KOD.

Ale nie sama możliwość nadawania na żywo w oparciu o minimalne wymagania technologiczne jest tu kluczowa. Równie ważne jest to, że aplikacje te pozwalają na to, by odbiorca przekazu mógł na niego zareagować w sposób bezpośredni: komentować, pytać, udostępniać.

Wydawać by się mogło, że technologie odmieniają to, czym jest i po co jest dziennikarstwo. Po streamingu Nitrasa posypały się komentarze: „Prawdziwe dziennikarstwo obywatelskie”, „Nitras zawstydził dziennikarzy”, „Po co nam dziennikarze w Sejmie, posłowie ich zastąpią!”. Ale czy naprawdę zastąpią? Przecież jak sam szybko ostrzegł poseł PO: nie jest dziennikarzem i jego etyka dziennikarska nie obowiązuje. Czy byłby więc równie chętny do streamingu live, gdyby spotkanie dotyczyło jego partii?

Zachwyt nad nowymi technologiami, które mogłyby zastąpić dziennikarzy, mocno studzi samo użycie tych technologii w ostatnich dniach. Nadawanie na żywo z obrad Sejmu okazało się być może i na żywo, ale co i raz bez fonii. Wystarczyła decyzja marszałka i nie mogliśmy usłyszeć, o czym mówią posłowie. Podobnie bywa i na komisjach sejmowych, które też z zasady są transmitowane. No chyba że nagle zmieniana jest sala obrad. Co wcale nie jest takie rzadkie.

Ale transmisja live nie zawsze oznacza przekaz całości wydarzenia. Jak opisała Magda Graniszewska z „Pulsu Biznesu”, wystarczy prośba uczestników komisji, by jednak ich głos został z nagrania wyłączony. Dziennikarka w serwisie Dyskusja.biz opisuje sytuację z ostatniego spotkania Parlamentarnego Zespołu ds. Górnictwa i Energii. Nie była na miejscu. Ale chciała wszystko obejrzeć i odsłuchać via internet: „Włączyłam, mówił Grzegorz Tobiszowski, wiceminister energii odpowiedzialny za górnictwo. Mówił z pasją – o kopalniach, które świecą na czerwono (mają straty), o związkach zawodowych, o rozmowach z Komisją Europejską. W ostrych słowach, gestykulując. Słuchałam o kopalni Makoszowy, kiedy nagle dźwięk siadł. (...) Dziennikarze, którzy fizycznie uczestniczą w posiedzeniu, przekazują mi, że wiceminister wyłączył mikrofon, bo chciał powiedzieć coś na offie”.

Będąc fizycznie na miejscu, dziennikarz słyszy, widzi, może ocenić, sprawdzić i skontrolować. Bo od tego właśnie jest.